Olivier Rousteing odszedł z Balmain, pozostawiając po sobie estetyczną rewolucję. Przez 14 lat budował modowe imperium w rytmie popkultury, Instagrama i czerwonych dywanów. Oto pięć looków, które nie tylko nas zaskoczyły, ale zapisały się w kanonie i zostaną z nami na lata.
Rezygnacja Oliviera Rousteinga ze stanowiska dyrektora kreatywnego Balmain była zaskoczeniem dla całego świata mody. Przez 14 lat jego nazwisko stało się synonimem francuskiego domu mody — Balmain i Rousteing tworzyli duet, który trudno było sobie wyobrazić osobno. Zbudował rozpoznawalny styl, który napędzał zarówno popkulturę, jak i estetykę czerwonego dywanu: bogaty, barokowy, zdecydowany, przesycony glamourem.
Jego projekty to jednak coś więcej niż spektakularny obraz. Rousteing podniósł modę do rangi sztuki konstrukcji. Jego ubrania przypominały rzeźby, były budowane warstwowo, precyzyjnie, często bardziej architektoniczne niż modowe. W czasach, gdy efekt „wow" często powstaje cyfrowo, on osiągał go analogowo: poprzez kunszt, eksperyment i fizyczną pracę z materiałem. Piaskowa suknia Tyli z Met Gali wyglądała jak iluzja, jak kreacja wygenerowana przez CGI, a jednak była prawdziwa, uszyta i uformowana bez technologicznych sztuczek. Ten nieziemski efekt nie powstał w postprodukcji, tylko w atelier — z odwagi, wizji i umiejętności przekucia konceptu w coś namacalnego.
Dziś nie wiemy, co przyniesie jego kolejny rozdział. Własna marka, nowy dom mody, a może twórcza pauza? Zamiast jednak spekulować, warto wrócić do tego, co już stało się częścią modowego kanonu. Do momentów, które zrobiły z Oliviera Rousteinga jednego z najbardziej wpływowych projektantów ostatniej dekady.
Zanim jednak przejdziemy do pięciu najbardziej ikonicznych looków, kilka słów o jego drodze na szczyt. Rousteing urodził się we Francji, a modowe szlify zdobywał w paryskiej École Supérieure des Arts et Techniques de la Mode (ESMOD). Szybko udowodnił, że jego talent wykracza poza szkice i koncepty. To projektant, który myśli konstrukcją, czuje materiał i potrafi przerobić ekstrawagancką wizję w realny, perfekcyjnie wykonany projekt. Zanim trafił do Balmain, doświadczenie zdobywał w atelier Roberto Cavalliego, gdzie dopracował swoje podejście do zmysłowego przepychu i rzemieślniczego detalu.
Do Balmain dołączył w 2009 roku, a dwa lata później – mając zaledwie 25 lat – objął stanowisko dyrektora kreatywnego, stając się jednym z najmłodszych projektantów w historii francuskich domów mody na tak prestiżowej pozycji. I choć branża miała wtedy wiele wątpliwości, odpowiedział na nie w jedyny możliwy sposób: redefiniując markę, przepisując zasady glamouru i udowadniając, że największe efekty nie muszą powstawać w komputerze, ale w pracowni, w dłoniach twórcy. Balmain pod jego sterami stał się synonimem spektaklu, mody luksusowej, a jednocześnie popkulturowo żywej, pulsującej i viralowej, zanim „viral" stał się strategią.
A teraz o tym, co Rousteing robi najlepiej. Nie trendy. Nie ubrania. Momenty.
Co roku H&M zaprasza projektanta światowego formatu, by stworzyć limitowaną kolekcję, która przenosi namiastkę luksusu do masowej wyobraźni. Mechanizm jest prosty: wielkie nazwisko, przebojowa kampania i drop, który znika z półek szybciej, niż internet zdąży ochłonąć. Ale w 2015 roku wydarzyło się coś więcej, bo ta współpraca nie tylko się sprzedała, ona wybuchła.
Gdy Balmain ogłosił kolekcję z H&M, było jasne, że to nie będzie zwykły drop. Twarzą kampanii została Kendall Jenner – ówczesna supernowa modelingu i symbol pokolenia, które płynnie łączy ulicę z czerwonym dywanem. Wizualnie kolekcja była jak podróż do futurystycznych wyobrażeń z początku lat 2000: chrom, metaliczne połyski, mocne linie, cyber-glam i pulsująca estetyka rodem z teledysków sprzed ery TikToka. Materiały promocyjne wyglądały jak zwiastun wysokobudżetowego sci-fi, ale same ubrania miały w sobie coś zupełnie innego, czyli ciężar prawdziwego rzemiosła. Misternie wykończone hafty, militarne akcenty, złote zdobienia i teatralne sylwetki przypominały, że pod futurystyczną fasadą kryje się stara szkoła couture i krawieckiej precyzji.
Debiut kolekcji w Nowym Jorku nie przypominał klasycznego pokazu mody, a raczej popkulturowe wydarzenie. Na wybiegu pojawiły się najgorętsze nazwiska modelingu, a chwilę później ubrania zaczęły żyć własnym życiem: noszone przez Kylie Jenner, Alexę Chung czy Ellie Goulding natychmiast obiegły media i feedy. Branża była zgodna, nie był to kolejny drop, tylko moment, który wyszedł daleko poza ramy mody.
Ta współpraca nie musiała być pierwsza, żeby okazać się przełomowa. Balmain i H&M spotkali się dokładnie wtedy, gdy moda, internet i popkultura mówiły tym samym językiem. A jej efektem była kolekcja, która nie tylko się sprzedała, ale stała się symbolem dekady, bardziej wydarzeniem niż linią ubrań, zjawiskiem niż kampanią.


