Choć The Hellp funkcjonuje od ponad dekady, stale wymyka się wszelkim definicjom i próbom jednoznacznego sklasyfikowania. Konsekwentnie odmawiając ograniczenia się do jednego brzmienia, gatunku lub grupy odbiorców, stał się jednym z najciekawszych zespołów ostatnich lat.
Noah Dillon założył The Hellp w 2015 roku. Jak sam przyznaje, powodem, dla którego to zrobił, było pragnienie bycia zrozumianym w sposób, który nie jest akceptowany przez normalną rzeczywistość. Na początku w skład grupy, oprócz Dillona, wchodzili Eddie Liaboh i Devin Finucane. Po wydaniu ich debiutanckiego albumu „Twin Sinner” do zespołu dołączył Chandler Ransom Lucy, którego Dillon poznał podczas sesji zdjęciowej do Hot Mess, projektu stworzonego wspólnie z Luką Sabbatem.
Mniej więcej od tego momentu The Hellp kontynuuje swoją działalność jako duet Dillon i Lucy. Oboje pochodzą z małych miejscowości, Durango i Glen Ellen, i przed rozpoczęciem działalności w zespole nie mieli doświadczenia muzycznego. Mimo to udało im się wypracować charakterystyczne brzmienie idące w parze razem z rozpoznawalnym wizerunkiem, które konsekwentnie przyciągają nowych fanów.
Teraz ich wpływ jest wyraźnie widoczny, jednak droga do miejsca, w którym obecnie się znajdują, wcale nie była prosta i tak naprawdę wciąż zabiegają o artystyczną wiarygodność. Przed rozpoczęciem ich europejskiej trasy, którą otworzyli 10 marca w Warszawie, z Dillonem i Lucym rozmawialiśmy o ich wczesnej twórczości, tym, jak postrzegają siebie w zmieniającym się świecie muzycznym oraz wyzwaniach związanych z najnowszym albumem „Riviera”, który całkiem ironicznie jest ich najbardziej eksperymentalnym dziełem do tej pory.
Lubicie udzielać wywiadów?
Noah: Jestem prostym chłopakiem. Wystarczy, że jest przede mną mikrofon, a ja zaczynam mówić. Powinienem pewnie powiedzieć, że nie lubimy wywiadów, ale myślę, że tak naprawdę je lubimy.
Chandler: Może lubimy je nawet trochę za bardzo. Są subtelnie ekscytujące. Nigdy nie wiemy, czy nie powiemy czegoś naprawdę głupiego, czy ktoś nie będzie się z nas nabijał. To zawsze małe, zabawne ćwiczenie. Powiedzmy więc, że tak.
W jaki sposób pomagacie światu? (help z ang. pomoc)
Chandler: Pomagamy światu zachowując autentyczność.
Dlaczego w nazwie The Hellp są dwa „l”?
Szczerze mówiąc, po prostu przyszło mi to do głowy, kiedy wiele lat temu próbowałem wymyślić nazwę zespołu. Było to coś w rodzaju „half edge Lord”. Wyszedłem w niedzielę z kościoła, siedziałem na łóżku i przyszło mi do głowy: „hell” z „p”. Chciałem użyć przedimka „the”, ponieważ dzięki temu nazwa wydawała się wpasowywać w kanon zespołów: The Beatles, The Rolling Stones, The Velvet Underground. Nadaje to natychmiastowego znaczenia. Początkowo ta nazwa nawet mi się nie podobała. Tak naprawdę nadal nie wiem, czy mi się podoba, ale jest już za późno, żeby to zmienić.
Wasz styl i brzmienie często szufladkowane są w sztywnych kategoriach kulturowych. Jak sobie z tym radzicie?
Noah: Najpierw jesteś po prostu zły, a potem zdajesz sobie sprawę, że po prostu taki jesteś. Nie możesz tego zmienić, ponieważ inni mogą kopiować to, co robisz, i staje się to symboliczne. Ale to nie ma znaczenia. Ubieramy się, zaczynamy pracę, kończymy ją. Tworzymy muzykę, teledyski i tak dalej. Jesteśmy tym, kim jesteśmy. Nie można tego zmienić. Akceptujesz to i wszystko jest w porządku. To nawet fajne. Spacerujesz po niektórych miastach i dzielnicach, a ludzie zaczynają wyglądać jak ty. Myślę, że to interesujące, przynajmniej wiemy, że wywarliśmy gdzieś jakiś wpływ. Może negatywny, może pozytywny, ale przynajmniej coś się dzieje.
Chandler: Prędzej umrę niż zdejmę swoją kurtkę, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Na przestrzeni lat udało wam się przyciągnąć specyficzną rzeszę fanów. Jak czujecie się kształtując tego rodzaju wpływ kulturowy?
Noah: Szczerze mówiąc, nie zastanawiam się nad tym. Myślę, że tak jest lepiej. Po prostu idę naprzód. Jeśli za bardzo się nad tym zastanawiasz, możesz zacząć wariować lub nabrać większego ego. Może to być nawet szkodliwe psychicznie, jeśli naprawdę zaczniesz się nad tym zastanawiać.
Chandler: Nie myślę o tym, dopóki ktoś mnie o to nie zapyta. Uważam, że naśladowanie nas jest o wiele fajniejsze niż inne rzeczy, które widzę. Więc dobrze dla nich.
Nie tylko wy i wasz styl opisywane są w określony sposób, ale także wasza muzyka. Jak sami byście ją nazwali?
Noah: To po prostu niezależna muzyka elektroniczna. Nie jest to zbyt skomplikowane. To dwóch chłopaków, którzy nie za bardzo wiedzą, jak tworzyć muzykę, tworzących muzykę. Być może dlatego wychodzi to tak, a nie inaczej. Czasami zmagamy się z tworzeniem beatu, a potem to się po prostu dzieje. To całkiem proste.
Chandler: Po prostu autentyczna.
Noah: Nie jesteśmy muzykami. Nie umiemy grać na instrumentach. Nie znamy teorii muzyki i tym podobnych rzeczy. Zdecydowanie pochodzimy z przeciwnego świata do muzycznego. Jesteśmy po prostu fanami muzyki i jakoś tak to się stało.
Czy nazwalibyście siebie nostalgicznymi?
Chandler: Nie chcę używać słowa ponadczasowy, bo brzmi to trochę egoistycznie lub rażąco, ale myślę, że to lepszy termin, by nas opisać. Nasze utwory oczywiście przetrwały próbę czasu przez dziesięć lat. Nostalgia już minęła. Zawsze czuję niesmak, kiedy myślę o nas jako o nostalgicznym zespole. Nie jesteśmy nostalgiczni. Nie patrzymy na przeszłość w głęboki i inteligentny sposób. Po prostu staramy się tworzyć fajne rzeczy..
Jaka jest wasza relacja z wczesnymi dziełami? Czy istnieją utwory, których stworzenia żałujecie czy traktujecie wszystko jako część procesu?
Noah: Nie można niczego żałować, ale większość starych utworów jest okropna. Byłem wtedy niedojrzały. Byłem amatorem. Raczej bezwartościowym. Jedyną wartością tych utworów było to, że stanowiły środek prowadzący do stworzenia czegoś lepszego. Tak po prostu jest. Starsza muzyka miała w sobie pewnego rodzaju duszę, która była nasycona tym, czymkolwiek był ten proces. Teraz tego nie ma, ponieważ jestem inną osobą. Muzyka jest teraz inna i bardziej przystępna. Ale nie ma czegoś takiego jak nadejście procesu. Zazwyczaj na początku wkłada się w to więcej siebie, ponieważ nie rozumie się jeszcze, na czym to wszystko polega, nie słyszy się tego. Stawka jest potencjalnie niższa. To po prostu czysta ekspresja, chociaż może się jeszcze nie mieć talentu artystycznego ani umiejętności technicznych. Szczerze mówiąc, prawdopodobnie nie tworzyliśmy wtedy naprawdę dobrej muzyki. „Ssx” to świetny utwór. Klasyk. Kilka innych piosenek jest przyzwoitych, ale tak naprawdę nie tworzyliśmy dobrej muzyki aż do 2020 roku i EP-ki „Enemy”. Wtedy zorientowaliśmy się, jak tworzyć coś bardziej intelektualnie wartościowego, wystarczającego i faktycznie bardziej muzycznego.
Nawet biorąc pod uwagę tę perspektywę, uważacie, że wszystko, co stworzyliście było konieczne, by znaleźć się w miejscu, w którym jesteście teraz?
Noah: Stworzyliśmy jedną z najgorszych piosenek wszech czasów. Właściwie to jedną z najgorszych piosenek w historii ludzkości. To fatalne. Nie wiem, jak mogliśmy do tego dopuścić. Ale idziemy dalej.
Chandler: Całkowicie się zgadzam. Zanotuj to. Być może stworzyliśmy kilka bardzo dobrych utworów, ale z pewnością jesteśmy odpowiedzialni za najgorszą piosenkę XXI wieku. „Mount Rushmore”. Zła piosenka. I chcesz się z nas nabijać? Cóż, to nie ty nie chodzisz z tym ciężarem z podniesioną głową. To robi na mnie większe wrażenie.
Noah: Dlatego nie jesteśmy nostalgiczni. Jeśli zbytnio zagłębiasz się w przeszłość, sprawy zaczynają się komplikować.
Jakie były najdziwniejsze okoliczności, w których stworzyliście piosenkę?
Noah: Szczerze mówiąc, każda sytuacja, w której powstają nasze piosenki jest dziwna w porównaniu z tym, jak większość ludzi tworzy muzykę. Oryginalne demo do „Ssx” stworzyłem, gdy mój tata krzyczał na mnie z drugiego końca kanapy. Kazał mi to wyłączyć. Podczas tworzenia beatów toczyliśmy ogromną kłótnię. To było dość interesujące.
Na końcu utworu „Beacon 002” jest coś w rodzaju rapowej zwrotki. Byłem w Joshua Tree i próbowałem znaleźć grób Grahama Parsonsa z chłopakami. Nie jadłem przez jakieś trzy dni, ponieważ miałem na coś alergię. Nie spałem przez prawie dwa dni. To doprowadziło mnie do pomyślenia, że mógłbym zrobić coś w stylu rapowej zwrotki w stylu Kanye'go Westa. Z jakiegoś powodu nikt nie sprawdził jakości tego materiału. Byliśmy w jakimś dziwnym domu na pustyni. To było zdecydowanie jedno z tych miejsc, w których ktoś został zabity. Jestem pewien, że w piwnicy tego domu zginęło wiele osób. W każdym razie, nagranie tej zwrotki było absurdalne. Już sama ta sytuacja była wystarczająco szalona. Fakt, że ktoś pozwolił mi rapować w ten sposób w piosence, pokazuje tylko, jak absurdalny był kontekst, w jakim powstała.
Możemy nagrywać w kiepskich warunkach lub dziwnych miejscach, ale najbardziej szokującym miejscem, w którym nagrywaliśmy, było w czasie powstawania „Riviery”. Wiele utworów z tego albumu zostało nagranych w ogromnych rezydencjach w Beverly Hills i Hollywood Hills. To dla nas szaleństwo. Prawdopodobnie nie powinniśmy tego robić, biorąc pod uwagę DNA i rdzeń naszego zespołu. Kiedy patrzysz na całe Los Angeles i podłączasz laptopa do tych głośników, słuchając demo, które stworzyłeś, a które ma najbardziej pokręcone brzmienie, jakie kiedykolwiek słyszałeś, czujesz się jakbyś był w jakimś podziemnym świecie. To chyba największy kontrast.
Chandler: Nie sądzę, żeby powstała choćby jedna piosenka, która nie byłaby nagrana w absurdalnych warunkach. Cytując naszego producenta Trayera Tryona: „Nikt na świecie nie byłby w stanie naśladować procesu, w jaki ta dwójka nagrywa”. Wierzę mu.

Jaka jest dynamika waszej grupy? Często się kłócicie, czy raczej zgadzacie się ze sobą?
Noah: Nigdy się zbytnio nad tym nie zastanawialiśmy. Chandler dołączył do zespołu po pierwszym roku jego działalności i musiał przejść pewien proces uczenia się, ponieważ jestem trudną osobą. Jestem bardzo specyficzny. Czasami wręcz nie do zniesienia. Nauczyłem się nie przebywać w grupach. Szczerze mówiąc, pokłóciliśmy się tylko raz. No, może trzy razy. Tworząc „Rivierę” w ogóle się nie kłóciliśmy. Podczas pracy nad „LL” pokłóciliśmy się może raz. Chandler rzucił puszką Red Bulla o ścianę. Potem wrócił do pokoju i wszystko było w porządku. Raz, w 2017 roku, przewrócił moje krzesło. W tym momencie pomyślałem, że albo go teraz załatwię, albo po prostu nie będę reagował i będziemy mogli iść dalej. Ale to były jedyne takie sytuacje. Ogólnie rzecz biorąc, nadajemy na tych samych falach, dlatego nadal istniejemy. To jedyny sposób, aby przetrwać dziesięć lat. To długi czas, zwłaszcza dla zespołu.
Chandler: Myślę, że to także ze względu na to, że obaj jesteśmy jedynakami. Rozmawialiśmy o tym ostatnio, kiedy byliśmy na mieście. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. To po prostu dziwne.
Noah: Założyłem zespół, ponieważ chciałem być rozumiany. Ludzie, którzy są częścią tego projektu, mają wyjątkowe pragnienie bycia zrozumianymi w sposób, który nie jest akceptowany przez normalną rzeczywistość. Szczerze mówiąc, wciąż o to zabiegamy. Chandler i ja jesteśmy nie tylko przyjaciółmi. Jesteśmy braćmi, współpracownikami, partnerami i wszystkim innym. Ale nie używamy tych określeń. O wiele łatwiej jest iść naprzód, zrozumieć, co się dzieje i w pewnym sensie pragnąć akceptacji. To mamy już za sobą. Nie mamy już 20 lat i nie próbujemy zrozumieć naszych nastoletnich lat w ten sam sposób. Chociaż muzyka z natury polega właśnie na próbie zrozumienia swojej nastoletniości. Niektórzy wybitni myśliciele zgodziliby się, że każdy próbuje po prostu zrozumieć okres od 0 do 18 roku życia.
Chandler: Ja teraz próbuję zrozumieć okres od 20 do 29 roku życia.
Noah: Ja próbuję zrozumieć ostatnie 3 dni.
Scena undergroundowa jest obecnie bardziej widoczna. Artyści tacy jak Bassvictim, 2hollis czy fakemink stają się coraz bardziej popularni. Istnieje coraz więcej festiwali poświęconych muzyce undergroundowej. Zaczęliście ponad 10 lat temu. Czy dostrzegacie tę zmianę?
Noah: Rzecz w tym, że underground nie istnieje. To tylko słowo, którego używały publikacje, przez co ludzie nadal go używają. To tylko sposób na promowanie czegoś, co zaraz stanie się popularne. Ale to wszystko znajduje się w sferze popu. To nie jest underground. Moim zdaniem underground upadł w erze Lil Peepa i SoundClouda – kiedy Lil Uzi Vert i inni raperzy stali się popularni, wyszli z tej sceny i stali się gwiazdami rocka, rapu, popu, czy jakkolwiek to nazwać.
Oczywiście istnieje prawdziwy underground, jak na przykład facet, który od 30 lat gra w Berghainie muzykę noise. Ale underground, o którym konkretnie mówisz, jeśli chodzi o gatunek i sposób, w jaki ludzie na niego patrzą, nie jest undergroundem. Powiedzenie czegoś takiego spotka się z dużą krytyką, ale myślę, że byliśmy jedyną prawdziwą undergroundową grupą. Stworzyliśmy specyficzne brzmienie, które przyciągało ludzi, pomagało je budować i propagować w sposób, w jaki my nie byliśmy w stanie. „Przypływ podnosi wszystkie łodzie”. Tak właśnie się stało.
Gdy tylko The Dare stworzył „Girls”, undergroundowy aspekt tego wszystkiego zniknął. W tym momencie przestało to być undergroundowe, a stało się popową muzyką. Miliony dolarów są wydawane na kontrakty płytowe. Aczkolwiek nie na nasz kontrakt. Esdeekid ma deal warty 30 milionów dolarów i rapuje z Chalametem. To nie jest underground. Teraz wszystko jest wszystkim. Ciekawie jest obserwować, jak to się dzieje, ale uważam, że underground nie może być napędzany pieniędzmi. Nie twierdzę, że sami artyści są motywowani pieniędzmi, ale wokół tej sceny krąży ogromna ilość pieniędzy. Dlatego nie można tego już naprawdę uznać za underground. To tak jak wtedy, gdy skateboarding trafił do Zumiez. Kiedy to się stało, nie było to już coś fajnego i wywrotowego. Tak właśnie wygląda obecnie ta kultura.
„Riviera” jest mniej eksperymentalna niż wasze wcześniejsze projekty. Jest spokojniejsza, utwory są bardziej spójne. W jednym z wywiadów powiedzieliście, że jest to wasz najbardziej dojrzały projekt do tej pory. Czy dotyczy to również waszego życia?
Noah: Myślę, że zostało to źle zrozumiane, ponieważ w naszych głowach „Riviera” jest naszym najbardziej eksperymentalnym albumem. Po raz pierwszy udało nam się powstrzymać. Bardzo łatwo przychodzi nam bycie głupimi, tworzenie dźwięków i nakładanie ich na siebie. Jednak umiejętność tworzenia piosenek, które nie są chaotyczne, które mają spójność i pewien rodzaj narracji – to jest eksperymentalne w kanonie The Hellp.
Chandler: Noah i ja jesteśmy dość zabawnymi ludźmi. Ale nie sądzę, żebyśmy stali się mniej dojrzali w ciągu ostatniego roku. Nie sądzę też, żebyśmy stali się bardziej dorośli, co jest fajne. W tym życiu jest coś ekscytującego, ponieważ do pewnego stopnia jesteśmy nagradzani za pozostawanie niedojrzałymi. To zabawne. W pewnym sensie się tego trzymamy, taka jest rzeczywistość. Ale kiedy nadchodzi czas pracy, to się za nią zabieramy. Musimy skończyć płytę i jest to dla nas święte. Traktujemy te rzeczy z wielkim szacunkiem. Potem, w życiu prywatnym, prawdopodobnie nie prowadzimy się zbyt dobrze, imprezujemy do czwartej rano i podejmujemy zabawne decyzje. Tyle mogę powiedzieć.
Czy po dziesięciu latach na scenie, rosnąca popularność zaczęła wydawać się czymś normalnym? Przyzwyczailiście się do widoczności, która się z tym wiąże?
Noah: Szczerze mówiąc, z całą powagą twierdzę, że w latach 2017 i 2018 czułem się znacznie bardziej sławny niż teraz. Wtedy myślałem, że być może jestem reinkarnacją Jezusa Chrystusa. Cokolwiek to jest, teraz tego nie czuję. Czuję się znacznie mniej popularny niż wtedy.
Chandler: Noah i ja mamy ogromne szczęście do nieodnoszenia sukcesu przez ostatnie dziesięć lat. Przez cały ten czas byliśmy spłukani i cierpieliśmy. Myślę, że wszystko działo się bardzo, bardzo powoli i było relatywne z naszym istnieniem. Nie jest to więc nic szalonego. Myślę, że udało nam się bardzo skutecznie przystosować do każdego rozdziału naszego życia. Nie było żadnych szalonych, gwałtownych zmian, które sprawiałyby, że czulibyśmy się niekomfortowo lub nie wiedzielibyśmy, jak sobie z nimi poradzić. Myślę, że to właśnie pomogło nam nie stracić głowy w ostatniej dekadzie.

Oboje wychowaliście się w małych miejscowościach. Jak wasze pochodzenie wpłynęło na wasze podejście do muzyki i sztuki w ogóle?
Noah: Zawsze czułem się jakbym walczył przeciwko wszystkiemu. Nienawidziłem wszystkich wokół mnie. Byłem bardzo samotny, zdesperowany, miałem coś do udowodnienia. W tamtym momencie jedynym źródłem informacji był dla mnie internet. Do 19 lub 20 roku życia widziałem może jeden koncert na żywo. Nie miałem żadnego doświadczenia z koncertami. Było to po prostu desperackie pragnienie i potrzeba udowodnienia czegoś w konkretny sposób. Może nie powinienem był nawet próbować, bo nie jestem muzykiem. Ale z jakiegoś powodu chciałem pokazać, że potrafię to zrobić. Że mogę mieć fajny zespół, wpływać na muzykę i kierować kulturą w określony sposób.
Tworzenie muzyki już na tamtym etapie wpłynęło na „Rivierę”. Cała koncepcja opiera się na idei hiper-Americany, amerykańskiej riwierze. To uczucie samotności w wielkiej metropolii, nawet gdy jesteś otoczony ludźmi. Wiele osób odczuwa to w miastach, ale dla nas wynikało to z faktu, że pochodziliśmy z małych miejscowości. To nas ukształtowało. Tak więc płyta opiera się na tych samych emocjach, które odczuwałem w 2016 roku, będąc na odludziu w Kolorado, tylko że teraz w większym mieście.
Kiedy przeprowadziłem się z Kolorado do Los Angeles, wszystkie te uczucia połączyły się w coś nowego, ale nadal były zakorzenione w tej bardziej tradycyjnej, niemal młodzieńczej izolacji, w której dorastałem. Jeśli nagramy kolejną płytę, co prawdopodobnie zrobimy, jestem zainteresowany zmianą tego emocjonalnego podłoża. Może nagrywamy gdzieś w nieznanym miejscu. Przeniesienie się z Kolorado do Los Angeles miało konkretne znaczenie. Ale gdybyśmy nagrywali płytę w Nowym Jorku, miejscu, do którego przyjeżdżamy od lat, miałaby ona zupełnie inną energię. Muzyka mogłaby brzmieć zupełnie inaczej, ponieważ proces jej powstawania byłby inny.
Wkrótce rozpoczniecie europejską trasę koncertową w Warszawie. Lubicie być w trasie?
Noah: Chandler lubi to trochę bardziej niż ja. Byłbym kłamcą, gdybym powiedział, że w pewnym sensie mi się to nie podoba. Ciekawie jest zobaczyć świat. Kochamy Polskę. W zeszłym roku byliśmy w Krakowie. Odwiedziliśmy bardzo interesujące miejsce kultu religijnego. Było tam miejsce pamięci Jana Pawła II. To było wyjątkowe doświadczenie. Stare miasto było naprawdę ładne. Polska jest świetnym krajem. Fajnie jest jeździć w trasę, ale nie lubię koncertów. Są w porządku, ale cały czas czuję się okropnie. Złe zdrowie – po części to moja wina, po części to wina Boga. Chandler jest trochę bardziej wytrzymały, jeśli o to chodzi. Potrafi się obudzić, dostosować i zrobić to, co trzeba.
Chandler: To prawda. Dla mnie najfajniejsze w trasie jest to, że mogę siedzieć w vanie przez osiem godzin, śmiać się, opowiadać żarty, palić zioło i robić inne tego typu rzeczy. Fajnie jest poznawać nowych ludzi i zwiedzać fajne miasta. Zwłaszcza w Europie, bo nie miałem okazji pojechania do Europy, dopóki nie skończyłem 27 lat. Spotykanie przypadkowych dzieciaków 7000 mil stąd, których poruszyło coś, co robi dwóch przypadkowych gości, jest szczerze mówiąc dość ekscytujące. Kochamy Polskę. Bardzo się cieszę, że tam wrócimy.
![„Jesteśmy odpowiedzialni za najgorszą piosenkę XXI wieku” – rozmawiamy z zespołem The Hellp [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_7_02ee465ffb.jpg&w=1920&q=80)