Fenomen kosmicznej przygody Ryana Goslinga jest zdumiewający. Film w weekend otwarcia zarobił aż 140 milionów dolarów, zbiera świetne oceny widzów, a już docierają informacje na temat rozmów o sequelu. Twórcy „Lego: Przygody” ponownie rozbili bank w box office, przyciągając tłumy na sale kinowe. Skąd taki wielowymiarowy sukces i czy adaptacja powieści Andy’ego Weira naprawdę jest tak wybitna, jak mówią?
Nowa produkcja Amazon MGM Studios przedstawia osobliwego bohatera w jeszcze bardziej niezwykłych okolicznościach. Ryland Grace budzi się na pokładzie statku kosmicznego – wokół żadnej żywej duszy, a on sam nie ma pojęcia, jak się tam znalazł. Z czasem odkrywa, że został wysłany w przestrzeń z misją o ogromnym znaczeniu – ma rozwiązać zagadkę tajemniczej substancji wygaszającej Słońce. Z ratowaniem ludzkości nie będzie musiał mierzyć się jednak sam. Wkrótce spotyka uroczą, pozaziemską istotę o imieniu Rocky, której planeta również stoi w obliczu zagłady. Czy ten osobliwy duet zdoła ocalić swoje światy?
Skąd taki sukces?
Niewątpliwie trudno oprzeć się urokowi tej emocjonującej astro-przygody. W czasach nieustannie mnożących się franczyz, blockbusterów coraz częściej unurzanych w suchej, sterylnej powadze, reżyserzy Phil Lord i Christopher Miller odpalają wrotki, reanimując sentymentalno-przygodowego ducha kina Stevena Spielberga z lat 80. i 90. Nawet postać Rockiego wyraźnie nawiązuje do kosmicznego, równie rozbrajającego przybysza E.T.
Na astro-paliwo opowieści w „Projekcie Hail Mary” składa się nie tylko fantazja i znakomita strona techniczna produkcji, imponująca swoją maestrią, lecz przede wszystkim centralna relacja bohaterów. Ryan Gosling wraz ze swoim kosmicznym kompanem – sprawiającym wrażenie syntezy skały i pająka – tworzą wyborny ekranowy bromance. Z czasem bohaterowie znajdują wspólny język, przełamując bariery komunikacyjne, także na poziomie emocji. Niepowstrzymana ironia oraz stopniowe odkrywanie dzielących ich różnic osobistych oraz gatunkowych wypadają niezwykle naturalnie.
Ostatecznie kosmos w „Projekcie Hail Mary” pozostaje jedynie hipnotyzującą otoczką – w samym sercu to opowieść o szczerej przyjaźni, człowieku jako istocie stadnej, wyniszczanej przez nadmierną samotność, o zderzeniach kulturowych oraz poszukiwaniu własnego miejsca w ogromnym, nieskończonym wszechświecie.

Nie ma tak kolorowo…
Zanim jednak film nabierze autentycznej, emocjonalnej ekspresji i wyraźniejszego głosu, trzeba przebrnąć przez dość pokraczny i mdły pierwszy akt. Początkowy brak informacji oraz narracyjny chaos można tłumaczyć przyjętą konwencją – w końcu protagonista sam niewiele rozumie z zaistniałej sytuacji, a widz zostaje wrzucony w sam środek jego doświadczeń. Z perspektywy scenariuszowej pozostaje to jednak wyraźną wadą: prezentowanym wydarzeniom brakuje egzystencjalnego ciężaru i emocjonalnej stawki, a dodatkowo są one przerywane licznymi retrospekcjami, co potęguje wrażenie nużącego rozproszenia i dezorientacji.
Tę ekspozycyjną lukę twórcy próbują zasypać gatunkową farsą – problem w tym, że humor i dystans początkowo sprawiają wrażenie wymuszonych i generycznych, przez co efekt wypada dość anemicznie. Rozbuchany, wręcz nomen omen kosmiczny metraż produkcji okazuje się tu zwyczajnie zbędny – skrócenie całości o choćby 20–30 minut mogłoby znacząco poprawić jej dynamikę. W obecnym kształcie niemal każda minuta poprzedzająca pojawienie się skalnego towarzysza trąci niespójnością, a momentami nawet egzystencjalną pustką.
Poza narracyjnym rozkrokiem między kosmiczną teraźniejszością a ziemską przeszłością, „Projekt Hail Mary” okazuje się dość niekonsekwentny także w balansowaniu między tonem naukowym a infantylno-komediowym. Twórcy wyraźnie próbują nadać historii naukowy sznyt, sięgając po specjalistyczne pojęcia i fizyczne koncepcje. Trudno jednak znaleźć pełne uzasadnienie dla tych „nolanizmów”, skoro na drugim biegunie mamy ekscentrycznego Ryana Goslinga, którego nieporadne działania momentami ocierają się o slapstick, a całość zdaje się celować raczej w efekt lekkiej, familijnej rozrywki na sobotni wieczór.

Opinia o potencjalnym sequelu
Twórcy zapewne, jak to bywa w przypadku hitów komercyjnych, sięgną po sequel, co pokazuje, jak mylące bywają wnioski wielkich studiów – również biznesowe. Jedną z kluczowych przyczyn sukcesu „Projektu Hail Mary” jest bowiem oryginalny świat przedstawiony. To nie kolejna część rozwleczonej franczyzy, w której nikt nie pamięta oryginału – idąc do kina, widz wie, że otrzyma nową, odrębną historię, i nie musi znać kilku poprzednich odsłon, by w pełni przeżyć tę opowieść. Zamiast merkantylnego recyklingu, przydałby się kolejny powiew świeżości.
Patrząc na produkcję całościowo, „Projekt Hail Mary” to bardzo dobra rozrywka, która choć początkowo szwankuje, to gdy już nabiera tempa, pędzi z prędkością światła. Tego typu filmy są wręcz tworzone z myślą o wielkim ekranie – nawet jeśli nie wykraczają poza bezpieczne ramy gatunkowe, a także zdarzają im się potknięcia, potrafią zachwycać, bawić, wzruszać i pozostawać w pamięci na długo.
![„Projekt Hail Mary” triumfuje w kinach. Czy zdobył również nasze serce? [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_ryan_c549e6219b.jpg&w=1920&q=80)