Jest to wstrząsające i trzeźwe przypomnienie o tym, że Stany Zjednoczone to zrujnowany kraj, zbudowany na złamanych obietnicach i podtrzymywany przez sprzedaż niespełnionych marzeń. Dysonans społeczny jest tam tak silny, że nazywanie USA „krajem wolnych ludzi” okazuje się po prostu nieśmiesznym żartem. Strach zakorzeniony jest w całej tkance życia, dlatego nieuniknione poczucie strachu tak często z sukcesem przekuwane zostawało na kino. A horror rasowy był zawsze jednym z ciekawszych elementów nurtu. W celu szybkiego przypomnienia, mowa tutaj o takich produkcjach, jak kultowy „Candyman” czy „Opowieści z krypty”.
„Nie!” koncentruje się na zajmującej się końmi rodzinie Haywoodów, potomkach dżokeja, który jeździł konno w pierwszym filmie, jaki kiedykolwiek nakręcono. Tata Haywood (Keith David) stworzył lukratywny rodzinny biznes, szkolący konie do hollywoodzkich filmów. Traci on jednak życie w dziwnym wypadku przez spadające z nieba szczątki samolotu. Jego introwertyczny syn O.J. (Daniel Kaluuya) i kapryśna córka Emerald (Keke Palmer) nie nadają się do przejęcia firmy. W obliczu narastających rachunków i z widmem bankructwa na karku, rodzeństwo przekonuje się, że ich ojciec nie został zabity poprzez katastrofę samolotu, ale przez UFO. Kiedy pojawiają się kolejne dowody na istnienie pozaziemskiego obiektu, nasi bohaterowie postanawiają za wszelką cenę sfilmować to wyjątkowe zjawisko.
Sam reżyser twierdzi, że do nakręcenia najnowszego filmu zainspirowały go takie kamienie milowe współczesnego kina, jak „King Kong” oraz „Park Jurajski”. Oczywiście ten pierwszy tytuł w ustach Jordana Peela zyskuje całkiem inny wydźwięk, bo przypomnijmy sobie, że gigantyczna małpa zakuta w kajdany i przewieziona na zupełnie dla niej obcy kontynent, to prosta metafora rasizmu i niewolenia w Stanach mieszkańców Afryki. „Nie!” puszcza bezpośrednio oko do „King Konga” w retrospekcji, w której była dziecięca gwiazda „Jupe Park” (Steven Yeun), wspomina tragedię na planie sitcomu, w której oswojony szympans zbuntował się, mordując kilku aktorów.
Ale wróćmy do tego, o czym w główniej mierze mówi „Nie!”, do wymazywania wkładu osób czarnoskórych w kino. Skupiając się na celowym zapomnieniu, Peele odnosi się do dewaluacji Afroamerykanów na przestrzeni czasu. Prawdziwy horror kryje się tutaj w pytaniu „czy możemy istnieć w przyszłości, w której nie mamy historii?” Jeden z wielu sprytnych zwrotów akcji, analizuje utrzymujące się pytanie „co muszą zrobić czarnoskórzy Amerykanie, aby zyskać uznanie za pomysłowość, którą kultywowaliśmy, aby przetrwać systemowy rasizm i pozbawienie praw?”.
Przejdźmy jednak do czysto filmowych doświadczeń, jakie oferuje nam seans „Nie!”. A jest to prawdziwa perła, której monumentalności doświadczyć możemy tylko i wyłącznie w kinie. Wszyscy, którzy preferują oglądanie filmów pod kocem z macbookiem na kolanach nie poczują w pełni wizji, jaką chciał się z nami podzielić artysta. Wielkie, bezkresne pejzaże kalifornijskich dolin, których jałowa żółć kontrastuje z kiczowatymi, kolorowymi elementami dekoracji parku rozrywki to widok, który zapisze się w waszej estetycznej pamięci na zawsze.
Keke Palmer jest w pełni „do kupienia” jako energiczna Emerald Haywood i doskonale współgra z dyskretną intensywnością Daniela Kaluuyi. Kaluuya i Palmer mogliby być jedynymi członkami obsady, a ten film byłby cholernie dobry. Steven Yeun i Brandon Perea dopełniają główną obsadę i podsuwają „frapujący i dziwny” element, który jest życiodajną krwią Peele’a. Tak, jeśli wybieracie się na „Nie!” jako na kolejny, letni horror, to nie będziecie zawiedzeni. Film bowiem od pierwszych minut potrafi z gracją trzymać nas za gardło, rzucając przed nasze oczy wiele tropów uwydatniających miłość do kina grozy. Zajdzie się nawet miejsce dla kilku bardzo intensywnych scen, w których napięcie nagle eksploduje feerią kakofonicznych dźwięków i dość brutalnych obrazów.
W porównaniu do wspomnianego „Uciekaj!” czy uwielbianego przeze mnie „To my”, trzeci film Jordana Peela wydaje się paradoksalnie najmniej zaangażowanym, a widz przez zdecydowanie ponad połowę ekranowego czasu, pozostaje totalnie zdezorientowany. Jednak uwierzcie mi, wystarczy tylko odrobina szczerego uczucia do kina, aby zachwycić się zmieniającym gatunek filmem, który pozostawi niezapomniane piętno na czymś, o czym myśleliśmy, że znamy tak dobrze. „Nie!” na pierwszy rzut oka suche i płaskie jak użyte w nim plenery, z biegiem czasu plądruje terytoria społeczno-polityczne, nigdy nie dając Ci o tym znać. Liczba rzeczy, którą możemy wyciągnąć z tego filmu, mogłaby wypełnić książkę do historii, która z pewnością zostałaby zakazana w polskich liceach.
tekst: Oskar Dziki /Wild Weekly/