Alex Ross Perry („Do Ciebie Philipie”, „Złote Wyjście”) to twórca, który zdążył już nas przyzwyczaić do pokazywania na ekranie postaci, które niekoniecznie da się lubić. Nic jednak w filmografii reżysera nie przygotowuje na uderzenie tak mocne, jak „Her Smell” - rozegrana w czasie rzeczywistym, w pięciu długich aktach, punkowa psychodrama. Obraz implozji gwiazdy rockowego girlsbandu, która zdaje się mieć misję zniszczenia wszystkiego, co ją otacza. Film, który wygląda tak, jakby Gaspar Noe nakręcił biografię Courtney Love. Jeśli powyższy opis wydaje się zachęcający, „Her Smell” może Was zachwycić.
Her Smell to nazwa knajpy, w której ostatni koncert trasy gra punkowe trio Something She. Wokalistka Becky (Elisabeth Moss znana z "Top of the Lake" i "Opowieści podręcznej") wraz z perkusitką Ali (znana z „GLOW” Gayle Rankin) i basistką Mari (Agyness Deyn) świętują – leje się alkohol, na każdym stole leżą (chętnie wciągane) narkotyki. Za kulisami pojawia się również były partner Becky – Danny (Dan Stevens) wraz z malutką córką wokalistki oraz koleżanka po fachu Zelda (Amber Heard), która proponuje dziewczynom wspólną trasę. Widzimy stopniowe szaleństwo Becky, podbijane tylko zażywanymi narkotykami i alkoholem. Becky „odjeżdża”, na zmianę będąc w stanie euforii i skrajnej agresji. To oszałamiający, przytłaczający i na swój sposób odrzucający początek, po którym wiemy, że to nie może skończyć się dobrze. A to dopiero pierwszy z pięciu aktów filmu. Wkrótce zobaczymy, jak Becky sięga dna, a następnie próbuje postać z popiołów.
Becky Something to rola, w której Moss nie bierze jeńców. Skrajnie inna od tych, w których zwykliśmy oglądać aktorkę w „Opowieści podręcznej” czy „Mad Men”. Każdy manieryzm jest tu podkręcony do prawie nieznośnego poziomu. Becky to wiedźma, matka, gwiazda, wariatka, potwór, artystka i szamanka w jednym. Moss tworzy postać, której jednocześnie nienawidzimy i współczujemy, która mimo iż jest odpychająca, ciągle ma w sobie „ to coś”. To brawurowa kreacja, która mogłaby przynieść aktorce wiele nagród, gdyby film miał większy potencjał komercyjny.
Przy 135 minutach nie jest to niestety obraz pozbawiony wad. Prawie każdy z pięciu epizodów mógłby zyskać na lekkim przycięciu, zwłaszcza mniej więcej w środku filmu, gdy tempo nieco spada. Również sceny koncertowe nie oszałamiają - nie czuć punkowej energii zespołu, a wokal Moss nie przekonuje. Dopiero fenomenalna, kameralna scena, w której śpiewa przy fortepianie cover Bryana Adamsa pokazuje magię Becky, która może przyciągnąć do siebie wszystkie te postacie-satelity, które mimo doznanych krzywd, wciąż wokół niej krążą.
„Her Smell” to film nieprzyjemny, który podzieli publiczność. Stanowi jakby rewers tegorocznego filmu otwarcia American Film Festival - "Narodziny gwiazdy". Tylko o ile Lady Gaga pokazuje widzom narodziny gwiazdy, o tyle Elisabeth Moss pokazuje gwiazdy śmierć. Śmierć poprzedzoną agonią, ale i swoistym katharsis. Piękna to katastrofa i jak od wielu katastrof, tak i od tej ciężko odwrócić wzrok.