Historia zaczyna się w noc wyborczą 10 maja 1981 roku, kiedy w drugiej turze wyborów prezydenckich wygrywa Francois Mitterrand, zostając pierwszym socjalistycznym prezydentem V Republiki Francuskiej. Wówczas Paryż zalewają świętujący mieszkańcy, a wśród nich Elisabeth, którą niedawno opuścił mąż, z dwojgiem nastoletnich dzieci. Kobieta zaczyna borykać się z problemami codzienności, w dodatku nigdy nie pracowała, a przy tym jest odpowiedzialna za dwoje ludzi wchodzących w dorosłe życie. To wszystko rozgrywa się na tle archiwalnych kadrów z Paryża lat 80., istnej pocztówki z czasów.
W pewnym momencie Elisabeth spotyka na swojej drodze 18-letnią bezdomną dziewczynę, Talulah (Noée Abita), która wywróci życie jej rodziny do góry nogami. Podczas seansu nieraz można odnieść wrażenie powierzchowności i naiwności w ukazaniu problemów każdego z bohaterów, jednak nie one grają w filmie pierwsze skrzypce. Na piedestale reżyser postawił wrażliwość – na świat, siebie nawzajem, piękno (szczególne miejsce poświęcił kinu). Bohaterowie są czuli, empatyczni, współczujący. To uczucia, o których często zapominamy w prozie codziennego życia, szczególnie gdy w grę wchodzą problemy. Mikhaël Hers przypomina nam, że otwartość na innych i dostrzeganie drobnych dobrych spraw może wiele zmienić w naszej perspektywie i pomóc nawet w najgorszych tarapatach. „Pasażerowie nocy” to nostalgiczne zdjęcia i doskonały casting, świetna propozycja na kojący wieczór. Nie tylko Charlotte Gainsbourg spisała się na medal, każdy rewelacyjnie odegrał swoją rolę.