Zamiast patologii systemowych widzimy słodką bajeczkę z seksowną antagonistką. A krytyki totalitaryzmu nie ma.
Andy Serkis, reżyser nowej adaptacji „Folwarku zwierzęcego”, tapla się w krytyce. Raczej nie na taki start promocji liczył. Ale animowana adaptacja jednego z najważniejszych dzieł XX wieku to nie mogło być łatwe zadanie.
„Folwark zwierzęcy” jako historia zawsze był przestrogą przed totalitaryzmem. Na przykładzie farmy pokazywał, jak system gnije od środka – a rewolucyjne, wyzwalające władze stają się nową siłą opresyjną. Hasło „wszystkie zwierzęta są równe" wykorzystywane jest w celach propagandowych i wraz z progresją historii coraz mniej ma wspólnego z rzeczywistością.
Wątek obalenia ludzkiej władzy rzeczywiście jest obecny w nowej produkcji. Tak jak w oryginale świnie przejmują pałeczkę i dowodzą rewolucją. Słyszymy beczenie owiec, skandujących „cztery nogi dobre, dwie nogi złe” i zauważamy pierwsze oznaki zepsucia w postaci zakazów. Na tym, że żadne zwierzę nie powinno nosić ubrań kończą się podobieństwa do powieści.
Do gry wchodzi kapitalizm
W drugiej części zwiastuna sprawa zaczyna się komplikować – okazuje się, że zwierzęta założyły swoją własną agroturystykę, na której koszą kasę od znienawidzonych, dwunożnych stworzeń – ludzi.
Wcześniej myśleliśmy, że będzie extra
Zamiast negatywnego oddziaływania władzy na rządzących, będącego jednym z kluczowych wątków u Orwella, widzimy komercjalizację i chęć maksymalizacji zysku. Zły nie jest już system, lecz atrakcyjna, srebrnowłosa biznesmenka, chcąca wykorzystać zwierzęta i ponownie je zniewolić.
Świnki, które zgadzają się na współpracę żyją w dostatku – ba, nawet w luksusie, podczas gdy reszta zwierząt walczy o życie. Dalej eksponowany jest slogan „wszystkie zwierzęta są równe”, będący w tamtym momencie niczym więcej niż hasłem propagandowym, niewiele mającym wspólnego z prawdą.
Wydawałoby się więc, że wniosek jest taki sam – ktokolwiek byłby u władzy, będzie dbał o własny, a nie ogólny interes. Jest jednak jedna, zasadnicza zmiana – czynnik zewnętrzny. Różnica jest o tyle problematyczna, że odpowiedzialność się rozkłada.
Wczoraj komunizm, dziś kapitalizm
Omawiając kontekst i przypisując bohaterów do postaci historycznych książki Orwella klasyfikujemy jako krytykę komunizmu. Dzieciom omawiającym „Folwark" czy „1984” w szkołach mówi się, że jest to bezpośrednie nawiązanie do stalinowskiego Związku Sowieckiego. Nie mówi się jednak o tym, że poglądy Orwella wywodziły się z socjalizmu.
Tym bardziej nie mówi się o operacji Aedinosaur. Między 1952 a 1957 rokiem CIA, amerykańska rządowa agencja wywiadowcza, wysłała miliony kopii powieści do Polski, Węgier i Czechosłowacji. Oczywiście do książek dopasowana była odpowiednia narracja, a cała akcja była elementem Zimnej Wojny.
Przeinaczenie, które ma miejsce w nowej adaptacji nie jest więc pierwszą próbą wykorzystania twórczości bądź co bądź fantastycznej do celów propagandowych. Orwella traktuje się jak proroka, a jego prace interpretowane są w sposób kanoniczny.
Krytyka kapitalizmu jest bardzo potrzebna i słuszna – jest to bowiem system oparty na wyzysku i cierpieniu. W „Folwarku zwierzęcym" oryginalny przekaz też jest jednak bardzo ważny, szczególnie w czasie, gdy radykalne postawy zbierają coraz większe poparcie. Niemała zmiana, która zaszła w scenariuszu ugrzeczniła produkcję i rozmyła to, co powinniśmy wyciągnąć z seansu.
Oglądając więc bajkę o populizmie powinniśmy zastanowić się, czy nie jest ona częścią problemu i czy ktoś nie robi nas w konia.


![„Folwark zwierzęcy” w nowej odsłonie. Andy Serkis na festiwalu w Annecy [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F68495ff49f50fc6d7ffe100d%2Ftldo20250607105524779vsct.jpg&w=1920&q=75)
