Kiedy miała czternaście lat, w kuchni babci w Belgradzie zastygła przy radiu. Z głośnika płynął głos Marii Callas. Przykręciła głośność do maksimum. Ta scena została w niej na zawsze.
Sześć dekad później efekt tego wydarzenia można oglądać pod Kopenhagą, w Cisternerne – dawnym podziemnym zbiorniku wodnym zmienionym w salę wystawienniczą, gdzie sklepione komnaty i stojąca woda tworzą coś między kryptą a katedrą. Ekspozycja „Seven Deaths” trwa do 30 listopada 2026, kiedy Abramović skończy osiemdziesiąt lat.
Siedem śmierci, jeden sprawca
Cykl składa się z siedmiu krótkich filmów: Burning, Knifing, Jumping, Hara-kiri, Strangulation, Consumption i Madness. Każdy skomponowany wokół słynnej arii z opery, w której Callas kreowała jedną ze swoich wielkich bohaterek skazanych na tragiczny koniec. Violetta, Tosca, Desdemona, Cio-Cio-San, Carmen, Lucia i Norma. I każdą z tych śmierci Abramović odgrywa na tle oryginalnych nagrań Callas, a każdemu umieraniu towarzyszy Willem Dafoe.
Dafoe jest tu postacią niemal archetypiczną. Gra kochanka, ojca i zabójcę zarazem, a w głębszej warstwie projektu wciela się w Arystotelesa Onassisa, którego Abramović uczyniła uosobieniem złamanego serca. Milioner, który porzucił Callas dla Jacqueline Kennedy, staje się w tej interpretacji figurą absolutnego zdradzieckiego pożądania – tym, co niszczy kobietę nie nożem, ale nieobecnością.
Libreto śmierci bywa tu przewrotne: zamiast rąk Otella Desdemonę dusi wąż; Tosca nie skacze z zamkowych murów, ale ze szczytu drapacza chmur; rytualne samobójstwo Madame Butterfly zastępuje zdjęcie kombinezonu ochronnego i wystawienie się na napromieniowanie.
Dwie diwy, jeden los
Maria Callas zmarła sama, na zawał serca, w paryskim apartamencie w 1977 roku, mając 53 lata. Życie naznaczone przez publiczne pragnienie i prywatną samotność, całkowite poświęcenie sztuce przypłacone wysoką ceną osobistą. Abramović rozpoznała w tym portret znajomy. Obie były Strzelcami, obie intensywnie emocjonalne i kruche jednocześnie. Na otwarciu wystawy w Kopenhadze Abramović powiedziała podobno ze śmiechem:
Za tym żartem stoi jednak coś poważniejszego. W 1988 roku Abramović szła przez 90 dni po Wielkim Murze Chińskim, żeby w połowie spotkać się ze swoim kochankiem i współpracownikiem Ulayem i zakończyć ich związek. Gest monumentalny, który Ulay unieważnił tym, że po drodze zapłodnił swoją młodą chińską przewodniczkę. Callas umarła mając złamane serce. Abramović przeżyła i to jest zasadnicza różnica, którą projekt próbuje przekształcić w coś użytecznego.
fot. Marina Abramović, Radiation, Seven DeathsPodziemie jako amplifikator
Cisternerne robi tu robotę, której nie zrobiłaby żadna biała kostka galeryjna. Nie jest to kino, sala wystawiennicza ani opera – wszystko spotyka się tu pod ziemią. Woda na podłodze odbija obrazy, sklepienia mnożą echo Callas, czas zwalnia. Śmierć jako temat i miłość jako jej kontrapunkt nabierają w tym miejscu innego ciężaru – fizycznego, niemal wilgotnego.
Abramović kończy w tym roku osiemdziesiąt lat i otwiera retrospektywę w Gallerie dell'Accademia di Venezia – zostanie pierwszą żyjącą kobietą, której poświęcono tam wystawę indywidualną. Seven Deaths jest więc czymś w rodzaju pozrachunku z własnym życiem wystawionym publicznie, pod ziemią, do arii kogoś, kto już nie żyje.
Wystawa Marina Abramović: Seven Deaths odbywa się w Cisternerne w Kopenhadze (Dania) i trwa do 30 listopada 2026.
