Tytuł jest jednocześnie zapowiedzią, spoilerem i żartem. Serial nie ukrywa, że skończy się źle. Ukrywa jedynie jak bardzo.
„Tu zdarzy się coś strasznego” to ośmioodcinkowy serial Netflixa, który zadebiutuje już 26 marca 2026 roku. Za stworzenie go odpowiada Haley Z. Boston, zaś w roli producentów wykonawczych — bracia Matt i Ross Duffer, twórcy „Stranger Things”. Nie chodzi jednak o odgrzewanie nastrojów z Hawkins. Matt Duffer jasno zaznaczył, że w tym przypadku ich rola to raczej mentoring niż reżyseria.
Haley Z. Boston nie jest nikim przypadkowym, pisała już scenariusze dla serii Netflixa. Teraz 29-latka dostaje własny tytuł i co ważniejsze, dostaje go na swoich warunkach. Zakończenie napisała jako pierwsze. Potem przez rok notowała sceny, kiedy tylko przychodziła inspiracja.
Bracia Duffer sami przyznali, że scenariusz ich powalił. Napisali, że jest „sprytny, przerażający, zabawny i po prostu... bardzo Haley”. To dość rzadki przypadek w branży, gdy producenci wychwalają głos twórczyni, a nie własną markę.
Wesele uruchamia grozę
Fabuła śledzi Rachel i Nicky'ego w tygodniu poprzedzającym ich ślub. Para jedzie do odciętego od świata zimowego domu rodziny Nicky'ego, gdzie ma odbyć się kameralna ceremonia. Rachel, podatna na przesądy i pochłaniana przez narastającą paranoję, nie może pozbyć się przeczucia, że coś złego wisi w powietrzu.
Boston opisuje swój zamysł przez pryzmat feministycznej genealogii horroru. Jeśli „Carrie” to horror o dziewczynie stającej się kobietą, a Dziecko Rosemary o kobiecie stającej się matką, to „Tu zdarzy się coś strasznego” jest horrorem o kobiecie stającej się żoną. To ujęcie, które jednocześnie sytuuje serial w konkretnej tradycji i zapowiada, że nie będzie w niej wyłącznie hołdem.
Pomysł zrodził się z rozmowy z matką. Gdy Boston była dzieckiem, usłyszała: „po prostu upewnij się, że nie wyjdziesz za złego człowieka”. Z tego ostrzeżenia wyrosła Rachel. Z tej konkretności wyrosło coś więcej niż gatunkowy horror.
Boston mówi wprost: serial nie jest oparty na jump scare'ach. Zamierzony ton to nieustający niepokój wchodzący pod skórę, połączony z narracją zakorzenioną w postaciach. Brzmi jak opis niemal każdego ambitnego horroru ostatnich dekad, tutaj ma pokrycie w obsadzie i realizacji.
Upside Down Pictures poza Hawkins
Dla braci Duffer to pierwszy projekt wyprodukowany pod szyldem Upside Down Pictures po zakończeniu „Stranger Things”. Choć obaj wkrótce przejdą do Paramount, gdzie podpisali umowę obowiązującą do 2030 roku, obejmującą także produkcje kinowe – kontrakty z Netfliksem realizują do końca. „Tu zdarzy się coś strasznego” jest więc czymś w rodzaju testamentu ich netflixowej ery. Tyle że oddają tu głos komuś innemu.
I to jest właśnie interesujące. Serial nie mówi językiem Dufferów. Mówi językiem Haley Z. Boston, w którym horror nie jest kostiumem retro ani nostalgiczną dekoracją, tylko czymś wynikającym bezpośrednio z relacji, z oczekiwań rodzinnych, z wesela jako rytuału mającego być jednocześnie najpiękniejszym dniem życia i punktem, z którego nie ma już odwrotu.
Tytuł obiecuje katastrofę. Pytanie tylko, czy nadejdzie z zewnątrz czy tkwiła w środku od samego początku.
![„Tu zdarzy się coś strasznego”: nowy pomysł na koszmar [TRAILER]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_2250_jpg_973ad48cef.webp&w=1920&q=80)