Są biografie, które robią z artysty człowieka. Są też takie, które wolą go do cna wygładzić i wypolerować, jak sklepową witrynę w muzeum popkultury.
Scenariusz skrojony pod algorytm przyjemności
„Michael” Antoine Fuqua („Dzień próby”, „Bez litości”) nie udaje nawet, że próbuje należeć do pierwszej z tych dwóch kategorii. I robi to z rozbrajającą konsekwencją. Bo nie można temu filmowi pod żadnym pozorem odmówić rozrywkowego przepychu i przemyślanej sprawności naoliwionej maszyny do nostalgii – prosty przepis na sterylny i przyjemny dla oka i ucha biopic. Hit, przeskok czasowy, hit, chwila na wzruszenie, przeskok czasowy, kolejny hit. I tak w kółko, jak zacięta płyta, szukając momentu na zoom jedynie w akompaniamencie kolejnego znanego refrenu.
Już na poziomie nazwisk widać, że to projekt zbudowany na sprawdzonych fundamentach. Za scenariusz odpowiada John Logan („Gladiator”, „Skyfall”), a producentem jest Graham King („Bohemian Rhapsody”). I nie da się nie zauważyć odtwórczego skrojenia pod niezawodny w końcu model – bo „Michael” jest filmem, który wie, jak się podobać. Ma tempo, ma muzykę, kiedy trzeba, potrafi łapać za serce, a potem bezpardonowo wzruszać do łez. Ale jednocześnie jest tak ostrożny w obchodzeniu się z własnym bohaterem, że traci to, co w biografii bez dwóch zdań najciekawsze – napięcie między celebryckim mitem a żywym, tłoczącym krew człowiekiem.
Narracja przeskakuje od roku 1966 do końcówki lat 80., prześlizgując się slalomem między kluczowymi momentami kariery Króla Popu, ale zamiast układać je w przejmującą wiwisekcję psychologii Jacksona, buduje sterylny spektakl dwugodzinnego teledysku z przerwami na dialogi. Byleby nie potknąć się w tym blockbusterowym pędzie o żadną kłodę potencjalnej kontrowersji.

Jackson wskrzeszony
Na korzyść działa urzekający Juliano Valdi w roli małego Michaela i rozbrajający Jaafar Jackson, fenomenalny w swoim debiucie bratanek MJ, który całą tą produkcję niesie właściwie na własnych barkach i robi to z zaskakującą lekkością. Nie wpada w żadną tanią imitację wykalkulowanego moonwalka, a faktycznie wskrzesza w tytułowym Michaelu coś dużo cięższego do uchwycenia – niepowtarzalny magnetyzm pierwowzoru. Jest tu sceniczna przebojowość i podszyta samotnością kruchość, jest legendarna charyzma i momentami wręcz nachalna dziecięca niewinność. Podobnie Colman Domingo w roli autorytarnego Josepha Jacksona, który opresyjnie trzyma w ryzach wyhodowane przez siebie od kołyski dojne krowy rozkosznego boysbandu, komercyjne perpetuum mobile zespołu The Jacksons. Jego obecność dusi widza i przytłacza, dźwigając jedyny autentyczny ciężar w roli de facto jedynej zadry tej historii.
Ale i on prężnie zostaje wciągnięty w ramy wygodnej i bezpiecznej narracji o traumie stanowiącej paliwo geniuszu MJ. Działa to na ekranie, ale redukując całą złożoność jego charakteru do jednego klucza wyjaśnień, film neutralizuje własną drogę ku faktycznemu poznaniu bohatera.

Uniki w rytmie popu
Największym problemem jest jednak to, czego w filmie nie ma. Nie ma Janet Jackson, nie ma realnego konfliktu, nie ma nawet podjęcia próby zmierzenia się z kontrowersją, która legendę gwiazdora oblepiła gęstą połacią półprawd, zeznań i ściągniętych z platform streamingowych dokumentów. Film pozostawia niedosyt, wycofując się przed starciem z niewygdnym i przemilczanym ciężarem historii, i trudno nie odnieść wrażenia, że to decyzja nie artystyczna, a korporacyjna – szczególnie że nad całością unosi się cień „estate-approved content”.
W efekcie końcowym „Michael” to coś między laurką na miarę sakralnego hołdu a komercyjnym pewniakiem składanki evergreenów. Ogląda się to z nieskrywaną przyjemnością, gładko, z zaangażowaniem – bo co ma nie działać w spektakularnych rekonstrukcjach hipnotyzujących występów i muzycznej euforii jednego z topowych katalogów w historii popu? Ale po seansie pozostaje z człowiekiem jedynie poczucie, że Michael na ekranie nie został nam przedstawiony jako persona z krwi i kości, a zaledwie jej wyretuszowany, przefiltrowany i gotowy do dalszej dystrybucji wizerunek.
To kino, które lęka się i kuli na widok własnego cienia. Jakby bano się, że z chwilą, gdy ucichnie muzyka, z widzem pozostanie jedynie niewygodna cisza niedopowiedzeń. „Michael” pozostaje więc widowiskową asekuracją: sprawnie zrealizowaną, przyjemną w odbiorze, ale konsekwentnie unikającą ryzyka, a tym samym, na własną niekorzyść – tchnącej życiem realnej głębi.

![Widowiskowa asekuracja – „Michael” powinien parzyć, a ni to grzeje, ni ziębi [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_MAVEN_UNIT_240523_00846_RC_LOL_v0002_COMP_1001_eb74e194eb.jpg&w=1920&q=80)
