Od dziecka wmawia nam się, że dbanie o siebie to akt altruizmu – bo będziemy zdrowsze dla dzieci, sprawniejsze w pracy czy bardziej atrakcyjne dla partnera. Mery Spolsky wraz z marką Purella głośno mówią to, o czym każda z nas myśli – że dbać o siebie powinnyśmy dla siebie.
Jedna z najbardziej oryginalnych artystek w Polsce, gwiazda sesji w 124. numerze K MAG i ambasadorka marki Purella uchyliła nam rąbka tajemnicy i zdradziła, co robi dla siebie, gdy nie śledzą jej ciekawskie oczy.
Jako ważny element swojej rutyny wymienia batonik proteinowy Purella – idealną przekąskę dla miłośników zdrowego stylu życia, którzy nie chcą rezygnować z wyjątkowego smaku i przyjemności, jaką niesie za sobą jedzenie – i to bez dodatku cukru.
Czy jest coś w twojej karierze, co zrobiłaś wyłącznie dla siebie i nie przejmowałaś się, czy się spodoba?
Mam wrażenie, że każda moja płyta to przede wszystkim euforia dla mnie samej. Na początku w ogóle nie myślę o opinii innych, tylko skupiam się na tym, co czuję. Kocham pisać piosenki, kombinować nad tekstem, a potem nagrywać to wszystko w studiu. Momenty pracy nad numerami są chyba najlepszymi wspomnieniami z całego tego procesu. Zawsze mam ten sam dreszcz ekscytacji – czy na koniec dnia wyjdę ze studia z czymś fajnym, czy jeszcze do dopracowania. Uwielbiam każdą fazę powstawania piosenki. Najpierw jest pomysł i impuls, a to zwykle najprzyjemniejsze. Potem pojawiają się wątpliwości w swoją twórczość, odsłuchiwanie, zastanawianie się nad poprawkami. Na końcu jest ogromna radość i satysfakcja. Słucham demówek w aucie i czuję się królową życia!
Ale gdybym miała wybrać jakąś szaloną rzecz, którą zrobiłam tylko dla siebie, to byłby to występ z Ich Troje na Dużej Scenie na Pol'and'Rock Festival. Nigdy nie przepadałam za muzycznym klimatem tej kapeli i czułam, że moi odbiorcy mogą się zdziwić tą decyzją o wspólnym wykonaniu. Zrobiłam to dla siebie, dla przeżycia bycia na Dużej Scenie na Pol'and'Rock Festival i jako docenienie zaciekłej walki Michała Wiśniewskiego w konkursie na Złotego Bączka, w którym również startowałam. Michał wygrał i mnie zaprosił, co było bardzo miłe. Pozdrawiam go serdecznie.
W swoich piosenkach śpiewasz o buncie, ale też o tym, że widzisz presję otoczenia, by być jakaś (Co się teraz nosi? Gdzie się dzisiaj chodzi? O czym mówić mam, gdy będę tam?). Skąd wiesz, że to, co robisz, jest „tobą”, a nie projekcją cudzych oczekiwań na ciebie?
Łatwo się zatracić w cudzych oczekiwaniach, ale myślę, że na koniec dnia czuje się w kościach, czego tak naprawdę chcemy. Mama mi zawsze powtarzała, że trzeba w siebie mocno i naiwnie wierzyć. W szkole czułam się czasem jak kosmitka, bo nosiłam dość szalone stylizacje. Niektórzy się ze mnie śmiali, ale ja dumnie przyjeżdżałam rowerem w trampkach na koturnach. Wychowywałam się w podejściu, że „inne” wcale nie oznacza „gorsze”, a w wielu momentach może nawet wyjść na plus. Jako debiutantka startowałam w konkursach muzycznych, gdzie zadaniem było stworzenie coveru jakiegoś cenionego artysty – Grechuty, Osieckiej, Wodeckiego i innych nazwisk z kanonu polskiej piosenki. Czułam, że potrzebuję tchnąć w te piosenki trochę swojego stylu i szaleństwa. Dość często słyszałam określenie, że to „profanacja”. Miałam takie myśli, czy nie powinnam trochę zluzować z tymi wywrotowymi pomysłami. Finalnie obstawałam przy swoim i widzę, że taka postawa bardzo mi się opłaciła. Ludzie zapamiętywali mnie jako „krejzi” dziewczynę z gitarą i dzięki temu byłam zauważalna. Po wydaniu pierwszej płyty czułam, że mam już dość spore grono odbiorców, którzy doceniali wtedy moje przerobione wersje Grechuty czy Skaldów.
A był kiedyś moment, kiedy zrobiłaś coś wbrew wszystkim i okazało się, że miałaś rację?
Uparłam się, żeby tytuł mojej książki był taki, jaki sobie wymyśliłam. W trakcie pandemii spełniłam marzenie i usiadłam do pisania. To były opowiadania o mojej mroczniejszej stronie, o tak zwanej Marysi, która we mnie siedzi. Zatytułowałam to Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj. To zdanie miało dla mnie sentymentalne znaczenie, bo kiedyś mama napisała taki żartobliwy wierszyk w odpowiedzi na moją marudną postawę. Wiele osób odradzało mi ten tytuł, sugerując, że jest „zbyt triggerujący”. Niektóre wydawnictwa nie chciały podjąć się ze mną współpracy tylko ze względu na to zdanie. Bliscy przyjaciele też nie byli przychylni i martwili się, czy nie zostanę oceniona po okładce jako osoba, która śmieje się z myśli samobójczych lub ma jakieś złe intencje. Zostałam przy tym tytule i nie spotkało mnie nic strasznego. Książka odbiła się pozytywnym echem, a nawet wywołała liczne dyskusje o tym, że warto mówić o swoich czarnych myślach na głos. Gdybym zdecydowała się zmienić jej nazwę, żałowałabym do teraz i chyba nie potrafiłabym się tak nią cieszyć.
Prywatnie, masz jakiś codzienny rytuał, który jest czysto twój? Coś, co robisz dla siebie – nie dlatego, że ktoś powiedział, że powinnaś, ale dlatego, że po prostu dobrze ci z tym. Pytam też o jedzenie – czy świadomie wybierasz, co dajesz swojemu ciału, i czy jest to dla ciebie forma zdrowego egoizmu?
Mam rytuały i w ogóle kocham wkręcać się w różne rzeczy! Ostatnio moje poranki wyglądają tak, że wyrzucam telefon na bok, odpalam na cały regulator kubańską muzykę i robię sobie ciepłą wodę z cytryną. Czuję, że to taki mój wyjątkowy start dnia. Wychodzę z Bronką, moim pieskiem, i to też jest taki rytuał dla mnie, bo łykam powietrze, sprawdzam, jaka jest pogoda. Na chwilę jestem głową w normalnym życiu, a nie w mejlach i na Instagramie.
Jeśli chodzi o jedzenie – może ciężko w to uwierzyć, słuchając moich piosenek, w których często śpiewam o jedzeniu (chociażby Bigotka) – ale codziennie piję zdrowego, zielonego, proteinowego shake'a. Bez tego nie wychodzę z domu! Banan, jogurt naturalny, czekoladowe białko, owoce sezonowe i zielony proszek ze spiruliną. Nieważne, czy idę potem na siłownię, czy jadę na koncert – zielony eliksir musi być! A jak jestem w biegu i nie mam czasu, to ratuję się czymś szybkim, ale dalej w tym moim „dbającym o siebie” klimacie – często wrzucam do torby proteinowego batona Purella i mam spokój.
Ostatnio bardzo zwracam uwagę na to, co daję mojemu ciału. Ograniczyłam alkohol, cukier i fast foody. Nie jem wieczorem. Czuję, że wpływa to na mój humor i – jak tak dalej pójdzie – przestanę pisać smutne piosenki. Żartuję, ale naprawdę lubię ten stan, kiedy ugotuję sobie coś zdrowego.

Jest coś, co powiedziałabyś Marysi sprzed dziesięciu lat o robieniu rzeczy dla siebie? A jest coś, czego jej zazdrościsz?
Zazdroszczę jej naiwności i dziecięcej wiary w muzykę. Uważam, że to najpiękniejsze uczucie przy spełnianiu marzeń. Tylko dzięki naiwnemu przekonaniu, że „na pewno się uda”, można cisnąć po swoje, ale też zbierać się po porażkach. Gdyby nie to, miałabym już dawno inny zawód. Pamiętam, jak nie przyjęli mnie do X Factor i do Must Be The Music. Ryczałam, ale podniosłam się i powiedziałam sobie: „nie znają się”.
Jeśli chodzi o rady dla dwudziestoletniej Marysi, to na pewno podpowiedziałabym jej, żeby nie płakała nad swoim złamanym sercem, bo piosenki o tym rozstaniu zrobią furorę. Miło było pana poznać do dziś jest moim najpopularniejszym utworem. Zakazałabym jej malować brwi na czarno, bo kiedy patrzę na swoje zdjęcia, trochę nie rozumiem, co miałam w głowie. Poprosiłabym ją, żeby więcej czasu spędziła z mamą, bo niestety przyjdzie taki dzień, kiedy prędko jej zabraknie. Namówiłabym ją też do biegania, bo może teraz łatwiej by mi je było znosić.
![„W szkole czułam się czasem jak kosmitka”. Rozmawiamy z Mery Spolsky, ambasadorką marki Purella [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_260311_Purella_0013_ok_big2_prev_4d928c64a6.jpg&w=1920&q=80)