Toskania, Rzym, Apulia, Neapol, Sycylia. Sporo jest miejsc we Włoszech, które przyciągają. Nic dziwnego: kultura, temperatura, architektura, ludzie – bajka. Są jednak również miejsca, gdzie nie uświadczymy milionów turystów i stoisk z pamiątkami, a lokalna społeczność z dumą powtarza: „Gdy Ascoli było już miastem, Rzym był jeszcze pastwiskiem”.
Marche to region położony na wysokości Toskanii, lecz w przeciwieństwie do niej nie jest obleganą turystycznie destynacją. Prawdopodobnie dlatego, że znajduje się po drugiej stronie pasma Apenin, które w Marche zjawiskowo schodzą prawie do samego morza. Mało kto, będąc na wakacjach w Toskanii, pokusiłby się o przeprawę przez góry. Niemal na każdym wzgórzu można dostrzec zamek lub średniowieczny klasztor, co akurat jest dość często spotykanym widokiem we Włoszech, ale tutaj towarzyszy człowiekowi co krok. Świadectwo współczesności stanowią słupy z przewodami wysokiego napięcia i pojedyncze paski asfaltu prowadzące do miast. Regionalna metropolia to Ascoli Piceno (50 tys. mieszkańców), morze jest przyjemnie ciepłe od wczesnej wiosny aż do późnej jesieni, zaś całą zimę można spędzić, jeżdżąc na nartach. Nie ma zbyt wielu takich miejsc w Europie.
Odgrodzeni od świata
Mieszkańcy Marche traktują Apeniny jako swoistą zaporę przed współczesnym światem. Ściana mierząca gdzieniegdzie 2,5 tys. metrów odcina społeczność chociażby od stosunkowo niedalekiego Rzymu, którego mieszkańców uważa się tam za prostaków.
Polityka „zero kilometrów”
Lokalna społeczność wyznaje zasadę „zero kilometrów”. Oznacza to ni mniej, ni więcej czerpanie ze źródeł znajdujących się w granicach regionu. Regionalne oliwki, sery, wina, owoce morza, mięso, gnocchi nadziewane szałwią rosnącą „na podwórku”. Zbankrutował nawet McDonald, bo nikogo nie interesował fast food, łącznie z dziećmi.


