Dzięki takim osobom jak Greta Thunberg czy na rodzimym podwórku chociażby Areta Szpura zyskujemy coraz większą świadomość na temat ekologii. Jako konsumenci staramy się zmieniać stare nawyki. Kupujemy produkty z oznaczeniem bio, ograniczamy zużycie plastiku, zamieniliśmy zwykłe sieciówki na marki reklamujące się jako „sustainable fashion”. Jednak czy każdy krok w stronę bardziej ekologicznego życia jest dobry? Niekoniecznie.
Prawdopodobnie każdy słyszał o greenwashingu, ale czy jesteśmy świadomi, jak często stajemy się jego ofiarą?
Greenwashing można przetłumaczyć jako „ekościema” lub „zielone kłamstwo”. Jego celem jest wywołanie u klientów wrażenia, że produkt lub firma go wytwarzająca funkcjonują w zgodzie z naturą i ekologią. Niestety, bardzo często jest to zwykłe kłamstwo.
„Ekościema” na każdym rogu?
W sklepach IKEA znajdziemy spory wybór lamp z oznaczeniami „Lepsze dla ciebie + dla planety”. Każdy dbający o dobro planety chętnie wybierze właśnie ten produkt. Zdziwi się jednak, kiedy żarówka się przepali i przyjdzie czas na kupno nowej, bo takiej w sklepie nie dostanie. Producent zapewnia, że produkt ma wbudowaną żarówkę LED, która zużywa do 85% mniej energii i wystarcza na 25 razy dłużej w porównaniu do zwykłej żarówki. Dodatkowo, żarówki są wymienne, jednak nie trafiły do standardowej sprzedaży. Żeby je zamówić, należy skontaktować się z Centrum Obsługi Klienta. Zarzuty dotyczące greenwashingu kierowane w stronę firmy są tutaj jak najbardziej uzasadnione. Prawdopodobnie większość klientów będzie wolała wybrać się do sklepu po nową, niezbyt drogą lampkę, niż czekać na odpowiedź od firmy w kwestii żarówki, a przy okazji zakupi tam jeszcze parę innych rzeczy.
Kiedy pojawiła się informacja, jak niszczące dla środowiska jest latanie samolotem, wiele osób przemyślało sposób, w jaki podróżuje. Wykorzystał to Ryanair, który w swojej najnowszej reklamie zaprezentował się jako linia lotnicza o najmniejszej emisji dwutlenku węgla w Europie. Działania firmy bardzo szybko zostały przejrzane. Brytyjscy eksperci oskarżyli firmę o użycie nieaktualnych danych oraz pominięcie statystyk innych znanych linii lotniczych.
Kolejny problem to żywność ekologiczna. Wiadomo, że te najbardziej ekologiczne produkty znajdziemy u lokalnych sprzedawców. Ale co w przypadku, gdy nie mieliśmy czasu wybrać się na bazar i zostaje nam supermarket? Wtedy nasza szansa na kupienie ekologicznego produktu drastycznie spada, a czasami jest wręcz niemożliwa. Warzywa i owoce zapakowane w plastikowe opakowania to codzienny widok bywalców supermarketów. Kupowanie jedzenia z oznaczeniem bio w plastikowym pojemniku mija się z celem. Dodatkowo na półkach możemy znaleźć już obrane ziemniaki czy czosnek zapakowany w folię, które przeczą już wszystkim zasadom zdrowego rozsądku. Firma, która ma w ofercie takie produkty, a zarazem reklamuje swoją żywność jako ekologiczną, to klasyczny przykład „zielonego mydlenia oczu”.
Co zrobić, aby nie nabrać się na greenwashing?
Po pierwsze, mieć świadomość, że greenwashing istnieje i jest bardzo często wykorzystywany przez korporacje. Sceptycyzm sprawdzi się w tym przypadku. Możemy próbować robić własne analizy, sprawdzać dokładnie skład produktów, czytać to, co dopisane jest małymi literami. Edukacja i najnowsze informacje w kwestii ochrony środowiska na pewno się przydadzą, kiedy kolejna firma będzie chciała nam zamydlić oczy. Kiedy następnym razem będziemy chcieli wybrać kolejny „eko produkt”, zastanówmy się kilka razy, zróbmy research w sieci, może ktoś wcześniej też dał się na to nabrać i teraz chce ostrzec innych.
/tekst: Karolina Filipowicz/
