„Pudło” to debiut KiNiego i jednocześnie jedna z najlepszych płyt ubiegłego roku. A trochę ich przesłuchałam.
„Pudło” nie jest zbiorem utworów na płycie. To konceptualna opowieść o tym, jak najróżniejsze rzeczy determinują nas i nasze zachowanie. Kacper Kiniorski to zdolniacha. Zapamiętajcie to nazwisko – będzie o nim głośno.
Twoje nazwisko jest poważnym dziedzictwem w polskiej muzyce eksperymentalnej. Czy to rodzinne osadzenie inspiruje cię czy bardziej krępuje?
Na pewno jestem bardzo wdzięczny rodzinie. Tata ze środowiska muzycznego, awangardowego – dorastanie wśród dźwięków, muzyków, zakamarków scen, teatrów i garderób. Mama, psycholożka, psychoterapeutka, dzięki, której również miałem możliwość uczestniczyć w różnych warsztatach czy wydarzeniach ze świata psychologii i poznać takie osobistości jak prof. Jerzy Vetulani czy Wojciech Eichelberger. Wydaje mi się, że ten album jest właśnie połączeniem tych światów.
To pomocne, bo już we krwi mam rytm i melodię. Mimo że skończyłem szkołę muzyczną na perkusji, nie czuję się dobrym teoretykiem. Właściwie mój tata też w jazzie stosuje formę, gdzie pierwotnie jest improwizacja – coś, co pojawia się raz i znika.
Nie jest łatwe żyć z gigantem. Mój tata jest bardzo mądry, wiele można się od niego nauczyć, ale jest też mocnym zawodnikiem. Jako dzieciak usiadłem za perkusją na próbie i coś brzdąkałem. Tata powiedział, że gram nierówno. Sam mało pamiętam, bo głowa wyparła takie trudne sytuacje, których pewnie jeszcze parę było. Na pewno pozostawia to pewną szramę. Z tym pierwszym albumem wystartowałem teraz, a nie wcześniej chyba dlatego, że dopiero poczułem się gotowy i pewny swoich dźwięków. Gotowy również, żeby usłyszał to tata.
W czym właściwie jesteś muzycznie? Poza tym, że w pudle.
Wydaje mi się, że bardzo blisko mi jest do jazzu. Nie tylko jako muzyki, ale jakiejś filozofii, emocji jazzowej. Jazzowe funkcjonowanie codzienne, sposób ubioru. Mocno to miksuję.
Miałem świetnych polonistów. W gimnazjum panią Beatę Wojtiuk-Ślęk oraz w liceum pana Adama Majerowskiego. Zaszczepili we mnie miłość do słowa, skupienie się na tym, że każda litera ma moc. W Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach Brałem udział w niedzielnych czytankach dla dzieci, gdzie pracowałem pod okiem pana Lecha Sulimierskiego – znanego kieleckiego aktora, reżysera i pedagoga teatralnego, podczas których otrzymywaliśmy teksty z podziałem na role i szczegółowo analizowaliśmy każde słowo, literę oraz intonację. Przychodziliśmy w sobotę, dostawaliśmy tekst, był podział na role, w niedzielę prezentowaliśmy to przed grupą. Zajęcia z improwizacji aktorskiej z Hubertem Guzą - reżyserem i opiekunem artystycznym grupy teatralnej ANTYRAMA. Byłem również członkiem Teatru Zbożowego w Kielcach – pracując pod profesjonalną opieką pani Doroty Anyż oraz pana Mamerta Tomczyka, z którym miałem przyjemność zagrać kilka spektakli oraz uczestniczyć w konkursach i warsztatach aktorskich.
Jestem absolwentem I stopnia Państwowej Szkoły Muzycznej im. Ludomira Różyckiego w Kielcach, w klasie perkusji pana Janusza Młynarskiego - doświadczonego muzyka i pedagoga, więc rytmika bardzo ze mną rezonuje. I wspomniany element jazzowy, mimo braku wykształcenia kierunkowego.
Masz genialną intuicję muzyczną, nawet jeśli nie jest to kwestia wykształcenia. To wszystko świetnie do siebie pasuje.
Bardzo się cieszę. To właśnie dlatego, że nie idzie to matematycznie tylko z emocją. Słucham i mówię: nie, tutaj przydałoby się to złamać, zatrzymać, wyrwać. Na tyle jest mocne, że złamiemy teraz tę frazę, wejdziemy w tekst. Na przykład „EVIVALARTE”: w połowie utworu pojawia się wstawka teatralna, gdzie słyszymy inne głosy i postaci, z której to potem wskakujemy już w znany nam rytm.

Który utwór ujawnia najwięcej o tobie jako człowieku, a nie raperze? I odwrotnie – który jest czystą gimnastyką słowną?
Ciężko mi powiedzieć o utworze, który NIE idzie prosto z głębi mnie oraz rozdziela mnie jako rapera i jako człowieka. Gimnastyką słowną jest na pewno „AEIOUY”, lecz mimo powierzchownej narracji rozgrzewki wokalnej, w backgroudzie stają toksyczne relacje. Walka z seplenieniem jako symbol – nie chcę przebywać w środowiskach, w których nie czuję się dobrze. „Odcinam sie od niekorzystnego. Chyba to nic złego?…” – jako zapytanie o moralność takich działań.
Najgłębsze wydaje mi się „Pudło”. Ta forma jest trudna – to nie jest transowa sytuacja. Kiedy już się zrelaksujemy, nagle jest rozciągnięty śpiew, potem podwójne tempo, gimnastyka, powrót do wolnego. To był czysty statement wobec zauważania w sobie zapętlania, bycia w tych pudłach. Zostawiłem sobie napisanie tego na sam koniec, rezygnując na ten czas z ludzkich przyjemności i różnych form eskapistycznych. Można by rzec - rozpraszaczy od istoty. Czy może właśnie rezygnując z samej istoty?. Byłem w konfrontacji z tym.
Będąc w trzeźwości, w fokusie, zacząłem pisać na kartce. Zależało mi, żeby było organicznie. Rano budziłem się, zasłaniałem okna, żeby było ciemniej, żeby się skupić. Był to bardzo ciężki czas. Wniosek jest taki: „pierdolone przyjemności, mam już dość ich, wciąż kminię i kminie”. Pudło jest w życiu człowieka potrzebne. Warto być świadomym tych pudeł i zniekształceń, ale nie dać się też im oszaleć. Czasem nagość, a czasem puchowa kurtka – i to też jest okej .
Jesteś młodym człowiekiem o bardzo dojrzałym wglądzie w siebie. Gdzie się podziało twoje dzieciństwo?
Miałem przepiękne dzieciństwo. Przez to nigdy nie zależało mi na tej dorosłości – żeby zapuścić brodę, pić piwo, palić papierosy. Tak się dobrze czułem będąc dzieckiem. Miałem ogromną swobodę. Wszystko bazowało na wzajemnym zaufaniu. Rodzice mieli wobec mnie ogromne zaufanie, było dużo rozmowy, była prawda. Nie chciałem tego zepsuć. Zawsze funkcjonowaliśmy w bardzo dobrej relacji.
Pamiętam – jestem w pierwszej klasie, może zerówce. Zaczyna padać deszcz. Jestem z przyjacielem z przedszkola, którego nauczyłem jeździć na rowerze, a on nauczył mnie chodzić. Wziąłem parasolkę, wybiegłem na deszcz bosą stopą, zacząłem się kręcić i tańczyć. A on powiedział, że to głupie, niedojrzałe, dziecinne. To mocno we mnie uderzyło.
Nigdy nie ciągnęło mnie do dorosłości, ale teraz też dobrze się czuję. Wciąż bardzo pielęgnuję w sobie dziecko. Bardzo lubię uczyć się od dzieci. Ich czysta, bezschematowa forma przetwarzania rzeczywistości potrafi być inspirująca. Jestem ciekawy tego procesu łączenia w sobie dziecka z pojawiającą się dorosłością.

We wspomnianej „EVIVALARTE” jest fragment o tym, że sukces będzie, jak za zwrotkę coś zjesz. Boisz się, że sztuka nie przyniesie ci pieniędzy?
Sztuka może przynosić duże pieniądze, tylko, że dla mnie to nie jest biznes. To nie jest tak, że nie chciałbym zarabiać, bo to wiąże się ze swobodą i szerszym działaniem. Wszystko zależy tylko od tego, z jakiej strony no patrzymy. Pięknie jest i w willi, i w stodole. Zawsze w tym świecie hipisowskim szerokim i swobodnym. Tak pięknie jest tworzyć - to jest dla mnie najważniejsze. W ten sposób ja trawię świat i wszystko, co się wokół mnie dzieje.
Zaciekawiło mnie odniesienie do PRL-u i wczesnych lat dziewięćdziesiątych w twoich teledyskach. Nie spodziewałam się, że tak to będzie zwizualizowane. Jest tam dużo o oporze, o niezgodzie. Tęsknisz do takiego czasu, kiedy trzeba było wyjść na ulicę?
Ze wszystkimi teledyskami było tak, że przyszedłem do Zespołu Filmowego Harmider, z którym jestem związany od ukończenia Warszawskiej Szkoły Filmowej. Mamy pracownię na ulicy Chmielnej 10A. Przyszedłem z pomysłem, że mam płytę i do każdego utworu chciałbym mieć teledysk, bo teledysk może fajnie rozwinąć myśl. Można to zepsuć, ale można bardzo fajnie podbić i poszerzyć odbiór utworu.
Zrobiliśmy odsłuch całej płyty, każdy się przysłuchał. Każdy sobie coś wybrał, coś ja dopasowałem i tak się poukładało, że każdy dostał swój teledysk. Kiedy współpracuję z artystami, nigdy nie mówię: nagraj mi to dokładnie tak, postaw to tutaj. Zrobiłem dokładną prezentację każdego numeru – jak go widzę, nawet jeżeli to miał być przedmiot, kolor, zapach. Zbudowałem świat, żeby oni mieli przestrzeń na przepuszczenie go przez swoją wrażliwość.
Tak na przykład powstało wcześniej wspomniane „AEIOUY”, które zrobili Filip Tomczak i Wojciech Wójcik. „Czerwone Korale” zrobił Piotr Krzysztof Kamiński, który w naszej szkole jest wielkim miłośnikiem Andrzeja Wajdy. Podejmuje się różnych trudnych, ale ważnych tematów w swoich filmach nagradzanych wielokrotnie na festiwalach na całym świecie. Piotr nigdy nie robił teledysku, ale byłem ciekawy, jak to ugryzie.
To była jego propozycja. Ja ten utwór widziałem inaczej – może jakąś cygańską karocę, gdzie roi się od kasy pokazanej w prześmiewczy sposób, podróbki, zabawa, złoto, blichtr. To był moment, kiedy wszedłem w środowisko, gdzie był pieniądz i prześmiewczo na to patrzyłem. Natomiast ten świat PRL-u, który widzimy w klipie to interpretacja utworu przez Piotra. Za zdjęcia odpowiadał Hubert Wodecki (również z Harmidu) natomiast kierowniczką produkcji była Katarzyna Kalenkiewicz. Teledysk ten miał ogromny rozmach i brało w nim udział ponad 60 osób! Dużo jak na taką budżetową produkcję. Stroje, samochody, tańce, hulańce... Jestem pełen podziwu jak świetnie to zorganizowali.
Zaczęłam od pytania o dziedzictwo nazwiska i zakończę również pytaniem o tatę. Słyszał „Pudło"?
Tak i jest ze mnie bardzo dumny. Bardzo naprawdę się cieszę, czuję, że jesteśmy teraz w jakimś takim momencie życiowym, ja i on, że jesteśmy w stanie ze sobą działać. Ta sytuacja ojciec-syn to jest nie jest prosta sprawa. O tym opowiadają moje dwa filmy, które wyreżyserowałem i zrealizowałem w szkole filmowej: pierwszy dokument kreacyjny „KINIOR” (2022), czyli oniryczna impresja na temat Włodzimierza Kiniorskiego okiem syna, który miał swoją premierę na Krakowskim Festiwalu Filmowym oraz drugi był fabularny „PAPACHOULI” (2023) osadzony w świecie teatralnej bajki, który premierę miał na międzynarodowym festiwalu Etiuda&Anima również w Krakowie.
Było to dla mnie ogromne wyróżnienie i satysfakcja. Analiza procesu tworzenia tych filmów i założeń operatorskich była podstawą mojej pracy licencjackiej pt. „Scenariusz i obraz jako forma autoterapii”, której promotorem była pani dr Barbara Pawłowska. W WSF zdobywałem pierwsze filmowe szlify u mistrzów tej Szkoły: wspomniana wyżej dr Barbara Pawłowska, Marek Brodzki, prof. Andrzej Jaroszewicz, dr hab. Katarzyny Taras, dr hab. Andrzej Ramlau, Andrzej Wolf, Magdalena Dipont. Rozliczanie się z postacią ojca to była bardzo długa droga.
Wracając – słyszał i jest naprawdę pełen podziwu dla tej formy. Jestem bardzo zadowolony, że jesteśmy gotowi na wspólne działania.
