Najciekawsze jest jednak to, czego w plecaku brakuje w porównaniu z wytycznymi Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. RCB zaleca posiadanie radia na baterie, masek oddechowych, kompasu, GPS-u, zapasu jedzenia na dwa dni. Plecak z Biedronki oferuje zamiast tego notes z ołówkiem, elastyczną linkę z haczykami i kabel USB trzy w jednym — jak gdyby w post-nuklearnym krajobrazie pierwszą potrzebą miało być naładowanie telefonu.
To fascynujący przykład komercjalizacji lęku, który trafia w czuły punkt polskiej świadomości zbiorowej. Jak pisał Zygmunt Bauman, w płynnej nowoczesności konsumpcja stała się głównym narzędziem radzenia sobie z egzystencjalnym niepokojem. Plecak z Biedronki to materialny wyraz naszego strachu przed utratą bezpieczeństwa, zapakowany w poręczny format dostępny przy kasie.
Można się zastanawiać, czy brak niektórych elementów zalecanych przez RCB to kwestia ekonomii, czy też strategicznego myślenia marketingowego — przecież kompletny plecak ewakuacyjny kosztujący na rynku nawet 3000 złotych nie sprzedałby się tak dobrze, jak ta okrojona wersja za ułamek ceny. To, co Biedronka naprawdę oferuje, to bezpieczeństwo bez faktycznego zabezpieczenia.
Nie sposób jednak zignorować rzeczywistego kontekstu — ciągłego zagrożenia ze strony Rosji prowadzącej wojnę tuż za naszą granicą. Plecak ewakuacyjny z Biedronki to nie tylko towar, ale i znak czasów, w których przyszło nam żyć — czasów, gdy przygotowanie na najgorsze staje się elementem codzienności, a dyskont spożywczy pełni rolę dostawcy nie tylko podstawowych produktów, ale i podstawowych narzędzi przetrwania.