Wata Igarashi zaczynał od baseballu w podmiejskim Tokio, gitarowego grania w madryckiej piwnicy i przypadkowego spotkania z jazzem. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w światowym techno. Rozmawiamy o tym, co dzieje się z dźwiękiem, gdy przestaje być tłem, dlaczego przypadek jest dla niego narzędziem kompozycyjnym i co oznacza wolność w muzyce bez reguł.
Itsukaichi. Niewielkie miasteczko w zachodniej części Tokio, w dystrykcie Nishitama – przez jedenaście lat było jego domem. Wata Igarashi dorastał w otoczeniu natury i wielopokoleniowych tradycji, spędzając czas między lasem a rzeką. Muzyka nie była wtedy szczególnie istotna, ważniejszy był baseball, który przez długi czas wyznaczał rytm codzienności. Wszystko zmieniło się po rodzinnej przeprowadzce do Londynu. Chciał kontynuować grę, ale szkolna drużyna szybko okazała się zbyt mało poważna. Stracił zainteresowanie. Większość rówieśników żyła czymś innym: deskorolką, metalem, hardcore'em. Skateboarding i gitara elektryczna stały się jego nową codziennością.
Codziennością, która została przerwana. Po czterech latach rodzina przeniosła się do Madrytu. To, czego nauczył się w Londynie, szybko znalazło zastosowanie na hiszpańskiej ziemi – dołączył do pierwszego zespołu i grając w wilgotnej piwnicy dla przyjaciół, stał się częścią zupełnie nowej społeczności. Kiedy po kolejnych czterech latach wrócił na studia do Japonii, zdarzył się przypadek, który zmienił wszystko. Jazz. Dla Waty był to gatunek zupełnie nowy, który pojawił się w jego życiu nagle, dzięki uprzejmości znajomego. Bez odpowiedzi na nurtujące go pytania, zaufał intuicji i postawił wszystko na jedną kartę.
Kilka lat później dołączył do Indigo Cage Airlines – projektu, który stał się jego oczkiem w głowie. Grali w wielu miejscach w Tokio, nagrali dwa albumy, ale utrzymanie zespołu w ryzach stopniowo przestawało być możliwe. Kolejne decyzje były odkładane, przyszłość robiła się coraz mniej pewna. Ostatecznie zawieszono działalność – co, jak się okazało, otworzyło nowe perspektywy. Nie czekając, zaczął działać sam. Praca przy produkcji muzycznej dała mu dostęp do syntezatorów i nowego środowiska. Równolegle pozostawał blisko jazzu, ale spędzał coraz więcej czasu w klubach. Z ciekawości chłonął kulturę undergroundu, oglądając sety legendarnych postaci, między innymi Jeffa Millsa:
W pewnym momencie oba światy zaczęły się przenikać. Jazz nauczył go słuchać i reagować. Techno dało narzędzia. Reszta przyszła naturalnie.
Powrót do Polski
Kiedy rozmawiamy, Wata Igarashi jest już po secie w klubie Paradiso w Amsterdamie, gdzie na scenie STOOR Live zagrał back-to-back z .VRIL. Przed nim chwila oddechu, zanim znów ruszy w trasę. Tym razem wraca do Warszawy. Ostatni raz występował tu dzień po premierze swojego albumu „My Supernova” w listopadzie ubiegłego roku. Kiedy pytam, czy był to okres szczególnie intensywny, w odpowiedzi cofa się do etapu masteringu:
Tamtego wieczoru zagrał back-to-back z Błażejem Malinowskim na Jasnej 1. Ale to nie był jego pierwszy kontakt z polską publicznością. Wróćmy do 2018 roku i Up To Date Festival w Białymstoku.
Tamten wieczór nie zamknął się w jednym wspomnieniu – został jako punkt odniesienia.
Inicjatywa „Inner Forms”
Być może właśnie dlatego inicjatywy takie jak Inner Forms nie są dla niego kolejnym występem, lecz konsekwencją obranej drogi. Projekt, który oficjalnie zadebiutuje 26 marca w warszawskim klubie Smolna 38, próbuje przesunąć ciężar z funkcji na doświadczenie.
Droga artystyczna
Z perspektywy czasu droga Waty Igarashiego wydaje się spójna, choć w rzeczywistości opiera się na przypadkowych sytuacjach, które z biegiem lat nabierały coraz bardziej osobistego charakteru. Pytam, czy po piętnastu latach aktywnej pracy zawodowej zmieniło się jego podejście do muzyki. Odpowiada przecząco, pozwalając sobie na odrobinę nostalgii.
To doświadczenie, zakorzenione w improwizacji i intuicji, okazało się trwałe. „Idea pozostała taka sama, niezależnie od tego, czy robię jazz, czy muzykę elektroniczną”. Miasta, w których żył i pracował, nie tyle definiowały jego brzmienie, co wpływały na kierunek decyzji.
Wpływ nie znika, zmienia jedynie intensywność.
Nie próbuje jednak przekładać tych doświadczeń wprost na język muzyki. „Nigdy nie staram się bezpośrednio przedstawić Tokio w swoich utworach. Ale atmosfera miasta prawdopodobnie jest obecna w sposób pośredni”. Miasto nie staje się tematem, lecz warstwą, która przenika strukturę utworu. Podobnie jest z samym techno, które wymyka się prostym podziałom geograficznym.
To kontekst, nie miejsce, definiuje sposób słuchania.
Japońska tradycja
„Moja muzyka jest teraz dość gęsta, nie koncentruje się na ciszy. Doceniam jednak przestrzeń, choć nie zawsze znajduje ona odzwierciedlenie w tym, co tworzę”, deklaruje Igarashi. W tej pozornie prostej obserwacji zawiera się napięcie czytelne w kontekście japońskiej estetyki. Istnieje w niej pojęcie ma – przestrzeni pomiędzy rzeczami, ciszy, która nadaje znaczenie dźwiękowi. W jego muzyce nie zostaje ona zanegowana, lecz przesunięta w głąb struktury. Muzyka elektroniczna łatwo skłania do myślenia o absolutnej precyzji: rytm nienaruszalny, struktura powtarzalna, dźwięk dopracowany w każdym detalu. Tyle że to nie perfekcja decyduje o jej sile. Najbardziej zaskakujące momenty pojawiają się tam, gdzie coś zaczyna wymykać się spod kontroli – w niedoskonałościach, w powtórzeniach, które z czasem zmieniają sens. W estetyce bliskiej artyście obecne jest również pojęcie wabi-sabi – piękna niedoskonałości i przemijania.
Przypadek zostaje tu nie tyle wyeliminowany, co przekształcony w świadomy element kompozycji. Kiedy poruszamy kwestię dźwięku jako przestrzeni, Igarashi wspomina o swoich doświadczeniach produkcyjnych. „To prawdopodobnie wynika z pracy przy reklamach, gdzie obraz jest punktem wyjścia. Często wyobrażam sobie przestrzeń albo sytuację podczas tworzenia”. Muzyka elektroniczna przestaje być wyłącznie środowiskiem do zanurzenia.
Zaczyna przedstawiać swój własny rytm i logikę. Zmienia się też doświadczanie czasu. Podczas gdy odbiorca może ulegać jego zatraceniu, artysta pozostaje w stanie pełnej kontroli. „Zazwyczaj jestem bardzo skupiony. Być może przy bardzo długich setach coś się zmienia, ale generalnie to zupełnie inne doświadczenie niż po drugiej stronie parkietu". Dwa sposoby odczuwania czasu działają równolegle.
Architekt dźwięku
Wata Igarashi od początku operuje przestrzenią – nie w sensie dosłownym, lecz jako czymś, co buduje się w czasie, warstwa po warstwie. „Najlepiej, kiedy zamykasz oczy i muzyka zabiera cię w podróż”. Podobnie traktuje powtarzalność, która w techno jest jednym z podstawowych narzędzi – bez hipnozy ani medytacji w ich oczywistym znaczeniu.
Interesuje go właśnie ten moment przesunięcia, kiedy pozornie statyczna struktura zaczyna działać na innym poziomie.
To podejście widać też w sposobie budowania setów. Unika określenia „hipnotyczne". „Myślę raczej o przepływie i ruchu. To trochę jak opowieść, ale nie liniowa – raczej jak fale, z napięciem i rozluźnieniem”. Narracja nie prowadzi w jednym kierunku: przyspiesza, zawraca, zmienia tempo. Parkiet staje się przestrzenią, w której wszystko zaczyna się łączyć. „Kiedy to się dzieje, to wyraźny sygnał, że wszystko działa, jak powinno”. Bez dodatkowego komentarza. Natychmiast odczuwalne – po obu stronach.
„Muzyka nie jest tylko dźwiękiem, zawsze współistnieje z czymś: obrazem, historią albo przestrzenią”, podkreśla Igarashi. Praca przy dźwięku do reklam nauczyła go patrzeć na muzykę szerzej, traktując ją jako element większej całości, pozostający zawsze w relacji z otoczeniem. Kiedy pytam o potencjalne współprace, Wata kieruje uwagę nie na nazwiska, lecz na wrażliwość. „Interesuje mnie praca z ludźmi, którzy myślą o przestrzeni, świetle i percepcji – o tym, jak doświadczenie rozwija się w czasie”.
Magia gatunku
Techno przestaje być dla niego kategorią stylistyczną, a zaczyna funkcjonować jako przestrzeń o nieograniczonych możliwościach. Jeff Mills, jeden z najważniejszych twórców Detroit techno, traktował ten gatunek jako dźwięki przyszłości. Czy japoński artysta myśli podobnie?
Gatunek narodził się w Detroit pod koniec lat 80., a swój europejski przełom przeszedł w Berlinie — stając się głosem nowej fali. „Techno nie jest związane z tradycyjną teorią muzyki, sam definiujesz reguły. I właśnie w tym tkwi jego piękno”. Dziś istnieje tak wiele odmian, że ciężko mówić o jednej wspólnej definicji. Kiedy pytam, czy ten rozrost wpływa negatywnie na oryginalne brzmienie, Igarashi odpowiada bez owijania w bawełnę:
Sposób, w jaki dziś konsumujemy muzykę, niezależnie od tego, czy mówimy o mainstreamie, czy scenie elektronicznej – w dużej mierze został ukształtowany przez media społecznościowe. Na przestrzeni ostatniej dekady ich rola zmieniła się diametralnie. Kiedy pytam artystę o ich znaczenie w kontekście muzyki elektronicznej, odpowiada krótko: „Zmieniły jej widoczność i dostępność, ale niekoniecznie pogłębiły samą muzykę czy doświadczenie”. Myśląc o przyszłości – o momencie, w którym jego muzyka może zostać odkryta na nowo, pozbawiona całego zaplecza kulturowego – otrzymuję odpowiedź zaskakująco prostą.
Dla kogoś, kto zaczął od baseballu w zachodnim Tokio i gitarowego grania w madryckiej piwnicy, to zdanie brzmi mniej jak skromność, a bardziej jak konsekwentna filozofia: muzyka, która trafia – trafia niezależnie od kontekstu.
![Wata Igarashi: „Techno nie jest związane z tradycyjną teorią muzyki, sam definiujesz reguły. I właśnie w tym tkwi jego piękno” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Wata_Igarashi_Press_Photo_2_6d8d492a92.jpg&w=1920&q=80)