9 najlepszych występów na OFF Festival 2019 według K MAG-a
Autor: Karolina Bordo
09-08-2019 • 1 min czytania


Jarvis Cocker, fot. Michał Murawski
W niedzielę zakończyła się 14. edycja OFF Festival, a my dopiero dochodzimy do siebie. W końcu przyszedł jednak czas na podsumowania. Przedstawiamy najlepsze naszym zdaniem występy na tegorocznym festiwalu w Dolinie Trzech Stawów. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że nie ma drugiego takiego miejsca w Polsce, gdzie w ciągu 3 dni moglibyśmy usłyszeć tak dużo dobrej muzyki alternatywnej. Z niecierpliwością wyczekujemy kolejnej edycji, która, jak już wiadomo, odbędzie się w dniach 7-9 sierpnia 2020.
1/9
1. Jarvis Cocker introducing… JARV IS
Lider grupy Pulp, który przyjechał do Katowic z zupełnie nowym projektem, JARV IS, powoli zbliża się do 60-tki. A jednak to on powalił publiczność (a zwłaszcza nas) na kolana swoją charyzmą i energią, nieustannie biegając, skacząc i przemawiając do fanów pomiędzy melodyjnymi utworami łączącymi gitarowe brzmienie ze skrzypcami. Już na wstępie zapowiedział zresztą, że przyjechał, by dać nam porządny kawałek rozrywki. Dla nas zdecydowanie numer jeden festiwalu.
2. The Comet Is Coming
Tego koncertu wyczekiwaliśmy tygodniami. The Comet Is Coming wystąpiło pierwszego wieczoru, a mocne i głośne dźwięku saksofonu w połączeniu z syntezatorami i perkusją wprawiły w ruch setki ludzi pod Sceną Leśną. Jazz prezentowany przez Shabakę Hutchingsa i jego ekipę przekona nawet tych, którym daleko do bycia fanami gatunku, a w otwartej przestrzeni festiwalu ich muzyka nabrała ogromnej intensywności, wprowadzając nas w iście szamański taniec. Kometa rzeczywiście wylądowała!
3. Suede
To jeden z występów, na które czekaliśmy najbardziej. Suede zaliczyło może nie do końca efektywny powrót do swojego britpopowego brzmienia, lecz mimo to zespół porwał tłumy, a dla nas stał się jednym z najlepszych koncertów festiwalu. To zresztą spora zasługa frontmana grupy, Bretta Andersona, którego wieloletnie doświadczenie sceniczne zaowocowało bezbłędną relacją z odbiorcami. Wokalista szczególnie urzekł utworem „Life Is Golden”, podczas którego zszedł ze sceny, by wyśpiewać go razem z fanami.
4. Jakuzi
To jeden z faworytów naszego naczelnego, Mikołaja Komara, który tak podsumował występ Jakuzi: „Znałem ich wcześniej z płyt, które od samego początku urzekły mnie nawiązaniami do neo romantic – od Depeche Mode, przez New Order, po mroczniejsze dźwięki Joy Division. Jednak podczas koncertu ta muzyka nabrała pewnej przestrzenności, bo chociaż nawiązania do wspomnianych zespołów nie są niczym nowym we współczesnej muzyce, to na żywo okazało się, że zespół ma znacznie więcej do zaoferowania – m.in. wspomnianą przestrzenność, a także ogromną charyzmę wokalisty. Wprawdzie trudno było zrozumieć 90% słów płynących ze sceny, ale emocje, jakie zespół wywołuje w ludziach, mówią same za siebie, były przeszywające”.
5. Tęskno
Hania Rani i Joanna Longić przebojem wdarły się na polską scenę muzyczną. Ich wzruszające, melancholijne i czyste brzmienie pochodzące z bogatego instrumentarium (fortepian, instrumenty smyczkowe, analogowe syntezatory) roztoczyło się wokół sceny w leniwe, sobotnie popołudnie, niejednego doprowadzając do łez (a przynajmniej do szklanych oczu, tak jak nas). Ponadto wyjątkowy urok i wdzięk dziewczyn rozczula i dodaje całości ciepłej aury. Było marzycielsko, kojący, a przy tym nieco kosmicznie. Do tego premierowy utwór w języku angielskim - perła!
6. Neneh Cherry
Weteranka trip hopu i hip-hopu zebrała pod Sceną Leśną publiczność sięgającą kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Pomiędzy legendarnymi utworami, takimi jak „7 Seconds”, a kawałkami z ostatniej płyty „Broken Politics”, chociażby tanecznym „Natural Skin Deep”, wokalistka nawoływała do miłości, pokoju i szacunku. Przede wszystkim w kontekście wydarzeń, które niedawno miały miejsce w El Paso w Texasie i Dayton w Ohio, lecz zaangażowanie w sprawy społecznie i politycznie ważne od lat jest domeną Neneh Cherry. Jedyne, czego nam zabrakło, to kultowe utwory „Manchild” i „Buffalo Stance”.
7. Lebanon Hanover
Duet Larissa Iceglass i William Maybelline skradł nasze serca bliskością do muzyki The Cure. Ale Lebanon Hanover to także nawiązania do postpunkowej i gotyckiej estetyki, Joy Division, Depeche Mode, Kraftwerk, Siouxsie and the Banshees. Pozornie zimne i surowe dźwięki, teksty śpiewane nie tylko po angielsku, ale też po niemiecku, mogą brzmieć ciężko. Możecie nam jednak wierzyć, że para potrafi wzbudzić silne emocje, poruszyć tłum i unieść nieco ponad ziemię.
8. Bamba Pana & Makaveli
Na ten koncert trafiliśmy przypadkiem, ale w końcu po to są festiwale, by poznawać nową muzykę. Żywiołowy zespół prosto z Tanzanii sprawił, że cały namiot Sceny Eksperymentalnej się trząsł. Ludzie tańczyli jak szaleni, jednocześnie oferując zgromadzonym tak dużo pozytywnej energii, że nie sposób było nie dać się porwać.
9. Foals
Brytyjczycy byli jedną z głównych gwiazd tegorocznego OFF Festival i nie zawiedli. Pod Sceną Perlage można było usłyszeć utwory z ostatniej płyty grupy, np. „White Onions”, ale nie zabrakło też kultowego hitu „My Number”, który publiczność wyśpiewała na równi z Yannisem Philippakisem. I chociaż zespół określa się zwykle jako rockowy, to skutecznie nie pozwala swoim fanom zapomnieć o tanecznym elemencie własnej twórczości.


