Reżyser sięga po Snapchata i humor, by pokazać dramat Europy
Każdy kolejny film Hanekego to wielkie wydarzenie w świecie kina. Nie inaczej jest w przypadku "Happy End". Gdy reżyser zapowiedział, że dotnie w nim tematu kryzysu migracyjnego i ukaże bolączki współczesnej Europy, wielu oczekiwało, że mistrz wskaże drogę wyjścia z impasu, a przynajmniej wstrząśnie nami i obudzi sumienia. Haneke, być może z przekory, wybrał inną drogę. Przywołał wątki poruszane w swoich poprzednich dziełach, ponownie poddał je chłodnej analizie, ale zamiast rozwiązań, pokazał obraz upadku, marazmu i beznadziei. A wszystko to okrasił niespotykaną dotąd u niego porcją humoru. Skoro jest tak źle, to chociaż się pośmiejmy.
Choć kino Hanekego zwykle można rozpoznać "po jednym kadrze", w "Happy End" poczujemy się początkowo zdezorientowani. Cały obraz przypomina ujęcie z aplikacji w rodzaju Snapchata, z chomikiem w roli głównej, a towarzyszy temu makabryczny komentarz dziewczynki. To przedstawicielka najmłodszego pokolenia majętnej rodziny Laurentów, których losy tu poznajemy. Choć różnią się wiekiem, są równie zgnuśniali, oziębli i egoistyczni. Reżyser pokazuje ich w sposób panoramiczny - każdy z wielu bohaterów ma tu swoją historię, grzechy, namiętności i momenty olśnienia. Po snapchatowym ukłonie w stronę przenikniętej social mediami współczesności, reszta filmu to już typowe dla Hanekego powolne, często statyczne sekwencje, precyzyjnie a zarazem zwodniczo i mglisto odsłaniające skomplikowane relacje łączce poszczególne postaci.
Anne (Isabelle Huppert) przejmuje firmę budowlaną po ojcu, Georgesie (granym przez znanego z „Miłości” Jeana Louisa Trintignanta). Ona chłodno kalkuje i z kamienną twarzą mierzy się z dużym wypadkiem na placu budowy oraz dorosłymi, choć zagubionymi życiowo synami. On marzy już jedynie o śmierci, ale nie przeszkadza mu to w wygłaszaniu kąśliwych uwag w kierunku bliskich. Wszystko to rozgrywa się we francuskim Calais, gdzie w symboliczny sposób Europa mierzy się z Innością, czyli gwałtownym napływem imigrantów i uchodźców.
Przybysze z Południa pojawiają się przez większość filmu w dalekim tle, ale w finale wkroczą na salony. Oczywistym było, że tytuł "Happy End" w przypadku Hanekego musiał być przewrotny. Nie jest to może najwybitniejszy z filmów w dorobku austriackiego reżysera, ale o żadnej porażce artystycznej nie ma mowy. Mamy tu tropy z "Ukrytego" (relacje z migrantami), "Funny Games" (medialne zapośredniczenie rzeczywistości), czy "Miłości" (starość jako wyzwanie), a nawiązania te składają się w nową jakość - elegię na odejście świata, jaki do tej pory znaliśmy.
!["Happy End" Hanekego to elegia na odejście świata, jaki do tej pory znaliśmy [recenzja]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F5aa7f4694cc6340e4f028368%2FrJLlddBFf_zdjecie1.jpg&w=1920&q=80)




![[Z archiwum K MAG] „Trudno być tak próżnym jak ja, a przy tym tak siebie nienawidzić”, wywiad ze Szczepanem Twardochem](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F5cde97ab76675121c1d9b1eb%2FHkX7LH2h4_25092018_ZUZA_TWARDOCH_KROLESTWO_%2520624.jpg&w=1920&q=75)
![„Nie chcę się powtarzać” – rozmawiamy z Borisem Kudličką, nowym dyrektorem Teatru Wielkiego – Opery Narodowej [WYWIAD I SESJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F683845ce56a53d0ec2b92fdf%2F5.jpg&w=1920&q=75)
![[Z archiwum K MAG] Brodka: „Myślicie, że zrobię coś takiego? To zrobię coś zupełnie innego”](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F607054547e036722180383dd%2Fportret_markery.jpg&w=1920&q=75)