Najważniejszy gatunek na ziemi. Nie, to nie homo sapiens
Autor: Agnieszka Sielańczyk

Pszczoła nie produkuje miodu dla Ciebie. Nie zapyla kwiatów, żeby Twój stół zastawiony był owocami. Działa w swoim własnym, perfekcyjnie dostrojonym systemie, a my jesteśmy tylko przypadkowymi beneficjentami tej misternej machiny ewolucyjnej. Tyle że bez niej nasza cywilizacja nie przetrwałaby dekady.
Międzyrządowa Platforma Naukowo-Polityczna ds. Różnorodności Biologicznej i Usług Ekosystemowych (IPBES) opublikowała w 2016 roku najbardziej wyczerpujące jak dotąd badanie dotyczące zapylaczy. Liczby są niepokojące, ale przede wszystkim – konkretne. Trzy czwarte światowych upraw żywnościowych wymaga zapylania przez zwierzęta. Roczna wartość plonów zależnych od pszczół i innych zapylaczy? Od 235 do 577 miliardów dolarów. To realna wartość tego, co trafia na twój talerz.
Bez zapylaczy zniknęłyby pomidory, truskawki, migdały, kakao, kawa. Produkcja warzyw i owoców spadłaby dramatycznie, a ceny eksplodowałyby – IPBES prognozuje roczne straty na poziomie 160-191 miliardów dolarów tylko dla konsumentów i producentów upraw, plus kolejne 207-497 miliardów w innych sektorach gospodarki. Ponad 80 procent dziko rosnących roślin kwitnących potrzebuje zapylaczy do rozmnażania. Gdy one znikną, zacznie się efekt domina: brak roślin oznacza brak pożywienia dla ptaków i drobnych ssaków, brak ptaków i ssaków oznacza głód ich drapieżników. Cały ekosystem runąłby jak domek z kart.
Organizacja Earthwatch Institute, zajmująca się ochroną środowiska, uznała pszczoły za jeden z najważniejszych gatunków na planecie. To symboliczny tytuł, ale oparty na twardych danych. Nie chodzi o sentyment, chodzi o funkcję. Pszczoły nie są ładne, nie są miłe, nie wzbudzają emocji jak pandy czy wieloryby. Są po prostu niezbędne.
Problem polega na tym, że wymierają w tempie, którego nie da się zignorować. W Europie co dziesiąty gatunek pszczół i motyli jest zagrożony wyginięciem. W niektórych regionach liczba kolonii spada o 30-50 procent rocznie. W Stanach Zjednoczonych pszczelarze notują zimowe straty przekraczające 40 procent populacji – to dwukrotnie więcej niż akceptowalna norma. Według raportu IPBES, 16 procent kręgowców-zapylaczy i ponad 40 procent bezkręgowców, głównie pszczół i motyli, jest zagrożonych lokalnie lub globalnie.
Przyczyny? Intensywne rolnictwo, pestycydy (szczególnie neonikotynoidy), utrata siedlisk, monokultura, zmiany klimatu, inwazyjne gatunki, choroby i pasożyty. Połączenie wielu czynników naraz. Badania pokazują, że rosnące stężenie dwutlenku węgla obniża zawartość białka w pyłku niektórych roślin nawet o 30 procent, co osłabia kondycję pszczół i sprawia, że są bardziej podatne na choroby.
Populacja pszczół to nie jest abstrakcyjna kwestia ekologiczna dla ludzi w polarach z logo Greenpeace. To kwestia tego, czy za dwadzieścia lat będziesz mógł kupić kawę bez kredytu hipotecznego. Czy twoje dzieci będą jadły jabłka. Czy migdały będą dostępne tylko dla milionerów. Według FAO, jedna trzecia światowej produkcji żywności zależy bezpośrednio lub pośrednio od zapylania przez owady. Produkcja upraw zależnych od zapylaczy wzrosła w ciągu ostatnich 50 lat o 300 procent, ale liczba pszczół wcale nie nadąża za tym wzrostem.
Problem z pszczołami polega na tym, że nie wywołują empatii gatunkowej. Nie są słodkie, nie mają wielkich oczu, nie można ich przytulić. Większość ludzi kojarzy je z bólem po użądleniu, ale to one trzymają w ryzach cały system produkcji żywności. I to powinno być najważniejsze.