Publiczność stanowi jeden z najważniejszych elementów koncertu. Jeśli jest słaba – nie ma szans na udany koncert. Dowód? Tegoroczna Coachella.
Przyjeżdżasz na koncert ulubionego artysty, od trzech tygodni nie słuchasz niczego innego i masz wrażenie, że jego nowa płyta to soundtrack twojego życia. Trzęsąc się z ekscytacji, stajesz przed sceną, a gdy widzisz go na scenie, masz wrażenie, że wybuchniesz ze szczęścia. Niestety ta euforia nie trwa zbyt długo – nikt w tłumie nie tańczy, nikt nie śpiewa, a jedyny widoczny ruch to kiwanie głowami. Wokół nie ma fanów, są tylko dokumentaliści z telefonami w górze.
Jak grać przed takim tłumem?
Artyści od kilku lat krytykują w swoich wypowiedziach tłumy na swoich koncertach. Wydaje się, że część osób przychodzi tylko po to, żeby usłyszeć dwie piosenki i zrobić kilka zdjęć. Przez resztę czasu stoją, rozmawiają lub patrzą w ekran telefonu, psując tym samym zabawę reszcie.
Jednym z najgłośniejszych krytyków obecności telefonów na koncertach jest Jack White, gitarzysta i wokalista The White Stripes. Już w 2018 roku wprowadził politykę bez telefonu na swoich koncertach, w wywiadzie dla Rolling Stone komentując:
Dlaczego ludzie zmienili się w posągi?
Bilety na festiwale i duże trasy są dziś astronomicznie drogie. Gdy Coachella zaczynała funkcjonować, jednodniowy bilet można było dostać za równowartość 50 dolarów – to nie mało, ale dalej 14 razy mniej niż w tym roku.
Podobnie sprawa ma się w Polsce – za pierwszą edycję Off Festivalu fani płacili zaledwie 20 zł, dziś płacą 700 zł. Cena nie wzrosła bez powodu – zmieniła się bowiem skala artystów występujących na tych festiwalach i stopień ich rozpoznawalności. Nie można jednak powiedzieć, że są one teraz finansowo dostępne dla każdego. Najbardziej zapaleni fani często nie mogą sobie pozwolić na wejściówki na koncert czy festiwal, podczas gdy dla osób o wyższym statusie ekonomicznym, często starszych i mniej skłonnych do szaleństwa, nie jest to żaden problem.
Do tego dochodzi wszechobecna kultura dokumentowania, powodująca nieodpartą chęć nagrania choćby fragmentu koncertu, żeby móc się nim podzielić z bliskimi czy obserwującymi w mediach społecznościowych. A podczas nagrywania nie da się tańczyć – a śpiewając przy ekranie, zagłuszymy artystę.
Problem dotyczy przede wszystkim Ameryki
Choć w Europie zdarza się, że tłum jest mało responsywny, to raczej wyjątek niż reguła. Europejczycy przenoszą na koncerty nawyki z trybun piłkarskich – chóralne śpiewy, skandowanie, rytmiczne skakanie i poczucie wspólnotowości. Koncerty to tak naprawdę nie muzyka, ale bycie wspólnotą ludzi o podobnych poglądach – a wspólne śpiewanie to jeden ze sposobów na wzbudzenie tego poczucia.
W Stanach Zjednoczonych koncert traktowany jest bardziej jak widowisko niż wydarzenie społeczne, a ludzie są dużo bardziej wyizolowani. Publiczność częściej czuje się jak w kinie lub teatrze – patrzy, podziwia, nagradza oklaskami po utworze, ale rzadko staje się częścią widowiska.
