„Kawałek po kawałku ocalimy nasz kraj, zapewnimy pocieszenie naszym ludziom i przypomnimy naszym dzieciom oraz wnukom, jaki kiedyś był nasz dom. Tylko przemyślany globalny wysiłek może zapewnić, że Tuvalu nie przeniesie się na stałe do sieci i nie zniknie z mapy świata na zawsze. Bez globalnego zaangażowania na rzecz naszego wspólnego dobrobytu wkrótce może się okazać, że reszta świata dołączy do nas w cyfrowej rzeczywistości, gdy ich ziemie znikną” powiedział członek parlamentu Simon Kofe na COP27.
Jeśli spełni się najczarniejszy scenariusz i nie odpowiemy na wezwanie odpowiednimi środkami, ludność Tuvalu będzie musiała zmierzyć się z przesiedleniem i zmianą stylu życia z dnia na dzień. Metawersum to tylko część rozwiązania. Dyplomaci proszą o ułatwienie migracji uchodźcom klimatycznym, którzy zwrócą się najpewniej ku Australii, Nowej Zelandii i państwom Dalekiego Wschodu. Powstają pytania: czy ich asymilacja w nowych warunkach oznacza nieuchronną zagładę kultury ich przodków? Kto będzie realnie podtrzymywał byt państwa, którego nie można dotknąć i doświadczyć?
Według Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu negatywne skutki globalnego ocieplenia dotykają już 3,3 miliarda ludzi na świecie. Najmniej odpowiedzialni, a zarazem najbardziej narażeni są mieszkańcy państw rozwijających się oraz drobnych wysepek należących do tak zwanego „Globalnego Południa”. Dla „bogatej Północy” pochłonięcie Tuvalu, Malediwów, Fidżi i wielu innych przez rosnący poziom wód oznacza utratę destynacji wakacyjnej. Dla ich rdzennych mieszkańców - wszystkiego, co znają. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że ignorowanie potrzeb tych społeczności stanowi pogwałcenie podstawowych praw człowieka, takich jak prawo do ochrony stylu życia, rodziny, edukacji i samostanowienia. Choć wizja wirtualnego państwa intryguje, względy słuszności oraz empatia każą podjąć wspólne wysiłki, aby pozostała technologiczną osobliwością.