Krytycy ich nie docenili, publiczność olewała, a studia bolał portfel. Przedstawiamy sześć przełomowych filmów, które powstały jak Feniks z popiołów.
Dziś przy każdym z nich pojawiają się emblematy takie jak „klasyk” czy „arcydzieło”, ale nie zawsze tak było. Ba, niektóre produkcje w naszym zestawieniu były wręcz besztane z błotem w momencie premiery. Powody były różne, jednak z perspektywy czasu wyraźnie widać, że te filmy wyprzedziły swoją epokę. Dziś kształtują styl młodszych twórców filmowych i zachwycają kolejne pokolenia widzów.
Powiedzieć, że mroczna fuzja horroru i science fiction z 1982 roku w reżyserii Johna Carpentera nie odniosła sukcesu, to spory eufemizm. Historia o kryzysie tożsamości na lodowatych terenach Antarktydy trafiła do kin w tym samym miesiącu co „E.T.” Stevena Spielberga – widzowie oczekiwali wtedy raczej ciepłej opowieści o przyjaznym kosmicie niż spotkania ze zmiennokształtnym koszmarem. Krytycy film miażdżyli, publiczność raczej omijała. Porażkę pogłębiła nominacja do Złotej Maliny dla Ennia Morricone za minimalistyczną, pulsującą ścieżkę dźwiękową. Dopiero rynek VHS dał „Coś” drugie życie – dziś uchodzi za dzieło wybitne, cenione za atmosferę, znakomicie budowane napięcie i wybitne efekty praktyczne.
