Dwie godziny przed rozpoczęciem europejskiej trasy koncertowej w Warszawie, spotkaliśmy się z duńskim muzykiem i poetą Eliasem Rønnenfeltem.
Elias Rønnenfelt znany jest jako frontman kopenhaskiego zespołu punkowego Iceage, założonego w 2008 roku, gdy jego członkowie byli jeszcze nastolatkami. Na przestrzeni lat muzyk wykraczał poza surowy, wybuchowy styl grupy, rozwijając bardziej introspektywny wymiar swojej twórczości chociażby takimi projektami jak Vår czy Marching Church. W 2023 roku Rønnenfelt wydał także książkę z poezją „Sunken Heights”.
Ostatnie dwa lata stanowiły jednak punkt zwrotny w jego karierze. W 2024 roku wydał swój pierwszy solowy album „Heavy Glory”, a rok później „lucre” – płytę nagraną wspólnie z Deanem Bluntem. Wkrótce po tym wydał dwa utwory z Yung Leanem i Fousheé oraz singiel „tears on his rings and chains”, wyprodukowany wspólnie przez Deana Blunta i Vegyna. W tym ostatnim zapowiedział tytuł swojego drugiego solowego albumu „Speak Daggers”, który ukazał się w październiku minionego roku. W zeszłym tygodniu Iceage powrócił także po pięciu latach wydając utwór „Star”.
I choć zespół zyskał sławę dzięki porywającym, chaotycznym występom, solowa twórczość Rønnenfelta skłania się ku czemuś bardziej intymnemu – utworom opartym na gitarowych brzmieniach, emocjonalnej warstwie tekstowej i koncertom, które bardziej przypominają wyznania niż sceniczne konfrontacje.
Kiedy spotykamy się przed koncertem w Warszawie, rozmowa szybko schodzi z wątków dorastania w trasie i nocowania na podłogach u nieznajomych na moment, w którym niepewny pomysł przeobraża się w gotowy utwór. Rønnenfelt opowiada o nauce ponoszenia porażek publicznie oraz o instynkcie, który prowadzi go przez proces twórczy.
Jak czujesz się przed rozpoczęciem trasy koncertowej?
Zazwyczaj z niepokojem czekałem na ten czas. Myślałem sobie: „O nie, znowu będę musiał wyjść”. W mojej głowie wyglądało to jak prawdziwe piekło. Jednak gdy tylko znajduję się w innym miejscu, wpadam w rytm i jestem całkiem szczęśliwy, będąc gdzieś na świecie. W zeszłym tygodniu, kiedy skończyliśmy próby, coś zadziałało i właściwie nie mam nic przeciwko jeżdżeniu w różne miejsca i prezentowaniu materiału przed publicznością.
Pod koniec pandemii wyruszyłeś w trasę koncertową tylko z gitarą, grałeś w przypadkowych miejscach, pisałeś piosenki w drodze. Czego nauczyłeś się dzięki samemu doświadczeniu bycia w trasie?
Konkretnie na tę trasę wyruszyłem tylko z gitarą, bo to wciąż była jedyna rzecz, z którą potrafiłem sobie poradzić. Nie mając zbyt dużego doświadczenia z gitarą akustyczną, pomyślałem, że to coś, co mogę zrobić. To w pewnym sensie dało to początek mojej solowej twórczości. Założyłem publicznego maila i dostałem setki wiadomości. Zgadzałem się na wszystko, co wydawało się sensowne. Po prostu chciałem się zgubić.
Wiele z tych warunków nie było zbyt profesjonalnych, więc musiałem nauczyć się, jak radzić sobie w każdym otoczeniu. Myślę, że właśnie tak nabrałem wprawy. Po prostu robiąc to sam, wychodząc na scenę, ponosząc wiele porażek i ucząc się na nich. Myślę też, że sporo się rozwinąłem jako wokalista, bo zazwyczaj byłem przyzwyczajony do głośnego rockowego zespołu i najzwyczajniej krzyczenia. Było więc z czego się uczyć.
Koncertuję od 16 roku życia, więc w pewnym sensie dorastałem w trasie. W tamtych czasach koncertowaliśmy bez końca. Ja i Jakob rzuciliśmy liceum. Nikt nie miał żadnych ambicji życiowych. Nikt nie miał potrzeby zdobywania wykształcenia. Byliśmy po prostu nieudacznikami. Nie mieliśmy żadnych planów na to, by zespół odniósł sukces. Wydaliśmy płytę tylko dlatego, że wydawało się to fajnym pomysłem. Wypuściliśmy kilka piosenek i nagle mogliśmy grać gdziekolwiek. Nie mieliśmy żadnych innych zajęć, więc praktycznie żyliśmy w trasie.
Raz byliśmy w trasie przez dwa miesiące. Nie mieliśmy pieniędzy na hotele, więc po prostu zatrzymywaliśmy się u przyjaciół, znajomych, znajomych znajomych. Jeśli nie znaliśmy nikogo w mieście, musieliśmy znaleźć kogoś na koncercie i przekonać go, żeby pozwolił sześciu osobom spać na podłodze. Wtedy wszystko sprowadzało się do podstaw. Nie byliśmy najlepszymi muzykami pod względem technicznym. Właściwie było wręcz przeciwnie. Kiedy zaczynaliśmy, nie potrafiliśmy grać razem. Graliśmy pięć różnych piosenek naraz. Chodziło nam po prostu o to, żeby robić to bezustannie i nie przejmować się tym, czego nie znaliśmy. Po prostu często popełniać błędy. Myślę więc, że życie w trasie było bardzo kształtujące w moim przypadku.
Pamiętasz moment, w którym pomyślałeś, że chcesz tworzyć muzykę?
Myślę, że to było mniej więcej w czasie trzeciego albumu Iceage. Zacząłem w pewnym sensie godzić się z samym sobą jako autorem tekstów i utworów i coraz lepiej rozumieć, co naprawdę można osiągnąć w tej formie. Zdałem sobie sprawę, że to jest coś, czym chciałbym się zajmować i miałem nadzieję, że pozostanie to interesujące i wartościowe na zawsze. Fakt, że nagrałem już wtedy kilka płyt, dało mi coś w rodzaju poczucia celu. Myślę, że właśnie wtedy to do mnie dotarło. Wcześniej się zbytnio nad tym nie zastanawiałem. Ale mniej więcej w tamtym czasie dostrzegłem, że w tworzeniu jest coś, co daje narzędzie do rozwoju, uchwycenia rzeczy i wyrażenia siebie. Pomyślałem, że ten cykl ma dla mnie sens.
Jak wygląda Twój proces twórczy? Album „Speak Daggers” powstał w całości w Twojej sypialni. Czy zwykle pracujesz w ten sposób, czy był to raczej wyjątek?
Cóż, w tamtym momencie był to wyjątek. Myślę, że coraz więcej rzeczy powstaje w moim pokoju. Już to robiłem. Zawsze mogłem pisać piosenki w swoim pokoju, ale proces ten polegał na tym, że siadałem i je pisałem. Siadasz i wydobywasz je z głowy. Wyobrażasz sobie, jak to ostatecznie będzie wyglądało. Potem przenosisz to z pokoju do sali prób i dopracowujesz z kolegami z zespołu lub kimkolwiek innym. W końcu wchodzisz do studia i realizujesz to.
Nigdy jednak nie wiedziałem, jak właściwie obsługiwać program do nagrywania. Po prostu kupiłem sampler i zacząłem eksperymentować. Wtedy wydało mi się, że cały proces powstania utworu można przeprowadzić, zupełnie nie wychodząc z pokoju. To stało się to dla mnie niezwykle interesujące. Że mogłem być sam w nocy lub po południu, wpaść na pomysł, popracować nad nim, a gotowy utwór pojawiał się natychmiast. To było niezwykle satysfakcjonujące. To sprawiło, że zacząłem mieć obsesję na punkcie nagrywania w domu. Nie miałem nawet zbyt wiele sprzętu. Radziłem sobie z bardzo niewielką ilością elementów. „Speak Daggers” był dla mnie czymś w rodzaju nauki, jak to robić.
Teksty stanowią ważną część twojej twórczości. Piszesz również poezję. Skąd zazwyczaj biorą się twoje pomysły?
Zwykle czerpie się z tego, co akurat ma się pod ręką. Ostatecznie zawiązuje to do tego, co dzieje się w twoim życiu lub najbliższym otoczeniu. Rzadko mam z góry ustalony pomysł na to, w jakim kierunku mają zmierzać utwory. Nigdy nie myślę o tym, że chcę nagrać album poruszający takie a takie tematy. To nie działa w ten sposób. To raczej coś w stylu: „Cóż, napisałem tę kompozycję. Cóż, tak się czuję”. Pusta kartka papieru jest przerażająca. Czujesz, że zaczynasz od zera. Ale potem pozostaje tylko usiąść i zobaczyć, co się pojawi. Robię mnóstwo notatek. Zawsze mam przy sobie notatnik, w którym zapisuję wszystko. Nie ma znaczenia, czy ma to jakąkolwiek wartość. Staje się to swego rodzaju biblioteką, z której można czerpać.
Nigdy niewiadomo, kiedy się to przyda.
Tak, siedzisz i piszesz, a potem czujesz, że utknąłeś w miejscu. Wtedy pojawia się ten jeden wers, który był przeznaczony do czegoś innego, ale z innymi słowami nagle tworzy interesujące zestawienie. Po prostu chodzi o to, co działa. Ale to muzyka, która powstaje, w pewnym sensie dyktuje charakter całości. Wtedy możesz podążać za tym, przeciwstawiać się temu lub robić z tym, co tylko chcesz. Zazwyczaj jednak każda płyta w mniej lub bardziej abstrakcyjny sposób przedstawia to, jak wyglądało życie w momencie jej tworzenia. Teraz, kiedy robię to już od jakiegoś czasu, myślę o wszystkim. Każdy utwór to jakby mała migawka na osi czasu, pokazująca, co się wtedy działo.
Na przestrzeni współpracowałeś z wieloma artystami. Co jest dla ciebie najważniejsze, jeśli chodzi o tworzenie z innymi?
Większość osób, z którymi współpracowałem, to w pewnym sensie moi przyjaciele. Żadna z tych relacji nie wydawała mi się wymuszona. Wszystko zadziało się w odpowiednim momencie. Często pisanie i tworzenie muzyki to bardzo samotne zajęcie. Ale ekscytujące jest robienie czegoś z kimś, z kim można się nieco spierać, a czyjeś uwagi jakby rozpalają w tobie iskrę. Można poczuć prawdziwą wymianę zdań, wiesz. Ale wszystko jest inne. Nie mam na to dobrej odpowiedzi.
Co najbardziej satysfakcjonuje cię w byciu artystą?
Wiele elementów tego procesu jest naprawdę ekscytujących. W zeszłym tygodniu pracowałem nad czymś w domu – początkowo to był tylko niewielki pomysł. Nie miałem pojęcia, dokąd zmierza, ani czy w ogóle zmierza gdziekolwiek. Po prostu zacząłem nad nim pracować i wciągnęło mnie to na sześć godzin. W pewnym momencie zauważasz, że coś nie pasuje tutaj, a coś trzeba przenieść tam – i nagle wszystko zaczyna się układać. W końcu uświadamiasz sobie, że masz coś gotowego.
Lubię, kiedy instynkt przejmuje kontrolę i nie pamiętam, ile czasu minęło. Jak pies tropiący narkotyki, wyszkolony do śledzenia zapachu. Nie ma oficjalnych wytycznych, dokąd rzeczy powinny zmierzać. Trzeba to po prostu wyczuć. To trwa, aż wszystko układa się na swoim miejscu, ale potem bierzesz wdech, patrzysz i to tam jest. Coś, co kilka godzin temu nie istniało, teraz istnieje. Wygląda, jakby drobny, przypadkowy ciąg zdarzeń doprowadził do tego momentu, a jednak jest. To mnie bardzo ekscytuje.
Uwielbiam też przebywać w studiu z gotowym planem, kiedy pracujemy z Iceage i próbujemy znaleźć odpowiednią energię. Jednak myślę, że narodziny pomysłu, jeśli jest dobry, są najbardziej ekscytujące.
Czy masz ulubioną rzecz, którą stworzyłeś? Utwór albo album?
Z większością z nich czuję się dobrze, ale zbytnio się do nich nie przywiązuję. Niektóre utwory po prostu pozostają w pamięci bardziej niż inne i wydają się ważniejsze. Rzadko wracam do swoich starszych utworów. Raczej to, co właśnie zrobiłem lub co zamierzam zrobić, zajmuje większość mojej uwagi.
Jest coś, co zrobiłbyś inaczej, czy traktujesz wszystko jako część procesu?
Zdecydowanie uważam wszystko za reakcję łańcuchową. Wszystko, co zrobiłem, jest w dużej mierze wynikiem tego, co działo się wcześniej. Czasami trzeba coś z siebie wyrzucić, by móc zrobić coś innego. Zrobienie jednej rzeczy pozwala uwolnić coś, co uczy cię, jak wykorzystać to gdzie indziej. Myślę, że bardzo łatwo mógłbym po prostu napisać zupełnie inny zestaw płyt w swoim życiu. Ale nie widzę, dlaczego miałoby być inaczej.
Nad czym teraz pracujesz?
Jest mnóstwo materiału, nad którym pracuję. Nie mogę za dużo zdradzić.

