Na wschodzie Polski, w małych wioskach rozsianych przy granicy z Białorusią, do dziś słuchy chodzą o strażniczkach mistycznego uzdrowicielstwa, które leczą szeptem, modlitwą i rozgrzanym woskiem.
Dla jednych szeptuchy, dla innych znachorki czy babki, a dla sceptyków – co najwyżej zabobonne oszustki. Nie reklamują się w sieci i nie stawiają sobie neonowych szyldów, a jednak każdy z okolic doskonale wie, do których drzwi zapukać, kiedy dziecko nie przestaje płakać, bezsenność ciągnie się kolejne noce, kurzajki nieznośnie uprzykrzają życie, a krowa mleka nie daje. Kolejki na wejściu nikogo tu nie dziwią.
Jeszcze kilkanaście lat temu trudno było znaleźć na Białostocczyźnie rodzinę, która choć raz nie korzystałaby z pomocy szeptuchy, półgłosem przyznając, że zawsze w potrzebie to jechało się jednak do babki. A potrzeby były różne – od jąkania po niegojące się rany i inne nieodgadnione schorzenia, nad którymi konwencjonalni lekarze rozkładali zrezygnowani ręce.
Mistycyzm pogranicza
Podlasie od wieków było miejscem styku przeróżnych kultur, języków i religii. Katolicyzm mieszał się tu chyżo z prawosławiem, polskość z białoruskością i ukraińskością. Właśnie w tym duchowym tyglu zachowało się jak zastygłe w bursztynie zjawisko, które w innych regionach doznało zupełnego rozproszenia – przetrwała tradycja ludowych uzdrowicielek, których praktyki sięgają prawd ukutych poza czterema kątami konfesjonału.
Szeptuchy funkcjonują gdzieś między chrześcijańską religijnością, dawnymi słowiańskimi przekonaniami, zalatującymi flirtem z pogaństwem i ludową magią natury. Same nie postrzegają siebie jako czarownice, w końcu słowo to i przeciętnemu niezainteresowanemu wybrzmiewa jak coś obraźliwego. Nie „rzucają uroków”, lecz modlą się, prosząc Boga, Bożenka dobrego, o pomoc. W końcu to jemu zawdzięczają swoje magiczne umiejętności i czują się zobligowane szerzyć tym błogosławieństwem z potrzebującymi. Dar miał być służbą, nie spieniężonym biznesem. Wierzono, że niewłaściwie wykorzystywany może zostać przez Boga odebrany.
Wybrane przez Boga
Wbrew popularnemu wyobrażeniu szeptuchy nie zawsze były pomarszczonymi jak rodzynki staruszkami owiniętymi grubą chustą. Owszem – wiele z nich dożywało sędziwego wieku, ale nauki szeptanej kuracji często przekazywano dużo wcześniej. Zdarzało się, że nastoletnie dziewczyny przejmowały praktykę po matce, babce albo starszej mentorce jeszcze za jej życia.
Ich leczniczy arsenał bardziej przypomina wyposażenie starej wiejskiej kuchni niż gabinet medyczny. Wosk pszczeli, popiół drzewny, święcona woda, lniane pakuły, owcza wełna czy kawałek chleba – każdy z tych przedmiotów ma swoje symboliczne znaczenie.
Wosk przelewa się nad głową chorego, by „odczytać” źródło przestrachu. Popiół ma ściągać chorobę i „wiatr” z ciała. Chleb przejmuje na siebie złe energie, a modlitwy wypowiadane są często w gwarze białoruskiej, ukraińskiej albo cerkiewnosłowiańskiej – liturgicznym języku prawosławia. Na Podlasiu mówi się „po prostu” albo „po swojemu”.
Oficjalne stanowisko Kościoła katolickiego i Cerkwi prawosławnej wobec szeptuch pozostaje od lat sceptyczne. Duchowni ostrzegają przed praktykami lawirującymi między religią a magią i podkreślają duchowe zagrożenia związane z podobnymi rytuałami. Paradoks polega jednak na tym, że same szeptuchy często należały do najpobożniejszych z parafianek. Nie odrzucały wiary – raczej praktykowały ją w swojej archaicznej, ludowej formie, w której modlitwa współistniała z dawnymi wyobrażeniami o naturze, duchach i „złych siłach”.
I może właśnie dlatego zjawisko to wciąż nie znika całkowicie. Bo tam, gdzie współczesność oferuje terapię, suplementy, coaching i aplikacje do medytacji mindfulness, Podlasie nadal ma swoje szepty nad wodą, woskiem i lnianą chustą.
Strażniczki dawnego świata
Szeptuch jest dziś coraz mniej. Zmienia się demografia Podlasia, wsie pustoszeją, a młodsze pokolenia coraz rzadziej chcą przejmować i uskuteczniać dawne praktyki. Szacuje się, że na całym Podlasiu zostało dziś około trzydziestu szeptuch – i liczba ta stale maleje.
Jedną z najbardziej znanych uzdrowicielek była Wiera Popławska, nazywana przez mieszkańców Panią Walą z Orli. Przez ponad pół wieku przyjmowała ludzi z całej Polski. Zmarła w 2024 roku, mając 98 lat.
Razem z takimi postaciami powoli odchodzi też świat, w którym choroby się zamawiało, uroki odczyniało kadzeniem białą szałwią, a pomocy szukało nie w Internecie, lecz na końcu wiejskiej drogi, za drewnianym płotem.


