Małe miasteczko w Vermont z widokiem na las i uprzejmą społecznością, chętną do wzajemnej pomocy. I szkoła. Mae Martin, twórca kameralnego komediodramatu „Feel Good”, wybrał na swój kolejny projekt opowieść o instytucji dla trudnej młodzieży, podejrzanej terapii i policjancie poszukującym prawdy.
To wybór nieoczywisty, może nawet ryzykowny. Efekt nierówny, ale zaskakująco wciągający. Komu podobał się „Yellowjackets”, ten powinien być zadowolony.
Tall Pines ma sekret
„Na marginesie” opowiada o Tall Pines Academy – fikcyjnej placówce terapeutycznej dla nastolatków, która pod fasadą progresywnej opieki stosuje fizyczne i psychologiczne metody łamania uczniów, aż stają się posłusznymi wyznawcami demonicznej Evelyn Wade.
Brzmi znajomo? Ile już widzieliśmy opowieści o „trudnej młodzieży” zamkniętej w opresyjnej szkole z internatem? Ile produkcji o próbach ucieczki z nieludzkiej instytucji? Serial zadaje sobie to pytanie niemal wprost i przez chwilę sprawia wrażenie, że potrafi się obronić. Niestety nie do końca.
Martin badał historię Synanon – ruchu samopomocy z lat 70., założonego przez Charlesa Dedericha, który z programu rehabilitacji narkomanów przerodził się w autorytarny kult stosujący psychologiczną przemoc. Jedna z jego kluczowych „technik terapeutycznych” polegała na tym, że uczestnicy atakowali wybraną osobę bezlitosną krytyką, po czym zastygali w grupowym uścisku. W trzecim odcinku serialu pojawia się niemal identyczna scena „Gorącego Krzesła”. Zbieżność nie jest przypadkowa.
To fundament całego serialu i zarazem jego najmocniejsza strona. Przemysł „naprawiania trudnej młodzieży” wart jest w USA szacunkowo dziesiątki miliardów dolarów rocznie; wiele z tych instytucji działa przy minimalnym nadzorze, pod szyldem terapii stosując izolację, przymus i publiczne upokorzenia. Martin wiedział, że to jest materiał. Przyjaciółka Nicole, która trafiła do takiej placówki mając 16 lat, została konsultantką serialu, w ekipie scenopisarskiej był też ktoś, kto sam przez taką szkołę przeszedł. Czuć to w detalach – w tym, jak opresja działa powoli, niepostrzeżenie, jak wspólnota zamienia się w więzienie, zanim ktokolwiek zdąży to nazwać.
Bezbłędna Toni
Evelyn Wade w długim płaszczu, z wielkimi okularami i nieruchomym spojrzeniem – Toni Collette gra liderkę kultu tak, że dyskomfort jest fizycznie odczuwalny. To nie jest postać nakreślona grubą krechą dla potrzeb gatunku. Jest w niej coś z sekciarskiego charyzmatyka, który naprawdę wierzy w swój projekt i właśnie to czyni ją przerażającą. Collette operuje tu półtonami: dba, troszczy się, dusi. W jednej scenie potrafi być jednocześnie matką i oprawcą, i robi to wiarygodnie.
Duet młodych aktorek – Alyvia Alyn Lind i Sydney Topliffe – to najlepszy fragment całego serialu. Ich przyjaźń, zbudowana na wzajemnym trzymaniu się przy sobie wbrew instytucjonalnej presji, wbrew dorosłym, wbrew szkole – daje serialowi przyzwoity rdzeń emocjonalny, którego nie ma w żadnym innym wątku. Kiedy Abbie i Leila są na ekranie, tytuł przypomina sobie, czym mógłby być w całości.
Problem z Alexem
Sam Mae Martin gra postać trans mężczyzny, policjanta Alexa Dempseya. W wywiadach mówił, że Alex to ktoś uwodzony przez heteronormatywną hipermaskulinowość – policyjny mundur, żona, dziecko w drodze – i jednocześnie ktoś, kto reaguje na trudne sytuacje nadmierną przemocą. To ciekawy zamysł na papierze.
Problem w tym, że na ekranie Alex jest po prostu nieobecny i wypada blado wobec wszystkiego, co go otacza. Wątek policyjny jest zresztą najsłabszym ogniwem serialu – przewidywalny, obsługiwany przez postać, która powinna być sercem narracji, a jest jej obciążeniem. Kiedy Collette i dwie nastolatki wychodzą z kadru, serial nagle robi się dużo słabszy.
2003
Osadzenie akcji w 2003 roku, przed erą smartfonów, to przemyślana decyzja. Izolacja w ośrodku „naprawczym” jest dzięki temu dosłowna. Nikt nie może zadzwonić lub napisać po pomoc, kontakt można nawiązać jedynie przez starą, dobrą krótkofalówkę. Jest jeszcze jedna rzecz, które działa na rzecz oprawców – nikt niczego nie nagra. Jest w tym coś wiarygodnego, a jednocześnie nie zbudowanego na nostalgii – może z wyjątkiem scen z muzyką, za którą tęsknimy.
Serial parokrotnie zatrzymuje się tuż przed granicą horroru, wybierając bezpieczeństwo i przystępność zamiast pełnego zanurzenia w grozie. To wybór, który można uszanować, ale ma swoją cenę. Główna słabość „Wayward” polega na tym, że miesza przemysł ośrodków terapeutycznych z logiką sekty w sposób, który spłyca obie rzeczy. Szkoła dla trudnej młodzieży i kult działają na innych zasadach – dzieci nie przychodzą do Tall Pines z własnej woli, nie są uwodzone, nie szukają przynależności. Są po prostu porywane z własnych łóżek, za zgodą rodziców. Zrównanie tego z dynamiką sekty bez wyraźnego komentarza rodzi fabularne nieścisłości, które im bliżej końca, tym bardziej uwierają.
Niestety również finał nie spełnia apetytu zaostrzonego poprzez kolejne odcinki. Trudno powiedzieć, czy to efekt zbyt wielu wątków naraz, czy odwagi, której zabrakło na ostatniej prostej, czy może po prostu braku pomysłu.
Pomimo tego jest w tym tytule coś, co sprawiło, że obejrzałam go w jedną noc. Historia Synanonu i przemysłu troubled teen to temat zbyt ważny i zbyt mało znany, żeby go zignorować, a ośmioodcinkowy miniserial robi z tym materiałem coś przynajmniej częściowo wartościowego – zwraca na niego uwagę.
Synanon rozpadł się na początku lat 80., ale jego metody przeżyły przeszczepione do szkół dla trudnej młodzieży, które wyrosły na tym samym przekonaniu, że człowieka trzeba najpierw zniszczyć, żeby go naprawić. Martin badał tę historię przez dwadzieścia lat. I czuć to w serialu – Tall Pines Academy jest zbudowane z tej samej logiki co Synanon, cegła po cegle.
![„Na marginesie” – niezły serial dla sekciarzy [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_4b48f307_645a_4b56_b536_27b1e90a3066_f750x750_0e043b16b8.jpeg&w=1920&q=80)