„Hamlet” stanowi próbę reinterpretacji i uwspółcześnienia fabuły szekspirowskiego dramatu. Akcja zostaje przeniesiona do rzeczywistości technofeudalnej, w której najwyższą władzę stanowią państwa-korporacje. Rozmawiamy z reżyserem – Kamilem Białaszkiem.
Jakie pytanie o „Hamleta” chciałbyś dzisiaj usłyszeć?
KB: (śmiech) Wow, na to nie byłem przygotowany. Może o dziedziczenie? Może o to, czym to dziedziczenie jest dzisiaj.
Słucham uważnie.
KB: Temat dziedziczenia jest z jednej strony oczywisty – jedna osoba się rodzi i ma, druga się rodzi i nie ma. To widać choćby na rynku mieszkaniowym: ktoś może urodzić się posiadając trzy, cztery mieszkania i nie przepracować ani dnia żyjąc w komforcie. Ktoś inny urodzi się bez niczego i będzie wydawać większość wypłaty na dach nad głową.
Ale to, co mnie naprawdę interesuje w systemie dziedziczenia i co jest sercem „Hamleta” to sytuacja, w której dziecko bogatego dziedzica po prostu nie chce przyjąć tego spadku. Ma inne plany. Inne wyobrażenia o sobie. I jest trzymane pod groźbą wydziedziczenia: albo wolność i brak środków, albo ograniczenie wolności i ułożone życie. Hamlet to jedna z takich postaci, które muszą podjąć tę decyzję. Z jednej strony są świadome niesprawiedliwości systemu, z drugiej są jego beneficjentami. To jest fundament dramatu. Problem Hamleta jest problemem bogato urodzonego dziedzica.
Słyszałam, że wyciąłeś monologi Hamleta. To chyba najtwardszy orzech do zgryzienia dla purystów. Zmieniłeś dramaturgię tej postaci?
Nie zrobiłem tego ze złośliwości ani z przekory. Wyciąłem je, bo one nie popychają akcji do przodu. Kiedyś monolog był silnym środkiem wyrazu – pokazywał szaleństwo, pogłębiał postać, odsłaniał wnętrze. Dla mnie się wyczerpał. Dzisiaj to, że postać wypowie ze sceny swoje motywacje, nie sprawia, że nagle głębiej ją rozumiemy. Przynajmniej ja w to nie wierzę.
Myślę, że wchodzimy w erę, w której teatr musi bardziej bazować na sytuacji niż na wypowiadaniu kwestii. Jeżeli dostaję tekst, którego wiem, że aktor nawet nie będzie chciał bronić, bo tak bardzo nie przystaje do naszego rozumienia rzeczywistości tu i teraz – muszę wybrać. Czy przenosić akcję do szesnastowiecznej Danii, gdzie ta dworska konwencja i wiara w boga mają swoje miejsce? Czy ogołocić tekst z tego znaczenia?
Wolę to drugie. Wolę opowiadać o rzeczywistości tu i teraz niż odsyłać akcję do XVI wielu, co zresztą zrobił już niejeden przede mną i niejeden po mnie zrobi. To nie jest też moja funkcja jako młodego reżysera, żeby budować pomnik po raz kolejny. Ten pomnik już stoi.
Teatr Powszechny daje Ci na to przestrzeń?
Zdecydowanie. Nikogo to tutaj nie oburza. Gdybym wystawił Hamleta w ten sposób w Teatrze Narodowym – tuż po Janie Englercie – to prawdopodobnie byłoby oburzające dla wielu. Wydaje mi się jednak, że publiczność w dużej mierze jest już przygotowana na obcowanie z tego rodzaju reinterpretacjami. Na pewno publiczność Teatru Powszechnego.
Mogę też powiedzieć wprost: jest w tym dużo prześmiania tego tekstu. Może raczej to moja frustracja na bazę dramaturgiczną, którą mi zostawił pisarz, niż na teatr jako instytucję.

Widziałam próbę. Zastanawiam się, czy będę kibicować Hamletowi.
To mnie cieszy. Na to, żeby Hamleta lubiano, pracuje zawsze cały zespół. Tekst jest tak napisany, że jeżeli otoczenie nie będzie naprawdę okrutne wobec Hamleta, jeżeli nie będzie go próbowało tłamsić i niszczyć od pierwszej sceny, to współczucie względem niego stopniowo maleje. Jeśli do tego dołożymy brak monologów, które budowały jego wewnętrzny świat – tak, Hamlet w tym spektaklu nie będzie do końca sympatyczny.
Dużo piszę o pokoleniu Z i zawsze dostaję cięgi w komentarzach – że nie rozumiem tej generacji, że jej umniejszam. A ja naprawdę uważam, że Z woli estetykę buntu niż sam akt.
To jest właśnie sedno. Zetki są często infantylizowane w mediach. Dyskurs sprowadzany jest do spraw gender, co jest kompletnym uproszczeniem. Zetki buntują się też w sprawie Palestyny, Ukrainy, Iranu, polityki mieszkaniowej, podatkowej. Tych tematów jest dużo więcej. A kiedy redukujemy to do polityki tożsamości, stajemy się głusi na wszystko inne.
Jest też drugi problem – niemożność podjęcia tego buntu. Żeby się naprawdę zbuntować, trzeba odrzucić przywilej i strefę komfortu. Z jednej strony buntujemy się w social mediach – dobrze, bo zyskujemy dzięki temu rozgłos. Z drugiej strony te social media prowadzi Mark Zuckerberg, który jest w bliskiej współpracy z Trumpem. Zaczynamy się zastanawiać: jak podważyć system od środka, kiedy narzędzia do podważania systemu są przez niego kontrolowane?
Masz jakiś pomysł?
Ograniczenie konsumpcji. Przestać kupować, przestać napędzać gospodarkę. Ale Gen Z nie jest w pozycji, żeby sobie na to pozwolić – Gen Z na razie próbuje opłacić mieszkanie i kupić obiad. Nie jest pokoleniem z jakimś specjalnym nadbudżetem.
Stoję więc przed pewnym wnioskiem: bunt musi stać się bardziej radykalny, bo w tym momencie jest po prostu ignorowany. Dopóki nie zaczniemy buntować się w sposób, którego nie da się zignorować, ta narracja będzie trwała. Wierzę w to, że potencjał rewolucyjny tego pokolenia jest ogromny, ale zrealizowanie go wręcz niemożliwe.
I to brzmi jak tragedia.
Bo to jest tragedia. Figura kogoś rzucającego mołotowem w czołg, irokez walczący z systemem to prehistoria. Romantyczny obraz przeszłości. Pytanie brzmi: co by było, gdybyśmy teraz weszli na ulicę? Protestowaliśmy dotąd pokojowo, ale żyjemy w rzeczywistości samo namierzających dronów, silnej inwigilacji – i to nie tylko państwowej, ale też korporacyjnej.
Jak radykalny musiałby być ten bunt, żeby w ogóle był skuteczny? To pytanie budzi grozę. Bo musielibyśmy podjąć naprawdę bardzo radykalne kroki i może już być za późno.

Sceny w trakcie próby zamiast spodziewanie korporacyjne były plemienne, rytualne. Pogubiłam się.
Technofeudalizm w kontekście Hamleta to opowieść o tym, że wszystko wraca. Systemy władzy historycznie się powtarzają, tylko w formie zmodyfikowanej przez istniejącą technologię i warunki zastane. Powrót do feudalizmu – tym razem techno – jest pewnego rodzaju wróżbą, która pozwala nam konstruować obrazy z perspektywy spojrzenia w przeszłość. I wtedy ta rzeczywistość pięknie się zapętla: coś, co już było, powraca jako symulakrum.
Mamadu jako szaman wprowadza pierwiastek autentyczności do rzeczywistości, która jest podszyta fałszem, infantylizacją, chaosem – bo tak wygląda polityka. Dyskurs wokół niej bywa bardziej złożony niż same zdarzenia.
Jednocześnie atakujesz widza bodźcami – wideo, światło, dźwięk. Nie boisz się, że to przysłoni wartość przekazu?
Słyszałem różne opinie na temat tej strategii. Że to naiwne opowiadać o przebodźcowanej rzeczywistości przebodźcowującymi środkami. Ja prowadzę teatr w ten sposób, bo dorastałem w takim świecie i na tyle to znormalizowałem, że sam tego czasem potrzebuję. Sytuacja doom scrollingu przez dwie godziny albo muzyki na słuchawkach puszczonej na full. Norma się przesunęła.
Teatr taki jak dawniej przestaje być skuteczny. Teatr, w którym bodziec nie dogania rzeczywistości, wydaje się po prostu odrealniony. Ja staram się tworzyć teatr, który tę rzeczywistość opisuje, nie jest od niej oderwany. To moja strategia. A gdyby ktoś potrafił opowiadać o tej rzeczywistości środkami, które nie przebodźcowują? Chapeau bas dla niego. Niech mnie uczy. Krystian Lupa – świetny przykład. Bardzo dobrze mu idzie (śmiech).

![Kamil Białaszek: „Teatr, który nie dogania rzeczywistości, jest po prostu wsteczny” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_1920_1778847975153_hamlet_koza1_2734_2c6bf23348.webp&w=1920&q=80)
