Karierę Darii Zawiałow śledzimy w K MAG-u od samego początku. Dowodem niech będzie pierwszy niewielki wywiad, który przeprowadziliśmy z nią przy okazji wydania debiutanckiego albumu „A kysz!”. Od tamtego czasu minęło kilka lat i dziś Daria jest już jedną z pierwszoplanowych postaci polskiego popu. W naszej rozmowie artystka opowiedziała nie tylko o swojej drodze do miejsca, w którym się znajduje, ale także o miłości do japońskiej popkultury, nieprzyjemnościach wynikających z bycia control freakiem oraz o tym, że niekoniecznie chciałaby żyć w świecie rodem z „Jetsonów”.
Jesteś tajemnicza?
Jestem kimś innym na scenie i w domu. Prywatnie zdecydowanie nie nazwałabym się ekstrawertyczką i duszą towarzystwa. Naprawdę komfortowo czuję się tylko w gronie najbliższych, zaufanych ludzi. Lubię swoją samotność, melancholijność. Jeśli w ten sposób rozumiesz tajemniczość, to tak – jestem tajemnicza.
Obejrzałem i przeczytałem sporo rozmów z tobą, ale miałem wrażenie, że na ich podstawie w ogóle nie da się stwierdzić, jaka jesteś naprawdę.
Udzielanie wywiadów to część mojej pracy i lubię ją, ale rzeczywiście nie jestem typem życiowej ekshibicjonistki, która kocha się zwierzać. Nie robię tego w rozmowach ani w moich tekstach. Staram się chronić swoją prywatność i poglądy na wiele tematów. Lubię mieć część siebie, którą nie dzielę się publicznie. Taką moją przestrzeń.
W takim razie inaczej – uważasz się za buntowniczkę?
Na pewno byłam nią jako nastolatka. Szłam pod prąd, wszystko robiłam po swojemu. Różniłam się od rówieśników, byłam „alienem” w rodzinie. Szybko wyprowadziłam się z domu, w dodatku bardzo daleko. Miałam piętnaście lat, kiedy wyjechałam z Koszalina do Warszawy. Ale dziś? Nie wiem. Ważna jest dla mnie konsekwencja, a jeśli czegoś nie czuję, nie idę na kompromisy – taka postawa czasami wymaga, żeby się zbuntować. Tak było zwłaszcza na początku kariery, kiedy musiałam pilnować, żeby nie zrobiono ze mnie kogoś, kim nie jestem. Zdecydowanie jednak nie buntuję się tylko dla zasady.
Powiedziałaś kiedyś, że oznaką nastoletniego buntu było u ciebie między innymi oglądanie zakazanych filmów anime. Co jeszcze robiłaś z rzeczy, których nie było ci wolno?
Chodziłam w glanach, których moja mama nienawidziła. Poza tym wielokrotnie uciekałam na koncerty. Mówiłam mamie, że nocuję u koleżanki, podczas gdy szłyśmy na koncert. Dzięki temu zobaczyłam na żywo Hey, Akurat, koncerty z cyklu Punky Reggae Live. Uwielbiałam to. Musiałyśmy przeciskać się gdzieś pomiędzy studentami, żeby nikt nie zauważył, że nie jesteśmy pełnoletnie. A do pełnoletniości jeszcze trochę mi wtedy brakowało, bo miałam jakieś czternaście lat. Właśnie wtedy zaczęłam się interesować muzyką gitarową i przepadłam.
Od którego zespołu wszystko się zaczęło?
Od No Doubt. Zwariowałam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji teledysk do „Don’t Speak”. Zakochałam się w Gwen Stefani – była buntownicza, ale też niewinna i piękna. Później były Nirvana, Radiohead i Explosions in the Sky.
Kiedy już wymykałaś się na te koncerty, robiłaś jeszcze coś, czego nie powinnaś?
W gimnazjum nie, może w liceum. Byłam raczej grzeczna. Jeśli chodzi o alkohol, zawsze zachowywałam ostrożność. Narkotyków nigdy nie próbowałam, oczywiście poza marihuaną, ale chyba zgadzamy się co do tego, że to nie jest mocny narkotyk. Chyba byłam trochę strachliwa. Oczywiście miewałam głupie pomysły i zdarzało mi się pić wino lub cytrynówkę z koleżankami w liceum, ale myślę, że nie robiłam nic ponad to, co robi każda starsza nastolatka.
Daria Zawiałow, fot. Marta Kaczmarek / K MAG 108 „Oblivion”Podobno od tamtego czasu niewiele się zmieniło.
Koledzy w branży śmieją się, że jesteśmy najgrzeczniejszym zespołem na świecie. Raz na rok robimy sobie z chłopakami imprezę, ale zwykle w swoim gronie. W dodatku raczej nie kończymy takiej imprezy nad ranem ani nie wsiadamy pijani prosto do busa. Chodzimy spać wcześnie. Jak to się mówi: najebani to do domu!
Zaczęłaś brać udział w wielu programach talent show i konkursach. Miałaś parcie na karierę?
Nie myślałam o karierze. Startując w „Szansie na sukces”, „X Factorze” czy „Mam talent”, po pierwsze chciałam się sprawdzić, a po drugie zdobyć trampolinę do tworzenia muzyki. Bez tego nie mogłam, bo nie znałam ludzi, nie komponowałam sama, nie miałam producenta. Myślę, że gdyby nie udział w „Szansie na sukces”, nigdy nie poznałabym mojego producenta Michała Kusha. Gdyby nie „X Factor”, pewnie nie miałabym okazji porozmawiać z wytwórnią, w której ostatecznie wydałam swój pierwszy album. Chciałam, żeby te programy mi pomogły, i właśnie tak się stało.
Nie od razu – najpierw musiałaś się trochę poobijać od jednego do drugiego. Zdążyłaś poczuć frustrację i zniechęcenie?
Pamiętam moment, kiedy wygrałam finał „Szansy na sukces” w Sali Kongresowej, a niedługo potem wystąpiłam pierwszy raz w Opolskich Debiutach, gdzie zaśpiewałam piosenkę Kasi Nosowskiej „Era retuszera”. Byłam wtedy przekonana, że za chwilę zgłosi się do mnie bajecznie uzdolniony producent i nagramy razem płytę. To miał być mój czas!
Nie był?
Po występie w Opolu pojechałam do domu, minął dzień, dwa, trzy, potem tydzień, dwa tygodnie, miesiąc, pół roku, rok i nic się nie działo. Kilka razy zapraszano mnie na jakieś eventy, żebym śpiewała covery, ale nic nie przybliżało mnie do tego, na czym naprawdę mi zależało, czyli do wydania własnej płyty. Czułam ogromny smutek. Na szczęście po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że nic nie należy mi się tylko dlatego, że mam talent i coś potrafię. Zrozumiałam, że na wszystko muszę ciężko zapracować, i postanowiłam, że jeśli tak musi być, to w porządku – dźwignę to.
Co było dalej?
Gdy miałam dziewiętnaście lat, poznałam producenta Michała Kusha. Od razu wiedzieliśmy, że będziemy razem pracować. Zaprzyjaźniliśmy się, a Michał stał się dla mnie kimś w rodzaju starszego brata, który na pewnym etapie życia właściwie mnie wychowywał. Pomógł mi znaleźć swoją muzyczną drogę i zadebiutować. Wiele mu zawdzięczam. Jako nastolatka myślałam, że będę wokalistką jazzową. Dopiero Michał powiedział: „Stara, ty tak naprawdę nie chcesz robić takiej muzy!”. Pomógł mi dostrzec, że najbardziej kręci mnie coś zupełnie innego.
Daria Zawiałow, fot. Marta Kaczmarek / K MAG 108 „Oblivion”Nie każdy muzyk ma na swoim koncie granie na weselach. Ty masz. Jak to wspominasz?
Okropnie. Śpiewanie przez dziesięć godzin non stop to nic fajnego. Wtedy dowiedziałam się, że struny głosowe mogą boleć. Nie chodzi o ból gardła czy krtani, ale dosłownie o ból strun głosowych. Bardzo dziwne uczucie. A poza tym? Pijani ludzie niszczą twój sprzęt, bardzo często cię obrażają, w chamski sposób podrywają, wymuszają granie utworów, których nie cierpisz grać… Nie znosiłam tego robić. Pamiętam, że kiedy wraz z zespołem wystąpiłam po raz drugi w Debiutach Opolskich, już z własnym utworem – „Malinowym Chruśniakiem” – udało nam się zwyciężyć, a następnego dnia razem z Michałem pojechaliśmy grać na weselu. To dopiero była lekcja pokory.
Przejdźmy do japońskich tematów. Jakie są swoje ulubione mangi albo anime?
Mang raczej nigdy nie czytałam, komiksy to nie moja bajka. Zbierałam magazyn „Kawaii” i to tyle. Do dziś mam w Koszalinie całkiem pokaźną kolekcję. A ulubione anime? Przede wszystkim mój ukochany „Spirited Away”. To od niego zaczęło się moje zainteresowanie japońską animacją. Przed nim oglądałam tylko „Czarodziejkę z Księżyca”, ale to było dość powszechne… Kochałam „Dragon Ball”, a z bardziej niszowych pozycji „Darling in the FranXX” – bardzo polecam. Nie tylko dlatego, że główną bohaterką jest piękna i wojownicza dziewczyna z różowymi włosami. Chyba mam słabość do takich postaci. Kiedyś nawet przefarbowałam włosy na różowo. Rok temu na Męskim Graniu miałam taki imidż.
Czym ujął cię film „Belle”, oprócz faktu, że jego główna bohaterka też ma różowe włosy? W wersji z dubbingiem podkładasz pod nią głos.
Zacznijmy od tego, że zgodziłam się od razu, kiedy zaproponowano mi dubbingowanie głównej bohaterki w filmie anime. Nawet nie wiedziałam, jaka jest fabuła. Dubbing był czymś, czego zawsze chciałam spróbować. To niewiarygodne, że akurat po premierze płyty „Wojny i Noce”, która była koncept albumem wizualnie nawiązującym do anime, dostałam możliwość dubbingowania postaci właśnie w takim filmie. Pomyślałam, że to idealna klamra zamykająca mój album.
Rozumiem, że kiedy już go obejrzałaś, film przypadł ci do gustu?
Oczywiście. Ten film to wizualny majstersztyk. Najbardziej ujęły mnie w nim piękne zdjęcia. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby w anime chwilami trudno było odróżnić animację od rzeczywistości, a w przypadku „Belle” właśnie tak jest. Poza tym urzekły mnie wspaniale napisane postacie, oczywiście na czele z główną bohaterką Suzu, która odnajduje samą siebie dopiero przy pomocy Belle, swojego alter ego w wirtualnym świecie.
Jak wspominałaś, mangowe motywy towarzyszą ci także na płycie „Wojny i Noce”. Jedną z piosenek na tym albumie zatytułowałaś imieniem najbardziej tajemniczego bohatera filmu „Spirited Away”, czyli Kaonashiego. Dlaczego?
Kaonashi to postać, która balansuje na granicy dobra i zła. Właśnie o tym jest ten utwór. O człowieku, który ma w sobie bardzo dużo mroku, ale kryje się w nim także światło. Kiedy mamy styczność z taką osobą, często nie wiemy, jak się zachować. Przedstawiłam tę wizję Danielowi Jaroszkowi, reżyserowi teledysku do piosenki „Kaonashi”, a on wpadł na świetny pomysł, żeby przedstawić miłość kobiety, która kocha swojego męża, mimo że jest potworem. Dzieje się tak, ponieważ są momenty, kiedy jest dla niej dobry, a ona dostrzega w nim światło. Przez to bardzo trudno jej od niego uciec. W klipie Daniel użył bardzo adekwatnej metafory – pokazuje, że dla takiej kobiety odejście od męża-oprawcy wymaga tyle wysiłku, co lot w kosmos.
Na ostatniej płycie znalazł się także utwór „Metropolis”, czyli chyba pierwsza piosenka w twojej karierze, która pobrzmiewa politycznym tonem. Co sprawiło, że się na to zdecydowałaś?
Każdy człowiek ma jakieś granice. Moje zostały przekroczone, kiedy zabito radiową Trójkę. Frustracja tak we mnie kipiała, że postanowiłam przetworzyć ją w sztukę. Kochałam Trójkę, wychowałam się na niej, co tydzień słuchałam listy przebojów i płakałam ze szczęścia, kiedy moje utwory ją podbijały. Kiedy zniszczono to radio, coś we mnie pękło.
Daria Zawiałow, fot. Marta Kaczmarek / K MAG 108 „Oblivion”Kontynuacją Trójki jest Radio 357, w którym do niedawna prowadziłaś audycję „Pewex”. Dlaczego tak ją nazwałaś? Przecież z powodów metrykalnych nie możesz pamiętać prawdziwych Peweksów.
Nazwa i w ogóle cała audycja wzięły się stąd, że lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte to moje dwie ukochane dekady w muzyce. Sama tworzę głównie dzięki artystom z tamtych czasów, to oni najmocniej mnie inspirują. Kocham tę muzykę, uwielbiam do niej wracać. Poza tym, z tego co pamiętam, to Michał podpowiedział mi „Pewex”.
Wolisz muzykę z przeszłości od tej, która powstaje teraz?
Nie, słucham też dużo współczesnej muzyki. Mam wiele guilty pleasures.
Na przykład?
Wstydzę się powiedzieć, ale niech będzie: „Sacrum” Mezo. Znam to na pamięć, mogłabym ci zarapować cały utwór!
Twoje dwie ostatnie płyty były dla ciebie w pewnym sensie powrotem do dzieciństwa. Na albumie „Wojny i Noce” postanowiłaś wykorzystać swoją fascynację anime, a poprzednio, na płycie „Helsinki” – Muminkami i opowieściami fantasy. Dlaczego spoglądasz wstecz, zamiast inspirować się swoimi aktualnymi zainteresowaniami?
Wydaje mi się, że te nastoletnie fascynacje teraz do mnie wracają, bo bardzo szybko przestałam być dzieckiem. Nie miałam czasu na dzieciństwo. Zawsze byłam bardzo samodzielna i zaradna. Mało tego: wszystko musiałam zrobić sama. To mi zresztą zostało do dziś – jestem strasznym control freakiem. Staram się znaleźć czas i chęci na odpoczynek, ale nie przychodzi mi to łatwo.
Na przykład kiedy jadę na wakacje, muszę mieć wszystko dokładnie zaplanowane. Każdy dzień, każdą godzinę i każdą minutę. Próbuję się z tego leczyć.
W jednym z wywiadów stwierdziłaś, że „nie jesteś dobra w relaks”.
Mam wrażenie, że ostatnio jestem już trochę lepsza. Uczę się tego. Moja nowa metoda polega na tym, że raz na dwa tygodnie muszę mieć jeden dzień wolny. I to się sprawdza! Chodzi o dzień, kiedy wyłączam internet i telefon, nie ma mnie dla nikogo, spaceruję, jadę z pieskiem do lasu, siedzę w domu, oglądam Netfliksa, czytam książkę… Musiałam wprowadzić do swojego życia miejsce na wypoczynek, bo już nie dźwigałam presji. Na przykład w lipcu ubiegłego roku nie miałam ani jednego dnia wolnego – zagrałam czternaście koncertów i miałam kilkanaście całodziennych prób obu Orkiestr Męskiego Grania. Skończyło się to tak, że na początku sierpnia leżałam pod kroplówką. Fizycznie nie dałam rady. Psychicznie zresztą też.
Ten numer K MAG-a poświęciliśmy „przyszłości, która dzieje się dziś”, czyli między innymi takim zjawiskom jak metawersum, wirtualna rzeczywistość czy sztuczna inteligencja. Jak sądzisz, czy AI może w przyszłości zastąpić żywych artystów?
Trudno mi odpowiedzieć na takie pytanie, bo w ogóle się na tym nie znam. I chyba nie chcę się znać. Nie wiem, czy odnalazłabym się w świecie rodem z „Jetsonów”, a chyba zmierzamy właśnie w tę stronę.
Czyli jesteś analogowa?
Jedni zastanawiają się dlaczego nie mogli urodzić się w jakichś określonych czasach w przeszłości, inni płaczą po nocach, bo nigdy nie zdołają się przekonać, jak naprawdę będzie wyglądała przyszłość. A mnie jest dobrze dokładnie w tym momencie, w którym żyję. Kocham dekadę lat dziewięćdziesiątych i cieszę się, że to wtedy się urodziłam. Myślę, że jestem stworzona właśnie do tych czasów. Chociaż… może rzeczywiście jestem nawet bardziej analogowa niż dzisiejsze czasy. Jeszcze rok temu płaciłam faktury, które przychodziły do mnie tradycyjną pocztą, w kopercie ze znaczkiem. Teksty piosenek też najczęściej piszę w zeszycie.
Autorzy sesji zdjęciowej:
foto Marta Kaczmarek
stylizacja Marysia Duda
makijaż Daria Talashka
włosy Staś Sirchenko
manicure Kejti Kujko
asystentka stylistki Zosia Wajdemajer
asystent oświetlenia Krystian Strupieniuk
grafik 3D Sonia Kaźmierczak
podziękowania dla Studia Świt (ul. Dzika 4, Warszawa)
![[Z archiwum K MAG] Daria Zawiałow: „Mam słabość do różowych włosów”. [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_05_8012b15c05.jpg&w=1920&q=80)
