GUTS N’ Roses: Olivia Rodrigo dekonstruuje mit smutnych nastolatków [RECENZJA]

11-09-20237 min czytania
GUTS N’ Roses: Olivia Rodrigo dekonstruuje mit smutnych nastolatków [RECENZJA]
fot. mat. prasowe
Trzeba zmagać się z niemałym urojeniem, sądząc, że pojazdy powinny służyć jedynie do przebycia jednostajnej drogi. Przyziemność potrafi ustawić w schematach codzienne czynności, jednak mając na uwadze popkulturowe motywy, to właśnie samochody nauczyły nas, w jaki sposób marzyć, kreować nowe scenariusze, zamykać stare rozdziały i rozpoczynać nowe.

Zdanie teorii

Moim pierwszym starciem ze światem mechatroniki było wideo do utworu Rihanny. W „Shut Up And Drive”, piosence pochodzącej z kultowego już albumu „Good Girl Gone Bad” (2008), Rih wychodzi z koralowego czterokołowca i rozpoczyna pracę w średniozaawansowanym warsztacie. Nakłada rękawice, wsadza w robocze spodnie ścierkę i wraz z początkiem utworu wtapia się w pastelowe kolory pojazdów. Nie wiem, jak dokładnie nazywają się marki samochodów, na tle których wygina się Rihanna, ale nie jest to zbytnio ważne. Według mnie kluczowe i zdecydowanie ciekawsze jest to, że artystka ma na sobie szpilki w panterkę, jakby tego było mało, z czerwoną podeszwą.
Samochody stanowią nie tylko definicję własnego przeznaczenia — w świecie muzyki, filmu oraz literatury rola pojazdów jawi się jako metafora amerykańskiego snu. Co z tego, że możemy podróżować w dowolne miejsca, jeśli nie przypiszemy drodze symbolu wolności i niezależności? Po co nam wizja autostopowicza, tak pięknie a zarazem szorstko opisywana w amerykańskich powieściach kryminalnych z lat 40. i 50. czy harlekinowskich romansach, mających swój szczyt popularności średnio czterdzieści lat później, skoro oddzielamy ją od mobilności, postępu i niezależności? Trudne pytania nie wymagają ciężkich odpowiedzi, a idealnym przykładem jest Prince i jego „Little Red Corvette”. I choć wydawać by się mogło, że pojazdy lubią driftować po gatunkach, wciąż nie możemy opędzić się od automatycznego przypisywania polnym drogom muzyki country, sportowym samochodom hip hopu, zaś okładkom albumów Lany Del Rey fascynacji białym Mercedesem i, jak udowodniła w „White Mustang”, chwilami nieco mniej szlachetnym typem podwozia.

Jazda próbna

Królową dróg, które są ważne dla przedstawicieli generacji Z, jest Olivia Rodrigo. O jej drodze do „stardomu” pisałem już wcześniej, lecz Liv się dopiero rozpędza. Jak widać, a raczej słychać, wokalistka nie upodobała sobie jazdy skrótami — wręcz przeciwnie, liryka i produkcja jej drugiego studyjnego albumu „GUTS” nie zważa na czerwone światła. Obiera nowe kierunki, zmaga się z odważniejszą dynamiką i zostawia słuchaczy z jeszcze większą nostalgią, tak jakby „SOUR” niewystarczająco przeorało nas emocjonalnie.
Pamiętam spacery z moją przyjaciółką, w trakcie których nuciliśmy utwory z pierwszej płyty Rodrigo. Wydaje się, jakby to było wczoraj, a jednak „happier”, „favorite crime” i „1 step forward, 3 steps back” nadal przypominają nam byłych amantów, a raczej ich zagmatwane umysły. Całe szczęście nie o wszystkich chcemy zapomnieć — doszliśmy do wniosku, że nie warto pamiętać jedynie o tych kochankach, którzy nie doceniają wystarczająco tekstów Olivii Rodrigo, zapisanych pierwotnie ołówkiem w jej fioletowym notatniku. Co interesujące, przyrodzenia antyfanów Liv, z którymi mieliśmy do czynienia, z wyglądu często przypominały właśnie cienkie ołówki z gumką. Różnica polega na tym, że Rodrigo pisze nimi hity, a ja i moja przyjaciółka nadal nie wiemy, czy amanci chcieli nas kochać, czy może raczej zmazać.

Egzamin z praktyki

Nie da się ukryć, że momentem przełomowym w karierze Rodrigo był nomen omen jej debiut. Niewielu artystów może pochwalić się tak wielkim sukcesem pierwszego singla, jednak wkroczenie z impetem w świat mainstreamu może również okazać się mieczem obosiecznym. Rodrigo z „drivers license” przez osiem tygodni pod rząd okupowała listę „Billboard Hot 100”, do czego w dużej mierze przyczynił się m.in. TikTok. Dzięki „good 4 u” i „brutal” Olivia dotarła na szczyt, a pomogły w tym na pewno produkcje Petry Collins, kanadyjskiej artystki i reżyserki klipów takich jak „Bartier Cardi” Cardi B, „Fetish” Seleny Gomez czy „Boy Problems” Carly Rae Jepsen. Wizualizacje znacząco zmieniają sposób słuchania muzyki, ubarwiają emocje i wzywają do wczucia się w klimat muzycznej ery. Petra Collins subtelnie zestawia melancholijną erę Tumblra z pastelowymi kadrami, składając tym samym hołd estetyce Y2K oraz niezapomnianym latom 2000. Nic dziwnego więc, że Olivia ponownie zaufała Collins. Kolejny raz obdarzyła zaufaniem również Dana Nigro, z którym współtworzyła nowy album, co bardzo mnie cieszy. Dan wyłuskuje z Liv to, co najcenniejsze i najbardziej ulotne. Tak jakby chciał uwiecznić każdą jej myśl, złapać najdrobniejszą chwilę inspiracji. Myślę, że właśnie tak powstał pierwszy singiel z „GUTS”.
Podświadomie czułem, że amerykański dj Zack Bia i Olivia Rodrigo to niezbyt dobre połączenie. Jak się okazało, miałem rację, bo para nie była ze sobą zbyt długo. Jego nocne życie w Los Angeles rządziło się swoimi prawami, które nie zawsze stanowiły stabilny fundament w budowaniu relacji. Przekonała się o tym również Madison Beer, co udowodniła w utworze „Selfish”, jednak to właśnie sarkastyczne „vampire” najklarowniej opisuje trud życia z człowiekiem, którego postępowanie wysysa chęć do życia. „Nie możesz nikogo kochać, bo to by oznaczało, że masz serce” — grzmi w bridge’u Olivia i zdaje się, że na dobre zostawia flirt z 2022 roku za sobą. Jak się okazuje, do czasu, bo w figlarnym „bad idea right?” burzy uprzednio wypracowaną mądrość. I nie ma znaczenia, o kim Liv dokładnie śpiewa. Liczy się tu i teraz, a to, że potykając się niespodziewanie wylądowała w znanej pościeli, już nie nam oceniać. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto chociaż raz się nie potknął.

I'm sexy and I'm kind, I'm pretty when I cry

Album otwiera „all-american bitch” i naprawdę trudno o lepszy opener krążka. Słuchając pierwszej zwrotki utworu czułem, jakbym oglądał rasową, amerykańską komedię obyczajową z 2006 roku, w której główna bohaterka budzi się, przemywa twarz chłodną wodą, nakłada ulubione dżinsy i szykuje się na kolejny dzień pracy. Gdyby film „Diabeł ubiera się u Prady” miał swoją premierę dzisiaj, założę się, że Andrea Sachs właśnie w rytm „all-american bitch” dumnie kroczyłaby do redakcji „Runwaya”. Pop-rockowy numer bada sprzeczność amerykańskiej kultury, która według Rodrigo promuje nieosiągalne ideały dla kobiet. Olivia jest pewna siebie, jednak obawia się, że w oczach innych nadal nie sprawia wrażenia perfekcyjnej Amerykanki. W istocie myli się, bo kawałek „all-american bitch” brzmi, jakby został nagrany przez ciemnowłosą siostrę Avril Lavigne, jedynie młodszą i zdecydowanie bardziej świadomą absurdów dwudziestego drugiego wieku.
Po delikatnej „lacy”, naładowanej zwątpieniem i cząstką zazdrości, Olivia skupia się na problemie odczuwania niepokoju i społecznej niezręczności. W dynamicznej „ballad of a homeschooled girl” humorystycznie kreśli codzienność jako zbiór towarzyskich wpadek, żeby w „making the bed” zająć zdecydowanie poważniejsze stanowisko. Za każdym razem, gdy odsłucham całość nowego muzycznego projektu, zwracam uwagę na intuicyjną chęć powrócenia do jednego utworu. W przypadku „GUTS” padło na „making the bed” i nie wiem już, czy to za sprawą onirycznej produkcji Dana Nigro czy resztek nostalgii po „SOUR”. Chyba po prostu „making the bed” aspiruje do zostania hymnem osób, które na koniec dnia uświadamiają sobie, że powiedzenie „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” kompletnie nie ma sensu.
Perełki drugiej połowy albumu mogłyby zmienić singlowy scenariusz całego krążka. Olivia dewastuje narzucone standardy, niszczy „ustalony” kanon piękna w „pretty isn’t pretty” i robi to z klasą. Cieszę się, że uwzględniła ten utwór w standardowej trackliście — może tym samym pomóc fanom w zlikwidowaniu presji bycia niezwykle seksownym, ciągle zabawnym i troskliwym, wyluzowanym, wdzięcznym i ciągle inspirującym. Piękno nigdy nie jest wystarczająco piękne, dopóki nie nazywasz się Caroline Derpienski. I to jest naprawdę okej!
Uwielbiam budowę refrenu „love is embarrassing”, ale to właśnie „get him back!” do reszty skradło moje serce. Gdyby Hayley Williams z Paramore miała maczać palce w zbiorniku „GUTS”, to właśnie w tym kawałku. I chodzi mi jedynie o aurę utworu! Hayley, kochamy cię, ale daj spokój dziewczynie i nie powtarzajmy historii z nadaniem praw autorskich, co miało miejsce przy „good 4 u”. "But I am my father's daughter, so maybe I could fix him” — pomyślała Rodrigo i śmiało mogę nazwać ten fragment najzdolniejszym do utożsamiania się przez wielu odbiorców. Olivia, bierz go z powrotem, wsiadaj do auta i nie patrz w tył. Tylko zarezerwuj mi miejsce z przodu.
tekst: Bartłomiej Warowny
FacebookInstagramTikTokX