Jakub Józef Orliński: „Z wiekiem dociera do ciebie, że czas to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie możesz komuś ofiarować” [WYWIAD]

09-01-202616 min czytania
Jakub Józef Orliński: „Z wiekiem dociera do ciebie, że czas to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie możesz komuś ofiarować” [WYWIAD]
fot. Miko Marczuk
Czy da się słuchać muzyki klasycznej bez presji etykiety i określonego zachowania? Na pewno można iść na pewne ustępstwa, czego dowodem jest Jakub Józef Orliński i jego działalność. Śpiewak, kontratenor oraz b-boy popularyzuje klasyczne dźwięki w zupełnie nowej odsłonie na całym świecie. Powołał ku temu nawet festiwal. Przekracza granice ogólnie przyjętych norm, jednocześnie pozostając oddanym miłośnikiem klasyki. Porozmawialiśmy o muzyce, a także o bliskości innych osób, krytyce, współpracy z Quebonafide, zaangażowaniu i pracy u podstaw.
materiał pochodzi z numeru K MAG 125 Solaris, tekst: Dominika Sitnicka
Panie dyrektorze…
I to jest godne rozpoczęcie rozmowy.
Ostatnio rozmawialiśmy na kilka tygodni przed sierpniowym Break in Classic. Jak się udał festiwal, panie dyrektorze?
Było genialnie. Naprawdę, absolutnie genialnie. To nie to, że ktoś nagle mianował mnie dyrektorem znanego miejsca, instytucji czy festiwalu mającego swoją historię. Razem z Aleksandrem Dębiczem i naszym zarządem, Martą Szymańską i Pawłem Szumnym, stworzyliśmy Break in Classic od podstaw w zupełnie nowym miejscu. Obserwowanie, jak ożywa, było czymś wyjątkowym. Myślę, że mało kto wcześniej wiedział, że istnieje coś takiego jak Muzeum Wnętrz w Otwocku Wielkim. Na pewno nie wskazywały na to statystyki odwiedzin. Powiem zawstydzającą rzecz – ja sam nie wiedziałem, że to miejsce istnieje. Tym przyjemniej było je rozbudzać i patrzeć, jak rozchodząca się wieść o festiwalu w muzeum przyciąga odwiedzających przestrzeń.
fot. Miko Marczukfot. Miko Marczuk
A w czasie festiwalu?
Frekwencja wyszła świetna, choć obawialiśmy się, czy zdołamy zainteresować ludzi wydarzeniem w tak krótkim czasie. Nie wiem, czy pamiętasz, ale zielone światło na powołanie Break in Classic dostaliśmy dopiero pod koniec maja, więc sprzedaż biletów wraz z oficjalną informacją ruszyły w czerwcu. W przypadku festiwalu muzyki klasycznej półtora czy dwa miesiące na organizację i promocję to bardzo mało czasu.
Z jednej strony tak, choć z drugiej – z twoimi zasięgami i wszechobecnością w mediach można było się spodziewać, że uda się je rozpromować.
Poniekąd tak, ale musieliśmy brać pod uwagę, że w wakacje odbywa się masa festiwali filmowych, teatralnych, klasycznych, popowych… Mamy Męskie Granie, Zorzę, Letnie Brzmienia, by wymienić kilka. Poza tym takie imprezy i wyjazdy często planuje się z wyprzedzeniem. Nasza publiczność – moja i Alka – jest szeroka, bo staramy się ją poszerzać, nie ograniczamy się jedynie do muzyki klasycznej. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak festiwal wypadł medialnie. Dostaliśmy masę pozytywnych komentarzy na temat wizuali, identyfikacji graficznej, filmów promocyjnych czy flagowej sesji zdjęciowej – zarówno w social mediach, jak i w mediach tradycyjnych. Wciąż otrzymujemy wiadomości na maila administracyjnego z pytaniami o drugą edycję i jej daty. Pierwsza odsłona się udała, sponsorzy są zadowoleni i wciąż chcą z nami działać. Mnóstwo osób zgłasza chęć współpracy, to bardzo budujące.
Chcesz powiedzieć, że będzie kolejna edycja Break in Classic i znowu będziesz dyrektorem artystycznym?
Nie wiem, ile mogę zdradzić, ale od początku budowaliśmy ten festiwal z myślą o stworzeniu wieloletniej tradycji. Zakładaliśmy też, że nie zlecimy ze stołka po debiucie, więc wciąż można się do nas zwracać per „dyrektorzy”. Jeśli druga edycja się odbędzie, to na pewno z nami w tej roli. Mamy masę pomysłów i chcemy rozwijać ten festiwal.
Czyje występy zrobiły na tobie największe wrażenie?
Absolutnie magiczny był koncert Eliny Duni i Roba Lufta, duetu jazzowego. Stworzyli coś niesamowitego – klimat klubowy na zewnątrz, w dodatku ciepły i otulający. Wielki plac otoczony drzewami zamienił się w salę koncertową. Także koncert Davida Bergmüllera i Davida Orlowskiego zrobił wrażenie, obaj totalnie odpięli wrotki. Fascynująco oglądało się to wszystko z boku, bo jako dyrektor cały czas biegałem, prowadziłem rozmowy, wywiady, konferansjerkę i rzadko miałem okazję stanąć po stronie publiczności. Jednak obserwując reakcje ludzi – na grającą i śpiewającą Lucie Horsch czy Aphrodite Patoulidou – dało się stwierdzić, że koncerty mają w sobie coś wyjątkowego i idealnie wpisują się w ideę festiwalu, by nie bać się flirtu z innymi gatunkami i pokazywać muzykę klasyczną trochę inaczej. Takich artystów na świecie jest niewielu, więc bardzo nas cieszy, że udało się ich zaprosić. Zachęcaliśmy ich też do zostania dłużej; żeby nie było tak, że przyjeżdżają, robią próbę dźwięku, grają koncert i jadą dalej. Zależało nam, by zobaczyli Warszawę, doświadczyli tego wszystkiego. Dla wielu z nich była to pierwsza wizyta w Polsce, często nawet w tej części Europy.
fot. Miko Marczukfot. Miko Marczuk
Jak udało ci się ogarnąć organizację takiego przedsięwzięcia, gdy sam koncertujesz i masz mnóstwo innych spraw?
Tak naprawdę zaczęliśmy budować festiwal już w styczniu. Wszystko mieliśmy wstępnie poukładane – pomysły, sesję zdjęciową, wideo; wysłaliśmy zaproszenia artystom, choć nie mogliśmy jeszcze potwierdzić terminu na sto procent. I ogromne dzięki im za to, że trzymali dla nas daty. Tak naprawdę jednak większość pracy odbywała się online, w trakcie spotkań na Zoomie, Google Meets, często późno w nocy z uwagi na ciągłe rozjazdy – raz byłem w Zurychu, kiedy indziej w Genewie. Aleksander też jeździł z koncertów na nagrania, więc w Warszawie widywaliśmy się rzadko. Stworzyliśmy grupę na WhatsApp, gdzie wymienialiśmy się na szybko pomysłami i mailami. Pracy było naprawdę dużo. Bardzo fajnej, kreatywnej pracy. Do tego dochodziły sprawy techniczne – okazało się na przykład, że gdy włączy się latarnie po prawej stronie parku, lewe skrzydło pałacu nie działa. Nie wszędzie dochodził prąd lub woda albo ciężarówki z elementami sceny nie mogły wjechać ze względu na ograniczenie tonażu mostu.
Bałeś się, że skończy się jak Fyre Festival?
Trochę tak, ponieważ wyniknęła masa kwestii infrastrukturalnych, z którymi trzeba było się zmierzyć. Jak ta, że teren festiwalu znajduje się w czerwonej strefie i… nie ma tam zasięgu.
Czyli nie da się wrzucać relacji na Instagram.
Tego się baliśmy, choć ostatecznie relacji były miliony. Mieliśmy też Silent Disco. Uwielbiam Silent Disco, więc gdy Alek je zaproponował, z miejsca poparłem ten pomysł, mimo obaw, że nikt nie zostanie. Koniec końców przed napisem „Break in Classic” tańczyły tłumy – od sześciolatków po osiemdziesięciolatków. Po trzech koncertach wszyscy bawili się przed pałacem, DJ grał z balkonu, ludzie rozmawiali, robili zdjęcia, a my tańczyliśmy z nimi. To było cudowne zakończenie każdego dnia.
Break in Classic to popularyzowanie muzyki klasycznej? „Baby steps” dla ludzi spoza środowiska?
Absolutnie tak. To sens tego festiwalu, by nie pokazywać muzyki popowej czy jazzowej, tylko klasyczną na najwyższym poziomie, ale w inny sposób. Koncerty odbywają się na zewnątrz, więc znika bariera wejścia do filharmonii, presja, że trzeba się jakoś ubrać, znać zasady. Chcieliśmy stworzyć atmosferę piknikową, nie obniżając poziomu sztuki. Wspomniana Lucie Horsch tworzy w ramach klasyki, ale jest tak charyzmatyczna i wszechstronna, że przyciąga różnorodną publikę. Cudownie było zobaczyć rodziny, dzieci, pary na randkach, studentki w hamakach. Dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy: ludzie słuchali muzyki i odpoczywali.
Takie inicjatywy wypełniają jakąś lukę edukacyjną? Ludzie często czują dystans wobec muzyki klasycznej, traktują ją jako coś niedostępnego.
Zdecydowanie. Ludzie idą do kina na film, po czym chętnie dzielą się swoją opinią, mają potrzebę uzewnętrznienia się, nawet jeśli nie posiadają rozległej wiedzy o tej sztuce. Z muzyką klasyczną tak nie jest. Wielu boi się, że „się nie zna”, krępuje ich ta cała otoczka. A przecież nie trzeba znać wszystkich nut, by coś poczuć. Często po koncercie ktoś podchodzi i mówi: „Ja to się na muzyce nie znam, ale…”, i to „ale” jest najważniejsze. Liczy się, co czujesz, co ci się podobało, co w tobie obudziło emocje. Jeśli coś obudziło – to już sukces. Chcemy pokazać, że choć muzyka klasyczna jest skomplikowana, nie ma trudności w jej odbiorze. Jeżdżąc po świecie, widzę też, że takich inicjatyw jest mało. Nikogo nie dziwi, że na dużych festiwalach, takich jak Orange Warsaw Festival czy Open’er, znajduje się kilka scen (hip-hopowa, house’owa…), są koncerty rockowe, popowe, alternatywne. W świecie muzyki klasycznej to wygląda inaczej. Czasem nawet fakt, że koncert odbywa się na zewnątrz, tak jak u nas, w luźnej atmosferze, a nie w sali koncertowej, wywołuje poruszenie i pytania: „Ale jak to?”.
fot. Miko Marczukfot. Miko Marczuk
Jak sobie radzisz z krytyką?
Trzeba mieć świadomość, że w internecie jest i miłość, i hejt. Ja po prostu robię swoje. Nigdy nie zdarzyło mi się zmienić pomysłu po przeczytaniu komentarzy w sieci. Mam grupę zaufanych osób, z którymi konsultuję różne rzeczy, i to one mają wpływ na moje decyzje. Komentarze na YouTubie, Instagramie czy TikToku mnie nie ruszają, bo czemu miałbym brać do siebie słowa na mój temat od kogoś, kto mnie zupełnie nie zna? Tu, gdzie jestem, doszedłem dzięki intuicji i pracy z moim zespołem.
Mówisz o komentarzach mniej lub bardziej przypadkowych ludzi w internecie. A jeśli chodzi o środowisko muzyczne? Nie mierzyłeś się nigdy z krytyką z tej strony?
Zdarzały się takie historie. „Ruch Muzyczny”, pismo uznawane za poważne, kiedyś mnie skrytykowało i w sumie nie byłoby w tym nic złego, bo każdy ma prawo do swojej opinii, ale według mnie chodziło o to, by artykuł dobrze się klikał. Zaangażowano specjalistkę, która przeanalizowała mój udział w filmie promującym „Maestro” na platformie Netflix, i opublikowano tekst. Tym udziałem był żartobliwy, humorystyczny klip o tym, jak można, a jak nie można się zachowywać w filharmonii. Większość zrozumiała żart, ale niektórzy potraktowali go śmiertelnie poważnie i zrobiła się afera. Jak mam się przejmować ludźmi z branży, skoro potrafią obrazić się o coś takiego? W takich sytuacjach zawsze przypomina mi się złota myśl mojego mentora: „Nieważne, co mówią, ważne, że mówią”.
Czyli krytyka branżowa też cię nie rusza?
Nie. Nie mam nawet trzydziestu pięciu lat, wiem, że mogę się jeszcze wiele nauczyć i zaskoczyć samego siebie.
W jaką stronę chcesz się rozwijać? Dyrektorską, artystyczną czy wokalną?
W każdą. Mam mnóstwo pomysłów – w komputerze, w notesie, wszędzie. Pracuję nad głosem, bo to nadal mój główny instrument, mam pomysły na płyty, na rozwój formy festiwalowej, na wideoklipy i krótkie formy wideo. Poza tym współpracuję z magazynami – jak teraz z K MAG-iem, gdzie udało się zrobić sesję okładkową. Bardzo lubię takie rzeczy. Zależy mi, aby wszystko robić najlepiej, jak potrafię. Ostatnio często współpracuję z Michałem Gerlachem, reżyserem ruchu. Zrobiliśmy reklamówkę dla BMW, zatrudniłem go też do sesji w K MAG-u. Działam na tym polu już dość długo i dbam o swój wizerunek, a osoby takie jak Michał pomagają mi utrzymać wszystko w ryzach. Dzięki nim jestem zadowolony i nie wychodzi tak, że pojawiam się na planie zdjęciowym, robię swoje, spadam i cześć. To ważne, by otaczać się kreatywnymi osobami, które wspierają twoje pomysły i szaleństwa.
Przez całą jesień koncertowaliście z „#LetsBaRock”.
Mieliśmy bardzo intensywną trasę. W zeszłym roku zrealizowaliśmy pierwszy tour, zaczynając koncertem w Amsterdamie. Potem przyszła Filharmonia Berlińska, dwanaście koncertów w Polsce w największych salach. Było super, więc stwierdziliśmy, że warto pójść dalej – w Europę. Zaczęliśmy w Helsinkach, potem przyszedł Sztokholm, Wilno, Luksemburg, Antwerpia, Wiedeń, Kolonia, skończyliśmy w Paryżu. Graliśmy w legendarnej sali Olympia! To było naprawdę wyjątkowe doświadczenie. W tych filharmoniach na co dzień słychać symfonie albo koncertowe wersje oper, a my wjechaliśmy z amplifikowanym, barokowo-popowym materiałem.
Widziałam fragmenty koncertu. Nie tylko śpiewasz, ale i tańczysz, co chyba wymaga od ciebie jakiejś rutyny w rodzaju gwiazd pop?
Każdy występ jest wymagający fizycznie, nawet gdy się stoi w miejscu. Czasami recitale męczą bardziej niż duże show, dwugodzinne koncerty z samym fortepianem wymagają ogromnej siły i skupienia, a „#LetsBaRock” to zupełnie inna bajka. To trasa popowo wyprodukowana, nagłośniona, z całym setupem. Za każdym razem nowe miejsce, często nieprzystosowane, więc samo rozstawienie sprzętu trwa godzinami. W muzyce klasycznej wchodzisz na scenę, stoi fortepian, światło ustawia się w piętnaście minut i grasz, a tutaj to nieraz pięć, sześć godzin przygotowań. Cały backline, chórki z taśmy, własny inżynier dźwięku… No i te reakcje! W wiedeńskim Konzerthausie spodziewałem się stonowanej publiczności, a tam po pierwszym utworze już ogień! Wspaniałe uczucie.
fot. Miko Marczukfot. Miko Marczuk
Wystąpiłeś też na koncercie Quebonafide. Jak do tego doszło? I dlaczego śpiewałeś akurat „Espresso Macchiato”?
Ta historia – jak wszystko z Quebo – jest totalnie szalona. Dwa lata temu napisał do mnie: „Słuchaj, siedzę z Kubą Więckiem, fajnie by było, jakbyś wpadł do studia”. Akurat byłem w Warszawie, więc wpadłem i posłuchałem. Wszedłem na chwilę, nagrałem jakby chór, parę ścieżek, nałożyliśmy to i… dwa lata później wyszło na płycie jako intro „Północ-Południe”. W międzyczasie Quebo zaprosił mnie na plan filmu do tego albumu. Nie wiedziałem, o co chodzi, po prostu przyszedłem. Z kolei kilka dni przed koncertami stadionowymi dostałem wiadomość: „Ej, może zaśpiewasz to intro na żywo?”. Odpowiedziałem: „Spoko”, po czym Kuba dodał: „Tommy Cash może zaśpiewać swoje »Espresso Macchiato« tylko pierwszego dnia, drugiego nie. Może ty chcesz?”. Poprosiłem, żeby mi pokazał, o co chodzi, nie znałem nawet tej piosenki! Przesłuchałem, stwierdziłem, że mogę to zrobić po swojemu – i zrobiliśmy. Myślę, że te koncerty Quebo były w jakimś sensie historyczne. Dwukrotnie wyprzedał PGE Narodowy, zrobił ogromne show z gigantyczną liczbą gości. To było widowisko, coś więcej niż koncert. Ze mną też zostanie to wspomnienie, gdy sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi na stadionie śpiewało razem „Espresso Macchiato”. W muzyce klasycznej trudno o takie chwile.
Przed jaką największą publicznością występowałeś?
Nie chcę się przechwalać, ale podczas Święta Bastylii w Paryżu pod wieżą Eiffla stało chyba z pół miliona ludzi. Prawdziwe morze głów. Natomiast ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich, w której miałem okazję brać udział, oglądały dwadzieścia dwa miliony widzów. Poza tym chciałbym kiedyś zobaczyć na PGE Narodowym koncert muzyki stricte klasycznej. Albo nawet w nim zaśpiewać.
Byłeś też na koncercie Justina Timberlake’a na Narodowym. Jak wrażenia?
Świetne! Od dawna go lubię zarówno jako muzyka, jak i aktora czy komika. Koncert był prosty, bardzo dobry, byłem na nim dzięki uprzejmości BMW Polska, z którym współpracuję już od ponad pięciu lat. Siedziałem na balkonie, słuchałem, tańczyłem. Super wieczór.
Też tam byłam i mam wrażenie, że było to chyba najbardziej millenialskie wydarzenie, w jakim uczestniczyłam w 2025 roku.
Zgadzam się. Usłyszałem niedawno, że Europa jest tak atrakcyjna dla artystów typu 50 Cent, J.Lo czy Timberlake, ponieważ ludzie mają do nich sentyment i wciąż chodzą na koncerty muzyków, których słuchali w młodości. W Stanach to już nie działa tak dobrze.
Czujesz się millennialsem?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale widziałem filmik o tym pokoleniu; że dorastaliśmy bez telefonów, z jednym komputerem w domu. To dokładnie moje doświadczenie. Zresztą często odpalam tryb samolotowy i się odcinam. W dzisiejszych czasach jesteśmy stale dostępni, szczególnie freelancerzy, a przez to łatwo się uzależnić, przebodźcować, stracić koncentrację. Trzeba umieć się odłączyć, żeby nie zwariować.
Przy takim tempie życia musisz mieć żelazną dyscyplinę. Jak dbasz o siebie?
Najważniejsze to znać siebie. Ciągle analizuję, jak reaguję na różne rzeczy: jedzenie, stres, emocje, podróże. To pomaga mi zachować zdrowie psychiczne i fizyczne. Kiedy masz pozytywne nastawienie, nic cię nie złamie, ale gdy zaczynasz mieć dość i się poddajesz – wszystko się sypie. Dla mnie podstawą jest rodzina, to mój grunt. No i dbanie o ciało, zdrowe jedzenie, odpoczynek.
Miałeś momenty, kiedy czułeś, że wszystkiego już za wiele?
O tak, mnóstwo razy. Ostatnio cztery dni temu. Mieliśmy genialną, ale wykańczającą trasę. Wróciłem do Warszawy na sesję do K MAG-a, zaraz potem Londyn i „In Tune” w BBC na żywo. Następnego dnia recital z nowym programem, potem kolejny z innym, nagrania, podróże, wideoklip, koncerty… Dziesięć dni bez przerwy. W końcu odwołałem lot, bo po prostu nie dałem rady. I to był moment, kiedy myślisz: „Mam dość, rezygnuję ze wszystkiego”, ale takie chwile też są potrzebne. Dzięki nim uczysz się siebie, sprawdzasz, co doprowadza cię do ściany, a co pomaga wyjść z dołka.
Korzystasz z pomocy terapeutów?
Uważam, że jest bardzo potrzebna. Jak sportowcy mają psychologów, tak artyści też powinni. Na razie nie mam, bo logistycznie trudno to ogarnąć, ale pewnie w końcu to się zmieni.
A przyjaźnie? Masz czas je pielęgnować?
To trudne, ale staram się. Czasem wystarczy wysłać mema czy głosówkę i to podtrzymuje relację. Mam takich przyjaciół, jak mój słowacki braticzek z Berlina. Czasem nie gadamy dwa tygodnie, a potem non stop. Spotykamy się przy okazji koncertów albo specjalnie się odwiedzamy. Z wiekiem dociera do ciebie, że czas to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie możesz komuś ofiarować.
Z zewnątrz twoje życie wygląda tak, jakby wszystko ci się udawało. Doświadczyłeś porażki?
Przecież cała moja historia to pasmo porażek! Nie dostałem się na żadną uczelnię, wszystko musiałem wywalczyć. I nadal walczę – o projekty, o wsparcie, o możliwości. Ludziom się wydaje, że jak masz menedżera albo wytwórnię, to wszystko załatwione. Nic podobnego. Trzeba non stop walczyć o swoje, ale dzięki temu sukces smakuje lepiej.
Czy z perspektywy czasu coś byś zmienił?
Może tylko powiedziałbym sobie, że nie warto się tak przejmować. Na początku wszystko brałem do siebie. Teraz mam więcej doświadczenia i pewności siebie. Niczego bym nie zmienił, wszystko potoczyło się tak, jak miało się potoczyć. Nawet porażki prowadziły do nowych rzeczy.
Jakie są twoje najbliższe plany artystyczne?
Jutro lecę do Meksyku na festiwal, potem Montreal z Michałem Bielem, uwielbiam to miasto. W grudniu „Mesjasz” w Filadelfii, w styczniu produkcja „Semele” w Amsterdamie i mój debiut w tamtejszej operze. W lutym duża trasa „Giulio Cesare” z Il Pomo d’Oro (Madryt, Wiedeń, Warszawa… dwanaście koncertów). Już nie mogę się doczekać.
Jakub Józef Orliński – kontratenor i b-boy urodzony w 1990 roku w Warszawie. W 2018 roku „The Telegraph” wyróżniło go jako jednego z dziesięciu najbardziej czarujących artystów operowych świata. „New Yorker” nazwał go „Justinem Timberlake’em opery”. Laureat wielu konkursów i nagród, w tym: Opus Klassic, Gramophone Classical Music Awards, Fryderyk, Paszport, Koryfeusz Muzyki Polskiej, O!Lśnienia. W 2024 roku otrzymał Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Wydał osiem albumów, między innymi „#LetsBaRock”, „Orfeo & Euridice”, „Beyond”, Farewells”. W marcu 2026 ukaże się kolejny – w wytwórni Warner Classics.
foto i dyrekcja artystyczna photo & art direction Miko Marczuk
stylizacja styling Marysia Duda
makijaż makeup Cincior / ART FACES
włosy hair Anastasiya Mateychik
modelka model Sara Chybalska / Selective Management
reżyser ruchu movement director Michał Gerlach
scenografia set design Eleonora Rogińska
produkcja production Miko Marczuk, Karolina Bordo
asystenci fotografa photographer’s assistants Jan Suchorab, Hubert Kalisz, Jacek Walasek
podziękowania dla special thanks to Daylight Studio (daylight.pl)
FacebookInstagramTikTokX