Internet huczy, politycy oburzają się, artysta broni swojego dzieła. To historia również o tym, jak sztuka publiczna staje się polem bitwy, gdy nikt nie pyta tych, którzy faktycznie w tej przestrzeni żyją.
Maurycy Gomulicki to artysta dużego kalibru. Jego dorobek obejmuje dziesiątki realizacji w przestrzeni publicznej – od „Światłotrysku” w Warszawie po „El Sol” w Katowicach. Szerszej publiczności dał się poznać dzięki projektowi „Pink Not Dead!” i wystawie „Dziary” w Zachęcie. Konsekwentnie definiuje się jako hedonista propagujący Kulturę Rozkoszy, był głównym autorem wizerunku graficznego sieci sex shopów Love Store w Meksyku. A większość z nas kojarzy choćby Totem – instalację, którą w 2012 roku artysta stworzył dla festiwalu Open'er.
„Gaja” wpisuje się w tę estetykę bez skrępowania. Internauci porównują ją do dmuchanej lalki, co w kontekście twórczości Gomulickiego – który od czasu głośnej wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w 2006 roku eksperymentuje z intensywnymi kolorami i erotyką – brzmi raczej jak komplement niż zarzut.
To dobra praca, choć jej odbiór to sprawa indywidualna i nie będę nikogo przekonywać, że tak jest. Mnie się podoba. W tym jednak przypadku nie do końca o mnie chodzi, a o mieszkańców Buska-Zdroju, którzy niczym słynna pani Potrzeba taksóweczki – nie zamawiali.
Skandal
Rzeźbę odsłonięto 27 września, ale internetowa zawierucha rozpętała się dopiero 13 października, gdy Michał Cichy z Konfederacji opublikował zdjęcia dzieła na platformie X. Nazwał je „paszkwilem zbudowanym za pieniądze podatników”. Do krytyki dołączył europoseł PiS Jacek Ozdoba, podkreślając wysokość dofinansowania z Ministerstwa Kultury.
Internauci podzielili się wedle przewidywalnych linii frontu. Jedni widzą w „Gai” celebrację kobiecego ciała i nawiązanie do archetypów płodności. Inni piszą wprost: „pozycja jednoznaczna, faktura jak lateks. Nie pasuje swoim charakterem do Uzdrowiska”. Sam Gomulicki odpowiada, że suma jest „czymś absolutnie normalnym” w przypadku tej skali projektu, a jego honorarium to „niewielka frakcja tej sumy”.
Artysta odwołuje się też do historii:
I ja się z tym zgadzam.
Niektórzy Internauci zwracają uwagę, że trzysta tysięcy to niezła inwestycja w promocję miasta:
Argument nie pozbawiony logiki – gdyby chodziło tylko o rozpoznawalność, „Gaja” już się zwróciła. Problem w tym, że sztuka publiczna to nie billboard, a jej wartości nie mierzy się w zasięgach.
Co dalej z Gają?
Krytyk sztuki Calvin Tomkins dla „The New Yorkera” powiedział o „Tilted Arc”, jednej z najbardziej kontrowersyjnych rzeźb w historii sztuki publicznej:
Może problem nie leży w „Gai”, ale w samym modelu decyzyjnym – ekspertach wybierających sztukę dla społeczności, która nigdy nie została zapytana, czego potrzebuje. Może w tym, że ministerstwo wydaje ćwierć miliona na rzeźbę w miasteczku, gdzie brakuje lamp przy ulicach. A może w tym, że w debacie o sztuce publicznej wciąż nie potrafimy rozróżnić krytyki dzieła od krytyki systemu, który to dzieło finansuje.
„Gaja" pozostanie w Busku-Zdroju, bo demontaż byłby jeszcze bardziej absurdalny niż jej instalacja. Będzie prowokować, drażnić, dzielić. A za kilka lat – kto wie – może stanie się częścią lokalnego folkloru, rodzajem diwy, o której opowiada się turystom z przymrużeniem oka. Sztuka publiczna zawsze była polem bitwy. „Gaja" przynajmniej nie udaje, że jest czymś innym.

![Pomnik niezgody – rzeźba Gomulickiego podzieliła Polaków [OPINIA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F68f0ad990b7277622982ce64%2Fbez%2520nazwy.jpg&w=1920&q=60)
