

fot. Łukasz Dziedzic
Michał Chmielewski opowiada o swoich nowym filmie, pracy na planie i relacjach romantycznych jako sile napędzającej kino.
Historia Twojego debiutu w polskiej rzeczywistości filmowej jest jak bajka o Kopciuszku. Młody twórca, zdjęcia w Stanach Zjednoczonych, Wim Wenders jako nazwisko otwierające zwiastun i premiera na znanym, międzynarodowym festiwalu. Jak to się stało?
Rzeczywiście, nie jest to typowa droga młodego twórcy. Jeszcze będąc na pierwszych latach studiów kiedy myślałem o moim debiucie, który wówczas wydawał się odległy miałem w sobie jakieś głębokie przeświadczenie, że ten pierwszy pełny metraż będzie nietypowy i powstanie w duchu kina niezależnego. Myślę, że to mocne wpływy Jima Jarmuscha i jego „Nieustających wakacji”, bezkompromisowego debiutu zrealizowanego za własne i zebrane od bliskich pieniądze. Taki właśnie wzięcie sprawy w swoje ręce wydawało się najlepszą opcją. Wówczas były to tylko wizje, ale kilka lat później poznałem Lenę Górę, która przyjechała do Polski kręcić serial „Król”. Gdy się spotkaliśmy naturalnie zaczęliśmy rozmawiać o kinie. Okazało się, że łączy nas takie właśnie Jarmuschowe podejście i ogromna chęć działania. Dość szybko zdecydowaliśmy, że chcemy napisać wspólnie scenariusz do Roving Woman. I tak się zaczęła ta cała przygoda.
Pomysł na film zrodził się dosyć szybko, podobnie jak realizacja go, ponieważ zdjęcia ruszyły już 3 miesiące po tym jak zaczęliśmy pisać scenariusz. Byliśmy napędzani paliwem młodych twórców i podekscytowani tym, że to się dzieje. Myślę, że ważnym elementem dzięki, któremu film się udało zrealizować była odwaga całej ekipy. Sam Wim Wenders w swoim ostatnim wywiadzie w prasie węgierskiej przy okazji premiery kinowej RW w Budapeszcie powiedział, że ta nasza odwaga poza tym, że film po prostu mu się podoba była jednym z czynników dla którego zdecydował się dołączyć do projektu.
Zdjęcia do filmu nie były łatwym czasem. Mieliśmy już zebraną ekipę w Stanach, zaczęliśmy działać, nagle przyszła pandemia i lockdown całej Kalifornii. Ale w kontrze do tego co się działo na świecie, postanowiliśmy nie przerywać zdjęć. Wyjechaliśmy już na pustynię Mojave i dzień po dniu realizowaliśmy plan. Po zdjęciach przyszedł etap montażu i postprodukcji. Cała droga do premiery zajęła ponad dwa lata. Była to ciężka praca, która definitywnie „nie spadła na nas z nieba”.
Wyszedł bardzo ładny film. Założyliście, że to będzie film dosyć delikatny, bez scen rozdzierających serca?
Z jednej strony mieliśmy takie założenie, ponieważ zależało nam na subtelnościach, z drugiej strony kręcenie podczas pandemii nie pozwalało nam na np. sceny intymne czy sceny przemocy. Nie było mowy o tym, że w scenie jest pocałunek. Mam wrażenie, że w normalnych okolicznościach byłoby to tylko kwestią decyzji reżyserskiej czy scenariuszowej, a tutaj to nie wchodziło w grę, bo każdy się bał. Uważam, że wiele pandemicznych ograniczeń wyszło ostatecznie na plus. Nasz montażysta Przemysław Chruścielewski kiedy zobaczył pierwszy raz materiał, sam stwierdził, że zawiera się w nim ta energia pandemii, napięcia i niepewność przyszłości.

fot.Tadeusz Kieniewicz
Skąd historia Connie Converse?
W trakcie pisania scenariusza Lena podrzuciła ten temat. Ja zawsze interesowałem się artystami z peryferii kultury i społeczeństwa. Wcześniej stworzyłem film, który był inspirowany postacią Daniela Johnstona. Postać Connie była dla nas tylko inspiracją, jedną z wielu podczas pisania scenariusza. Ostatecznie okazała się ważnym elementem, dodającym dodatkową warstwę. Duch Connie jest obecny w filmie na wielu poziomach, choćby sam tytuł Roving Woman, to tytuł piosenki Connie. Dodatkowo, nasza kompozytorka Teonika Rożynek użyła jej wokali w muzyce komponowanej do filmu. Wiele bohaterów spotkanych w drodze przez Sarę i sama Sara również mają coś Connie Converse, jakiś podobny poziom szczerości, ale też zagubienia w świecie.
Zastanawiam się dlaczego dla Ciebie dynamika relacji jest tak ważnym tematem. Złamane serce w przeszłości? Może trudności w budowaniu relacji? Siłą tego filmu jest opowieść o byciu lub niebyciu w związku z drugim człowiekiem.
Relacje zawsze odgrywały w moim życiu ważną rolę, mam swoje doświadczenia i miałem nie raz złamane serce, ale myśle, że też nie raz sam komuś je złamałem. Raczej budowałem długotrwałe związki, ale mam też ogromną potrzebę wolności i swobody. I to jest chyba ten bliski mi konflikt wewnętrzny, o którym opowiadamy w Roving Woman. Dobrze jest pobyć samemu i uważam to za bardzo wartościowy czas. Odbyłem wiele podróży w totalnej samotności. Przykładem może być podróż przez Indonezję i Filipiny, około trzy miesiące na motorze sam, w czasach, w których nie miałem Instagrama. Doświadczyłem wiele rzeczy, których nigdy nie sfotografowałem, nigdy nie udostępniłem w Internecie, może tylko opowiedziałem bliskim. I to jest ciekawe doznanie, takie pytanie, czy doświadczenie czegoś samemu ma jakikolwiek sens albo czym jest, kiedy nie możemy tego przekazać w formie fotografii lub współcześnie stories. Miałem takie przeżycie, że podczas podróży przez Filipiny spotkałem lokalsa, który pokazał mi miejsce, gdzie występują rekiny wielorybie. Miałem możliwość z nimi nurkować, przy czym nie wziąłem ze sobą żadnej kamery wodoodpornej, nic takiego. Zanurkowałem, popływałem z rekinami, które były gigantyczne, i właściwie to wszystko jest tylko moje. Kiedy opowiadałem o tym mojemu tacie, to był rozczarowany, że nie mam zdjęć. Myślę, że dzielenie się doświadczeniem i wymiana energii między ludzkiej jest istotna dla zdrowego funkcjonowania w świecie.
Dużo mówisz o samotnej podróży i jej wartości. I faktycznie jest to bardzo ciekawe doświadczenie. Czy podróż z bohaterką, w trakcie kręcenia filmu, też coś w Tobie pozostawiła?
Tak. Wydaje mi się, że każdy projekt filmowy, którego doświadczyłem, ma działanie może i nawet terapeutyczne, na pewno jest to poznawanie samego siebie przez to, że odbijam się w innych ludziach. Reżyser, kiedy robi film, nie ma do tego dystansu. Dopiero w konfrontacji z widzami często dowiaduję się jakie zawarte są emocje, przeżycia i wtedy odkrywam samego siebie. I to jest bardzo cenne.

fot. Kinga Klimczak
Jesteś odważnym człowiekiem – postanowiłeś być reżyserem w państwie, w którym nie ma na to pieniędzy, wszystko jest niedofinansowane, cała branża narzeka. Podziwiam wytrwałość. Czego nauczyłeś się o sobie poprzez zawód?
Pierwszą rzeczą jest na pewno wytrwałość. Przy tym filmie zdjęcia nie były łatwe, zwłaszcza w budżecie kina niezależnego. To jest ciekawe, co mną kieruje i skąd czerpię takie pokłady energii. To było jak strzał kamikaze, trochę szalone, z ekipą młodych twórców ruszyć na pustynię z pomysłem, czasem nie mając aktorów, zatrudniając ludzi spotkanych po drodze. Ogromna determinacja. Mój kolega powiedział, że jeśli jestem w stanie zrobić film w taki sposób, to znaczy, że naprawdę chcę to robić i dam radę przy każdym projekcie.
Reżyseria nie była Twoim pierwszym wyborem.
Tak. Najpierw studiowałem budownictwo na Politechnice Krakowskiej, później również fotografię.
I cóż się nie spodobało?
Gdy studiowałem budownictwo nie mogłem odnaleźć się ludzko. Znałem ludzi, ale nie do końca mogłem się z nimi skomunikować. Te studia były bardzo racjonalnym wyborem. Później zacząłem zaocznie studiować fotografię i tam już złapałem wspólny język z młodymi twórcami. Część mnie chciała tworzyć. Pracując na budowie po studiach, przez dwa lata, tak naprawdę myślałem tylko o robieniu filmów i zdjęć. Gdy tylko miałem przerwę w pracy spędzałem ją na oglądaniu filmów albo obrabianiu swoich zdjęć. Wiedziałem już wtedy, że była we mnie część, która bardzo pragnie robić coś innego i była ona silniejsza niż „słuszny” wybór.
Jak budujesz życie wewnętrzne swoich bohaterów? Jak konstruujesz to, kim są?
Dużo na pewno jest obserwacji. Taką też mam naturę obserwatora. Czerpię z sytuacji, które podpatruje często u siebie lub znajomych czy rodziny. Nie przekładam kogoś kogo znam jeden na jeden, ale np. mechanizmy czy schematy myślowe. Wszystko zależy od bohatera. Staram się też szukać natchnienia w literaturze, w filmach dokumentalnych czy po prostu na ulicy. Inspiracje znajduje wszędzie. Korzystam czasem z koła emocji, aby rozbudować emocjonalne spektrum bohatera. Ciekawy bohater to postać złożona, niejednoznaczna, która tak jak każdy z nas, ma wewnętrzne sprzeczności.
Jak reaguje na ten film wymagająca publiczność festiwalowa?
Publiczność festiwalowa jest wymagająca, ale też naoglądana. Ma większą cierpliwość. Film ma dobry odbiór i zachęca mocno do dyskusji. Właściwie na wszystkich festiwalach Q&A potrafiły trwać od czterdziestu minut do półtorej godziny. Chyba najbardziej mnie cieszy to, że film wzbudza emocje. Po wielu seansach widziałem wychodzących z kina ludzi ze łzami w oczach. Ostatnio na festiwalu we Włoszech jedna ze znajomych po zobaczeniu filmu podsumowała go tak:
„You broke my heart, but gently”
Jakiś komentarz, który Cię zaskoczył?
Na festiwalu w Estonii wśród publiki był czternastolatek, którego poruszył nasz film. Zastanawiałem się wtedy jakie on ma narzędzia, które pozwoliły mu zrozumieć tą historię. Zakładam, że miał on nadzwyczajny poziom dojrzałości i świadomości. To był najmłodszy widz w kinie jakiego widziałem. Były też kobiety, które tak jak Sara, po obejrzeniu Roving Woman chciały wyruszyć w drogę i stwierdzały, że może teraz jest na to właściwy czas. Często spotykam się z takim komentarzem. Natomiast w Belgii pamiętam, że publiczność była mocno wyczulona na dźwięki, dostrzegali dużo ukrytych warstw starannie stworzonych przez Marcina Lenarczyka.

fot. Kinga Klimczak
Wspomniałeś o terapeutycznym wymiarze filmu. Chciałeś, żeby taki był?
Nie, kompletnie nie. Pisząc scenariusz, nie miałem żadnego założenia ani tezy, jak film będzie działał. Myślę, że to by było bardzo blokujące. Gdybym chciał zrobić film terapeutyczny to mógłby wyjść z tego film moralizatorski. A tego bym nie chciał. To są bardziej osobiste przeżycia, własne emocje i nadzieja, że widownia się z tym utożsami, chociaż w części.
Ostatnie pytanie dotyczy przyszłości filmowej. Jest już pomysł na kolejny film?
Chyba jeszcze nie mogę głośno o nich mówić. Są dwa projekty, które rozwijam. On jeszcze dojrzewają, same ze mną. Tyle co mogę powiedzieć to to, że interesuje mnie ostatnio młode pokolenie, które obserwuje i ich wrażliwość. Obiecuję, że w odpowiednim czasie dam Ci znać!