Rozmawiała Agnieszka Noskowska
Przez długi czas mieszkałeś w Detroit, później przeniosłeś się do Berlina. Skąd taka decyzja?
Do Berlina przeniosło się wielu moich znajomych. Shaun Reeves, z którym założyłem kolektyw Visionquest mieszkał tam już od jakiegoś czasu, ja zacząłem tam jeździć co wakacje. To właśnie w Berlinie powstały moje pierwsze sety. W 2005 roku, mając dziewiętnaście lat grałem w berlińskiej Panoramie i w Robert-Johnson we Frankfurcie. Poznawałem coraz więcej ludzi i oswajałem się z miastem. Wtedy byłem jeszcze chodziłem do szkoły. Jeden z nauczycieli powiedział, że powinienem tworzyć muzykę. Rzuciłem więc naukę i przeniosłem się do miejsca, w którym po prostu miałem najwięcej znajomych. Jeżeli chciało się naprawdę wejść do świata techno, to Berlin na początku XXI wieku był miejscem, w którym trzeba było być.
Jaki wpływ wywarły na twoją twórczość te dwa różne miasta?
Tworzyłem dużo więcej gdy byłem w Detroit. To bardzo kreatywne miejsce. Berlin, moim zdaniem to miasto „zaginionych marzeń”. Wszyscy jadą tam z zamiarem tworzenia, jednak tylko bardzo niewielka grupa ludzi spełnia swoje zamiary. Wielu wchodzi w fazę „zrobię to jutro”. Możliwości tego miasta są ogromne, ale tylko wąskie grono ludzi je wykorzystuje.
Od początku swojej kariery chętnie nawiązujesz współpracę z wieloma twórcami. Dlaczego tworzenie z innymi artystami jest dla Ciebie tak ważne?
Nie powiedziałbym, że to ważne. Po prostu jestem leniem. Lubię przebywać ze swoimi przyjaciółmi. Spotykamy się, wchodzimy do studia i tworzymy. Na początku byłem całkiem sam. Z czasem gdy poznałem więcej ludzi, zacząłem sklejać z nimi kawałki. To bardzo naturalny proces.
Czy możesz powiedzieć coś więcej na temat nowej płyty? To podsumowanie dotychczasowej działalności czy całkowicie nowy rozdział?
To kolekcja najlepszych rzeczy, które zrobiłem do tej pory. To podsumowanie, koniec pewnej ery. Przez bardzo długi czas byłem szalonym imprezowiczem. Teraz mam trzydzieści dwa lata i myślę, że czas na zmianę. Zawsze mówiłem, że muzykę taneczną będę robił przez dwadzieścia lat. Przed sobą mam jeszcze drugą połowę tej dekady. To będzie inna faza. Szalone zabawy były super, ale teraz czas na coś poważniejszego.
Niedawno na swoim Instagramie wstawiłeś post, pod którym napisałeś, że zamierzasz ograniczyć aktywność w social mediach. Skąd taka decyzja?
Przebywanie na tych platformach to strata czasu. W Internecie chcesz żeby wszyscy reagowali na to, co robisz. Najlepiej żeby zgadzali się z każdą twoją opinią. To niezdrowe, tak się nie da żyć. Z każdej strony zalewa nas mnóstwo niepotrzebnych informacji, jest ich po prostu za dużo. To wszystko sprawiało, że czułem się bardzo źle, w końcu stwierdziłem "Pie*dolę to!". Kogo to wszystko obchodzi? Chcę prawdziwych interakcji z ludźmi, a nie wpatrzonych w komórki zombie. Usunąłem prawie wszystko z wyjątkiem Instagrama. Lubię czasem oglądać, co porabiają moi znajomi. Facebook i Twitter to najgorsze platformy. Technologia może być super, jest łatwo dostępna i potrafi ułatwić życie. Z drugiej strony niszczy jego jakość. Myślę jednak, że jesteśmy u progu przełomu, który zmieni aktualny stan rzeczy na lepszy. Niedługo ludzie coraz częściej będą rezygnować z życia on-line.
Świętujesz dziesięciolecie działalności muzycznej i niedługo ukaże się twoja nowa EP-ka. Czego jeszcze możemy się spodziewać?
Niedługo ukaże się nowy album, który stworzyłem z Philem Moffem. Krążek nosi nazwę „Lost Souls of Saturn”. Po raz pierwszy będę kuratorem wystawy artystycznej w Londynie. Przede mną dużo koncertów. Planuję też poszerzyć swoją działalność restauratorską. Po Londynie mam zamiar stworzyć kuchnię na Ibizie, gdzie aktualnie mieszkam.
Na co dzień tworzysz muzykę, która ma fanów na całym świecie. A czego ty sam słuchasz w wolnej chwili?
Na pewno nie muzyki elektronicznej. Jest za to Bossa Nova i Steely Dan. „Aja” to mój ulubiony album. Pasuje do wszystkiego, zarówno moment relaksu, jak i na spotkanie ze znajomymi. Moja pochodząca z Brazylii dziewczyna cały czas odtwarza swoje kolekcjonerskie płyty. Najczęściej słuchamy spokojnej muzyki z tego rejonu świata. Kocham też najzwyklejszą, głuchą ciszę.