O modzie najłatwiej mówi się, opisując to, co widać z zewnątrz. Artystyczne zdjęcia ubrań, kolorowe wystawy przypominające dzieła sztuki, kolekcje, kampanie. Można uwierzyć, że to świat zbudowany wyłącznie z piękna. Mnie było dane poznać go od środka. I to doświadczenie zostanie ze mną, pod skórą, na zawsze.
Dorastałam w Polsce, w której moda nie była codziennością, tylko czymś odświętnym, niemal niedostępnym. Ubrania znanych projektantek funkcjonowały bardziej jako opowieść niż realny wybór. Wszystko zaczynało się u mnie w domu, od mojej mamy. Potrafiła wyczarować rzeczy z niczego. Wspólnie wymyślałyśmy kroje, chodziłyśmy do krawcowej, dotykałyśmy materiałów w sklepach, oglądałyśmy je uważnie, jakby były czymś więcej niż tylko tkaniną. I rzeczywiście były. Niosły w sobie emocje, poczucie wyjątkowości, coś, co trudno nazwać, a co zostaje z człowiekiem na długo. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że ubrania mogą być przeżyciem.
Do Francji wyjechałam pod koniec lat dziewięćdziesiątych, w momencie, kiedy łódzki przemysł włókienniczy właściwie się rozpadał. Byłam studentką. W Łodzi fabryki znikały jedna po drugiej, a ja znalazłam się nagle w miejscu, gdzie wszystko działało sprawnie, logicznie i bez chaosu, który znałam z Polski. Trafiłam do zakładu produkcyjnego, w którym zobaczyłam pełen proces powstawania kolekcji – od pierwszej nitki po gotowy produkt. Przechodziłam przez każdy dział, chłonęłam wszystko. To było jak wejście za kulisy spektaklu, który wcześniej oglądałam wyłącznie z widowni.
Wtedy też przyszło pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Moda okazała się systemem – precyzyjnym, wymagającym, bezwzględnym i momentami bezdusznym. Koszty, terminy i poziomy sprzedaży nierzadko ważyły więcej niż kolor, forma czy jakość materiału. Piękno było tylko jedną z warstw. Często nie najważniejszą.
Nieco później zaczęłam pracę przy produkcji odzieży bezszwowej. Nauczyłam się wówczas patrzeć na ubrania przez proporcje i detale. Zafascynował mnie moment, w którym z przędzy, niemal z niczego, zaczyna wyłaniać się forma. Nie chodziło mi wyłącznie o estetykę; mechanika, rytm, powtarzalność i precyzja niosły w sobie inny rodzaj piękna. Chciałam to zrozumieć od środka. Dlatego w tej samej firmie zaczęłam pracę na stanowisku dziewiarza.
To była zupełnie inna rzeczywistość niż ta, do której przygotowywały mnie studia, zarówno na Politechnice Łódzkiej, jak i we Francji. Praca zmianowa, odpowiedzialność za kilka maszyn jednocześnie, ciągła czujność – żadne z tych doświadczeń nie miało nic wspólnego ze studenckimi ideałami. A jednak sama zapisałam się do tego klubu.
Uczyłam się wszystkiego od podstaw: jak zasilać maszynę w przędzę, żeby nie było zbędnych przestojów, jak reagować, kiedy zrywa się nić i cały proces nagle staje, jak wymieniać igły, płaszczki, elementy wodzików, a nawet karty pamięci. Zrozumiałam, czym są czasy dziania i jak bardzo wpływają na koszt gotowego ubrania. Każdy najmniejszy błąd wracał natychmiast w postaci wadliwego produktu. Dla mnie, tuż po studiach, to było zderzenie z zupełnie innym rodzajem odpowiedzialności. Tytuł inżyniera schodził na drugi plan – ważniejsze okazały się uważność, pokora i gotowość do uczenia się od nowa. Po pracy zostawałam w zakładzie, żeby uczyć się dalej: projektowania kolekcji, programowania maszyn, przygotowywania rysunków dzianin, przekładania idei na język technologii.
Po kilku miesiącach objęłam stanowisko głównego technologa. Zaczęłam widzieć nie tylko pojedynczą maszynę, ale cały system i wszystkie zależności, które prowadzą do powstania gotowego ubrania. Z czasem jednak poczułam niedosyt. Szukałam w tym wszystkim miejsca na piękno, które było mi najbliższe.

Kolejnym krokiem okazały się Włochy. To właśnie tam, w Brescii, rozwijała się najbardziej zaawansowana technologia bezszwowa, a firmy takie jak Santoni wyznaczały kierunek dla całej branży. Jeździłam do Mediolanu i Brescii, uczestniczyłam w targach, odwiedzałam zakłady, obserwowałam rozwiązania, które wtedy wydawały się niemal przyszłością. To doświadczenie dopełniło moją wiedzę i połączyło technologię z estetyką, precyzję z wizją.
Włosi mają niezwykłą wrażliwość na estetykę, ale i ogromny pragmatyzm. Wiedzą, kiedy coś jest piękne i kiedy ma się sprzedać. Ten balans mnie ukształtował. Z jednej strony bliskie było mi ich podejście do jakości i formy, z drugiej widziałam coraz wyraźniej, jak często decyzje estetyczne ustępują miejsca decyzjom biznesowym. Był to też czas, kiedy produkcja w Europie kurczyła się z miesiąca na miesiąc, a delokalizacja odmieniana była przez wszystkie przypadki. Likwidowano fabryki, sprzedawano maszyny, zakłady odzieżowe stawały się w istocie magazynami z logistycznym zapleczem.
Jedno z najmocniejszych wspomnień przyszło nieco później. We Francji, w zakładzie, w którym pracowałam. Pamiętam moment otwierania kontenera, który dotarł do nas z Chin wypełniony odzieżą wyprodukowaną na nasze zamówienie. Zapach chemikaliów – ciężki, wilgotny, niemal duszący – uderzył natychmiast po uchyleniu drzwi. Trudno było oddychać. Ubrania mające szybko trafić do sprzedaży w dużej części nie nadawały się do użytku: złe rozmiary, plamy, niedociągnięcia, miejscami dziury. To był moment, w którym coś we mnie pękło. Zobaczyłam, jaki jest prawdziwy koszt taniej produkcji.
Był też w mojej karierze dzień, w którym zostałam praktycznie jedynym pracownikiem zakładu. Razem z koleżanką obsługującą maszynę do utrwalania termicznego robiłyśmy wszystko: projektowanie, programowanie, prototypowanie. Świeżo udziane wyroby farbowałam w zwykłej pralce. Czas ogromnego stresu i paradoksalnie czas, kiedy nauczyłam się najwięcej o sobie i o granicach, które można przesuwać, ale tylko do pewnego momentu. Kiedy koleżanka odeszła, wyjechałam z Francji. Wróciłam do Polski, żeby zacząć od nowa.
Nie oznaczało to, że dalej było łatwo. Praca dla marek działających, przynajmniej w teorii, bardziej świadomie też miała swoje cienie. Nadprodukcja materiałów, zalegające w magazynach dodatki, chaos w dokumentacji, deadline „na wczoraj" jako standard, nie wyjątek. Widziałam, jak ogromne ilości dobrej jakości tkanin kończą jako odpad, bo ktoś zamówił za dużo, nie dopilnował procesu albo nie mógł zamówić mniej ze względu na wymagany MOQ.
Najtrudniejsze były momenty, kiedy traciłam wpływ. Zarządzałam produkcją, robiąc co mogłam, a jednocześnie wiedziałam, że efekt końcowy nie będzie taki, jak powinien – albo nie na czas. Byłam w miejscu najgorszym z możliwych: między oczekiwaniami klientów a realiami produkcji. Mediator bardziej niż inżynier.
W tym wszystkim były też chwile, które zostają na zawsze. Paryskie targi, pierwsze projekty dla dużych domów mody, dotykanie jakości, która nie dopuszcza kompromisów, nawet na jedno jerseyowe oczko. I ludzie. Cisi, skupieni, często zaskakująco skromni, choć sławni. To oni pokazali mi, że w tym świecie można istnieć inaczej: bez hałasu, bez udowadniania, z ogromnym szacunkiem do pracy.
Z czasem zrozumiałam, że problem nie leży wyłącznie po stronie produkcji. Cały ten system działa, bo ktoś go napędza. Tym kimś jest klient. Jeśli on zacznie wymagać więcej – wszystko może zacząć się zmieniać. Ta myśl przesunęła moją uwagę z produkowania na uświadamianie.
Dziś wiem, że to doświadczenia z zaplecza branży ukształtowały mnie mocniej niż jakikolwiek pokaz czy kampania. Codzienność produkcji, wryte w pamięć zapachy, materiały przechodzące przez ręce, decyzje, które zawsze mają swoje konsekwencje. Moda przestała być dla mnie obrazem. Stała się procesem – czasem pięknym, czasem trudnym, często sprzecznym. I właśnie dlatego prawdziwym.
Ale czy naprawdę wystarczy, że klient będzie bardziej świadomy? Patrząc na to, co zostawiłam za sobą – na te kontenery, te magazyny pełne odpadów, tę praną w zwykłej pralce przędzę – mam wrażenie, że świadomość to dopiero początek pytania, nie jego odpowiedź.


