Sala konferencyjna, Nara, starożytna stolica Japonii. Protokół dyplomatyczny zakłada wymianę uprzejmości, podpisanie dokumentów, wspólne zdjęcie. Tymczasem Sanae Takaichi, premier Japonii, i Lee Jae Myung, prezydent Korei Południowej, sięgają po pałeczki perkusyjne. „Dynamite” BTS rozbrzmiewa w pomieszczeniu. Dwa państwa, których relacje od dekad komplikują spory o wyspy Dokdo/Takeshima, odszkodowania za pracę przymusową z czasów kolonialnych i wizyty japońskich przywódców w świątyni Yasukuni, właśnie próbują przeformułować dyplomację na rytm.
Takaichi, która w czasach studenckich grała na perkusji w zespole heavy metalowym, zorganizowała niespodziankę. Lee wyznał na platformie X, że gra na perkusji była jego „wieloletnim marzeniem”. Oboje, ubrani w niebieskie sportowe bluzy z własnymi nazwiskami, zagrali także „Golden” z netfliksowego filmu animowanego „Kpop Demon Hunters”.
Dyplomacja na perkusji
Lee napisał na X: „Tak jak szanowaliśmy nasze różnice i harmonizowaliśmy nasze rytmy, mam nadzieję, że Korea i Japonia będą pogłębiać współpracę i zbliżać się do siebie krok po kroku”.
Relacje japońsko-południowokoreańskie od normalizacji w 1965 roku oscylują między próbami pojednania a wybuchami napięć. Spory dotyczą nie tylko terytoriów, ale przede wszystkim pamięci: japońska kolonizacja Korei (1910-1945), praca przymusowa, „kobiety dla pociechy” – eufemizm dla seksualnego niewolnictwa. Według danych z 2018 roku południowokoreański Sąd Najwyższy orzekł, że japońskie korporacje jak Mitsubishi i Nippon Steel muszą wypłacić odszkodowania ofiarom pracy przymusowej. Tokio odpowiedziało, że wszystkie roszczenia zostały „całkowicie i ostatecznie” uregulowane traktatem z 1965 roku. Seul się nie zgodził. Rozpoczęła się półoficjalna wojna handlowa.
Takaichi, wywodząca się z prawicowego skrzydła Partii Liberalno-Demokratycznej, wielokrotnie odwiedzała kontrowersyjną świątynię Yasukuni, w której czczonych jest 14 skazanych zbrodniarzy wojennych. Lee, progresywny polityk z lewej strony spektrum, tradycyjnie krytyczny wobec Japonii. Na papierze najgorsza możliwa konfiguracja. A jednak nagranie z jam session obejrzały miliony.
Lekcja dla Europy?
Europa ma swoje Nary. Podzielony kontynent, gdzie pamięć historyczna nadal kształtuje politykę. Traktaty funkcjonują, instytucje pracują, ale emocjonalny ciężar przeszłości pozostaje.
Trudno wyobrazić sobie polskiego i niemieckiego przywódcę grających razem na gitarach Rammsteina. Albo węgierskiego i rumuńskiego polityka przy fortepianie Liszta. Może europejska dyplomacja potrzebuje mniej sal konferencyjnych, a więcej studyjnych jam sessions? Nie jako zastępstwa dla negocjacji, ale jako przestrzeni, gdzie synchronizacja rytmu może poprzedzić synchronizację interesów. Gdzie endorfiny robią to, czego nie potrafią paragrafy.