„Moda nie może być ekologiczna. Może być świadoma”. Rozmawiamy z Iriną Dzhus o modzie, traumie i woli życia [WYWIAD]

16-01-2026
Ładowanie...
„Moda nie może być ekologiczna. Może być świadoma”. Rozmawiamy z Iriną Dzhus o modzie, traumie i woli życia [WYWIAD]
fot. Yelyzaveta Samsonova, ekskluzywna sesja DZHUS
Irina Dzhus od szesnastu lat tworzy ubrania, które pozwalają się ukryć i wyróżnić jednocześnie. Głęboko przekonana o prawach zwierząt i opierająca swoją markę na etycznych postulatach mierzy się z pytaniem, które wykracza daleko poza estetykę: czy twórczość może istnieć niezależnie od twórcy?
1/11
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
Ładowanie...
Slide image
W tej rozmowie Irina opowiada o rzeczach, o których rzadko się mówi głośno – o tym, że trauma nie znika po jednym performansie, a system zmusza do działania nawet wtedy, gdy ledwo trzymasz się na nogach.
Załączone zdjęcia przedstawiają zaś tylko dwa ubrania, mogące się wielokrotnie transformować.
Zestaw 2 kwadratowych elementów, które można nosić jako czapki lub torby. Połączone zamkiem błyskawicznym, tworzą mini-sukienkę albo długi top z luźną kamizelką z krótkim rękawem i elastycznym, teksturowanym dołem z wycięciami na biodrach. Rozpinając segmenty kamizelki, można ją przekształcić w obszerne, architektoniczne rękawy.
Do tego ciepły, bawełniany akcent, mogący służyć za czapkę, torbę i doczepiany rękaw. Dzięki możliwości transformacji każdego z dwóch ubrań na przynajmniej 3 sposoby, uzyskujemy aż 9 kombinacji – więc ilość opcji z wykorzystaniem większej ilości ubrań jest zależna tylko od naszej wyobraźni.
Eko moda to jest teraz modny termin i wiele marek używa go jako hasła marketingowego. Jak odróżnić rzeczywiste działania ekologiczne od marketingu?
Byłabym ostrożna z używaniem terminu moda ekologiczna, bo moda jako taka jest antyekologiczna. Zamiast tego wolałabym mówić o modzie świadomej. Maksymalne zorientowanie mody na ekologię jest bardzo trudne w praktyce; wiele wątków wyklucza się wzajemnie, więc ściśle trzymając się pewnych zasad, odbiegamy coraz dalej od innych.
Kiedy 16 lat temu zakładałam markę cruelty-free w Ukrainie, nikt jeszcze nie mówił o ekologii w modzie, więc w moim przypadku można odrzucić wątek greenwashingu. Dla mnie, jako wegetarianki, jest to kwestia podstawowych zasad moralnych. Jestem wegetarianką na rzecz zwierząt, a nie z powodów dietetycznych, a moje działania kierowane są tym, jak chciałabym żeby wyglądał świat.
Kiedy zaczynałam zdarzało się, że próbowano mnie przekonać do zmiany mojej filozofii. Często słyszałam, że przemysł skórzany jest bardzo opłacalny finansowo – sugerowano mi, że wprowadzając wyroby skórzane podniosę status marki. Szczególnie, że moje projekty od początku były dość awangardowe, a dominującym kolorem była czerń. 
Ale ja o komercji myślę w ostatniej kolejności. To, co robię przynosi bardzo mało dochodu bezpośredniego; moje projekty się sprzedają, ale wydatki, których wymaga ich realizacja są ogromne.
Skoro koszty etycznej produkcji są tak duże, to czy możliwe jest kupowanie świadomej mody w przystępnych cenach?
To zależy przede wszystkim od designu, który w znacznym stopniu kształtuje cenę. Projekt designerski nigdy nie będzie miał ceny porównywalnej do tego wyprodukowanego masowo, ale cena będzie się wahać w zależności od trudności wykonania produktu i pracy intelektualnej włożonej w projekt. Chodzi o ilość godzin poświęconych na to, żeby powstała nawet pozornie prosta rzecz.
Zaczynając od pochodzenia materiałów i kończąc na tym, gdzie skończy produkt gdy przestanie służyć osobie noszącej. Jak będzie można go zutylizować albo przekazać dalej. Ważne jest też zapobieganie szybkiemu niszczeniu. Czy projektant może np. zaoferować naprawę?
A twoja marka oferuje taką naprawę?
Tak, bardzo często. Nie znaczy to, że rzeczy często się psują, tylko że jeśli człowiek nosi coś intensywnie, tak jak ja noszę na co dzień swoje projekty, to prędzej czy później pojawią się ślady użytkowania. Nosząc swoje produkty zauważam, jakie rodzaje napraw są najskuteczniejsze i najmniej czasochłonne. Do każdego ubrania dodajemy też instrukcję, jak o nie dbać i jakie transformacje uwzględnia ten projekt.
Większość ubrań, które tworzę, jest transformerami. Chodzi o to, żebyśmy mogli wyjść z domu w tym samym ubraniu zarówno do biura, gdzie nie chcemy się wyróżniać, jak i do klubu, gdzie za pomocą stylizacji uwalniamy emocje i własne alter ego. Ubranie awangardowe jest jak wytrych – jednocześnie pozwalają nam się schować i wyróżnić.
To co mówisz przypomina filozofię Yojiego Yamamoto, który mówił, że cały czarny ubiór jest dla niego uniformem, który pozwala mu się wtopić w tłum, jednocześnie najbardziej go z tłumu wybijając.
Tak, bo moda świadoma musi dbać o człowieka noszącego ją – także pod względem terapeutycznym. Nie każdy jest w stanie przeprowadzić sobie samemu psychoanalizę, a intuicyjnie szukamy środków wyrazu, które dałyby nam ulgę. W taki sposób możemy odzyskać pełnię swojej natury, swojego wizerunku.
Czyli ubrania pełnią funkcję terapeutyczną?
Bardzo często dostaję feedback od osób noszących moje ubrania, że te stroje, można nawet powiedzieć kostiumy pomagają im czuć się pewniej, uzupełnić to, czego brakowało.
A jak emocje oddziałują na twój proces twórczy?
Ja mój pokaz zrobiłam w ramach grantu, czyli organizatorzy wiedzieli, że w twórczy sposób będę prezentować swoje przeżycia. Musiałam sama się zgłosić, bo nikt by mi tych pieniędzy nie dał bez mojej twórczości. To nie jest pomoc charytatywna, tylko grant na sztukę. Musiałam coś dostarczać.
Jest to okrutne, że od człowieka, który jest za marginesem tragedii osobistej, który ledwo trzyma się na nogach, cały czas wymaga się działania. I to dla mnie było wielkim wyzwaniem. Wolałabym oczywiście po prostu dostać, nawet minimalne wsparcie, tylko na przeżycie, ale żebym doszła do siebie przez jakiś czas. Ale nie znalazłam takiej opcji. Każdy kto chciał wspierać moją sztukę oczekiwał pewnego efektu. I ten efekt miał być na poziomie.
Czyli jest to trochę taki sposób przetrwania?
Tak, ale też znęcania się nad sobą. A tej kwoty nie dało się już zwrócić. System jest taki, że dostajesz pieniądze i sam załatwiasz wszystko. Korzystając z tych pieniędzy wynajmujesz pomieszczenie, modelki, agencję PR-ową i wszystko inne, więc wydajesz zaliczki, których nie da się później odzyskać. Jesteś w pułapce, w której twój stan nie ma znaczenia – musisz działać.
I w taki sposób pokazałam tę kolekcję. I zszokowała mnie reakcja publiki, która próbowała oddzielić koncept kolekcji od mojego stanu rzeczywistego. Ludzie myśleli, że u mnie wszystko w porządku i tylko gram tę traumę. Słyszałam, że cieszą się, że sobie z nią poradziłam, że już jej nie mam. A ja zastanawiałam się: kto powiedział, że jej nie mam? Czy chociaż jeden element w performansie mówi o tym, że to jest skończony proces, a ze mną wszystko w porządku?
Ludzie myślą, że jak jesteś w stanie wykonać coś takiego jak ten performance, to już jest dobrze. A to tak nie działa. Ludzie w obozach koncentracyjnych też w jakiś sposób działali, nie pytano ich, czy mogą to zrobić, nie mieli innego wyjścia, aż do śmierci. I ja się tak czuję. Muszę działać.
Jednocześnie moja marka jest jedną z rzeczy, które mnie trzymają przy życiu. Kiedy chciałam skończyć egzystencję w tej rzeczywistości, która okazała się dla mnie okrutna, to czułam, że nie mogę porzucić marki, bo nie zaplanowałam procesu dziedziczenia. Rozmawiałam ze znajomym, który mówił, że cieszy się, że ma dzieci, bo od małego szkoli je tak, żeby mogły przejąć jego twór w przyszłości. Te dzieci będą miały wybór, kim chcą zostać, ale do rodzica należy przekazanie nastawienia i wartości.
Ja nie mam dzieci, więc zaczęłam się zastanawiać, co zrobić w moim przypadku. Zdałam sobie sprawę, że marka może nie skończyć się razem z moim życiem.
Marka mogłaby funkcjonować jako oddzielny twór, a nie połączone pępowiną dziecko.
Dokładnie. Poczułam to, gdy dostałam ostatnio zaproszenie do współpracy z butikiem konceptualnym „The Icon” w Kijowie. Ja nie jeżdżę do Ukrainy, póki trwa wojna, a marzyłam o tej współpracy od lat. Mimo, że po wojnie marzenia każdego z nas trochę się zmieniły, to przed wojną działanie z tym concept store’em było na szczycie moich ambicji. Więc kiedy dostałam w tym roku okazję, żeby zrobić tam pokaz i pop-up, to z jednej strony byłam zaszczycona, ale z drugiej wiedziałam, że nie pojadę. Gdybym uważała powrót do Ukrainy za bezpieczny, to ewakuacja straciłaby cały sens.
Pomyślałam, że nie będę odmawiać, tylko spróbuję nauczyć się delegowania – a pokazy zawsze dopinam sama, więc było to dla mnie wyzwanie. Skontaktowałam się z dwiema stylistkami z Kijowa, które tam zostały, a one chętnie zgodziły się występować w imieniu marki i transformować te rzeczy przed publicznością zamiast mnie.
Miałyśmy treningi online z tymi rzeczami, na których wyjaśniałam im jak to robić. Musiałam nieco uprościć transformacje i mieć mniej oczekiwań niż do siebie. Ale udało się – mimo, że w trakcie wydarzenia nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Mogłam tylko oglądać relacje widzów na Instagramie, na których że nie ma żadnej wpadki, a całość robi dobre wrażenie.
Czułaś duży stres związany z tą delegacją?
Nie, jestem ostatnio raczej apatyczna wobec codziennych czynności, a duży stres powoduje u mnie inna skala rzeczy. Przejmowałam się, oczywiście, bo chodziło o reputację marki i ludzie mieli wielkie oczekiwania. Podczas wojny w Ukrainie jest dla nich ważne, żeby organizowana rozrywka była wysoce kulturalna, jakościowa, pozwalała chociaż na chwilę przenieść się do innego, pięknego świata.
Kiedy zobaczyłam, że to się już odbywa, to była dla mnie ogromna ulga. Zrozumiałam, że nawet gdybym zmarła w tym właśnie momencie, to ten performance dalej by trwał. Zobaczyłam na własne oczy, że jeśli się postaram i zapewnię mechanizm dziedziczenia, to będę mogła decydować o swojej egzystencji, bazując na emocjach – a nie przez pryzmat tego, że muszę żyć jako element techniczny marki.
Drugim pryzmatem, przez który patrzę na swoje życie jest to, że jestem jedynym dzieckiem mojej mamy i cioci. One są starszymi kobietami, emerytkami, uchodźczyniami tutaj w Polsce. Cały ich świat jest skonstruowany wokół mnie. Chcąc zakończyć żywot, musiałabym kwestionować obiektywną wartość mojej tragedii i bólu, który spotka moich krewnych, jeśli coś mi się stanie.
Zrozumiałam, że jakkolwiek wielki byłby mój ból, to i tak nie da się go porównać do bólu rodziców po utracie dziecka.
No tak, nigdy nie powinniśmy traktować zakończenia życia jako pierwszego kroku.
Do śmierci trzeba mieć szacunek. To nie jest zjawisko powierzchowne, tylko bardzo wielowarstwowy proces i fenomen, który należy ciągle badać. Jestem też rozczarowana, że ludzie traktują śmierć jako zdarzenie skrajnie negatywne. To jest okropne uproszczenie – nie możemy postrzegać umierania inaczej, niż jako części naturalnego przebiegu życia.
Często śmierć jest ogromną ulgą, ucieczką od niewyobrażalnego cierpienia.
Dla wielu ludzi śmierć byłaby niemalże marzeniem w porównaniu z tym, co czują. Przez całą historię człowieka występowała ona jako zjawisko enigmatyczne, wokół którego budowały się całe kultury. A w XXI wieku nagle jest przedstawiana jako coś najgorszego.
FacebookInstagramTikTokX