O polskich operatorach jest na świecie głośno od dziesięcioleci. Oprócz starannie wypracowanego rzemiosła cechuje ich charyzma, bezpretensjonalność i wyczucie stylu, z którymi liczą się najwięksi w branży. Jeden z najbardziej oryginalnych z tej grupy, Łukasz Gutt, pochodzi z pokolenia wybitnych i rozchwytywanych twórców, a obecnie nie podpatruje, lecz nadaje ton, czaruje widzów i zdobywa uznanie nawet najbardziej krytycznie nastawionych wyjadaczy.
Kiedy zdałeś sobie sprawę, że praca w filmie jest tym, co chcesz robić?
Zaczynałem od fotografii, robiąc sesje dość niszowych publikacji związanych ze środowiskiem skateboardowym. Jednocześnie dobrze mi się pracowało z ludźmi i zawsze lubiłem oglądać filmy, ale jeśli chodzi o studia, myślałem raczej o Akademii Sztuk Pięknych. Postanowiłem jednak na próbę zdawać na Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Coś mi podpowiadało, by iść w tę stronę. Dostałem się i tam zostałem, miałem bardzo fajny rok. Naszym opiekunem był profesor Bogdan Dziworski, który wciąż pozostaje ważną dla mnie osobą, nadal utrzymujemy kontakt. Traktuję naszą relację na zasadzie mistrz-uczeń. Podczas studiów poznałem również Leszka Dawida; wspólnie zadebiutowaliśmy filmem „Ki”, który odniósł pewien sukces. To był też czas reżyserów, takich jak Janek Komasa, Bartek Konopka i Rafael Lewandowski, a także operatorów – Radka Ładczuka, Piotra Niemyjskiego czy Piotra Rosołowskiego. Jedni uczyli się w Katowicach, inni w Łodzi, ale pomagaliśmy sobie przy etiudach, chodziliśmy na warsztaty Kodaka i wspólnie sobie szwenkowaliśmy.
Płynnie przeszedłeś ze studenckiego życia do regularnej pracy? A może nie od razu odnalazłeś się w nowej rzeczywistości?
Raczej płynnie i dość organicznie. Właśnie z powodu zaangażowania w pracę nie udało mi się skończyć szkoły w terminie. Część zawodowego dojrzewania polega na tym, że podejmujesz się współpracy ze starszymi kolegami przy ich projektach, uczysz się i odbywasz praktykę jednocześnie. Jeśli dobrze sobie radzisz, zaczynasz funkcjonować w tym małym środowisku. Tak było w moim przypadku.
Od czego najczęściej zaczynasz, kiedy realizujesz nowy projekt? Z tego, co słyszałam, mocno angażujesz się w pracę nad scenariuszem.
Bardzo lubię pracować na tekście, bo od niego zaczyna się kształtowanie języka, jakiego używamy w filmie. To czas podejmowania kluczowych, mocnych i często trudnych decyzji. Film jest językiem uniwersalnym, alfabetem rozumianym na całym świecie, oczywiście w zależności od stopnia hermetyczności projektu. Od tekstu zależy, jak zostanie skonstruowana narracja i czy będzie czytelna popkulturowo. Żeby stworzyć warstwę wizualną i wesprzeć reżysera w budowaniu jej, należy wyciągnąć ze scenariusza to, co najważniejsze – do tego momentu dochodzi się poprzez rozmowę i analizę. Nie tworzę wielu filmów, bo aby naprawdę się zaangażować, muszę poczuć potencjał i znaleźć w języku filmowym coś, co poruszy mnie jako operatora i współtwórcę. Poza tym nie lubię się powtarzać.
Razem z Łukaszem Rondudą byłeś odpowiedzialny za reżyserię „Wszystkich naszych strachów”, do których zrealizowałeś też zdjęcia. Jak to wspominasz?
Współpraca z Łukaszem przy tym projekcie była bardzo specyficzna i mocno autorska. Znamy się z czasów, kiedy Łukasz pracował jeszcze jako kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, zawsze bardzo się ceniliśmy. „Wszystkie nasze strachy” to już nasz trzeci wspólny film. Zarówno Łukaszowi, jak i mnie bliski jest świat sztuki, a przy tym mieliśmy ochotę trochę poeksperymentować, co sprawiło, że spróbowaliśmy takiej konfiguracji.
fot. Rafał Pijański / FILMICONZ kolei z Leszkiem Dawidem, z którym pracowałeś na planie „Broad Peak”, łączy was kino dokumentalne. Jak ważne są dla ciebie te doświadczenia?
Często jest tak, że kończąc szkołę filmową, zaczyna się realizować dokumenty, ponieważ wiążą się z mniejszymi budżetami, dzięki czemu można szybciej zrobić coś swojego. Fabuła jest znacznie bardziej wymagająca, kosztowna, niezbędne są przygotowania. Jednym z moich najwcześniejszych doświadczeń jest „Odyseja złomowa” zrealizowana z Pawłem Ferdkiem i prezentowana na wielu festiwalach. Nie mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że wywodzę się z dokumentu, w przeciwieństwie na przykład do Krzysztofa Kieślowskiego czy Leszka Dawida właśnie. Leszek ma zresztą taką dokumentalną wrażliwość, co bardzo w nim cenię i lubię.
Premierę ma również serial kostiumowy zrealizowany dla telewizji Starz z twoimi zdjęciami, czyli „Becoming Elizabeth”. Jak odnalazłeś się na planie tak dużej zagranicznej produkcji, w dodatku w czasie pandemii?
Do udziału w tym przedsięwzięciu zaprosił mnie Udayan Prasad, z którym stworzyliśmy „The Tunnel” ze Stephenem Dillanem i Clémence Poésy taką brytyjsko-francuską wersję „Mostu nad Sundem”. „Becoming Elizabeth” to ciekawie napisany projekt, coś w stylu „Sukcesji” w realiach XVI wieku, zanim Elżbieta I została królową. Kręciliśmy w czasie pandemii, więc przez długi czas nie mogliśmy opuścić Bristolu, jednak pozwoliło nam to zgrać się z całą ekipą, co później zaprocentowało.
Produkcje kostiumowe zwykle generują wiele wyzwań. Jak było w tym przypadku?
Największym było chyba znalezienie klucza do oddania wizualnej atmosfery tamtych czasów. Posiłkowaliśmy się naturalnym światłem ze świec, kominków, we wnętrzach świeciliśmy jedynie z okien. Staraliśmy się zachować ten charakterystyczny ponury nastrój. Na potrzeby planu zbudowaliśmy statywy z lustrami pod świece, sporo kręciliśmy „z ręki”, dzięki czemu obraz jest surowy, ale za sprawą scenografii również epicki. To moje pierwsze doświadczenie w tak dużej dekoracji, produkcja obejmowała kilka hal w studiu w Bristolu, korzystaliśmy też z lokacji takich jak zamek w Haddon. To bardzo ciekawy i wymagający projekt.
![[Z archiwum K MAG] „Film jest alfabetem rozumianym na całym świecie” – wywiad z Łukaszem Guttem](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_MG_7723got_3482842075.jpg&w=1920&q=80)