Niezależnie od koligacji rodzinnych, autor "Ferdydurke" to przede wszystkim arystokrata ducha. Głęboko wierzył w swoje pisarskie powołanie i talent, stąd też tytuł książki, wcale nie ironiczny - "Ja, geniusz". Znawca filozofii, wybitny stylista, przenikliwy eseista, pionier teatru absurdu, prozaik, który wyprzedził swoje czasy. A przy całym swoim wyrafinowaniu, lubował się w "niższym", pełen pogardy dla autorytetów. Uwielbiał zbliżenia fizyczne z kucharkami i służącymi, a przede wszystkim - z chłopcami, napotkanymi czy to na ulicy, czy w porcie (szczególnie upodobał sobie robotnicze Retiro w Buenos Aires). Na stałe związał się dopiero pod koniec życia, z poznaną pod Paryżem doktorantką z Kanady, Ritą Labrosse, z którą zamieszkał w Vence na Lazurowym Wybrzeżu. Pół roku przed jego śmiercią wzięli ślub.
Wielka historia, z którą mierzył się Gombrowicz w swojej twórczości, delikatnie mówiąc, mu nie sprzyjała. Stała się za to inspiracją do kolejnych dzieł. Gdy po wydaniu w drugiej połowie lat 30. debiutanckiego zbioru opowiadań "Pamiętnik z okresu dojrzewania" i kultowego dziś "Ferdydurke", jego kariera w Polsce nabierała rozpędu, nadeszła II wojna światowa. Pisarz znalazł się wtedy w Argentynie, gdzie nie znał go nikt, musiał zatem zaczynać niejako od nowa - poznać język, kulturę, przebić się na rynku wydawniczym. Oskarżenia o zdradę kraju w obliczu wojny skłoniły go do napisania "Trans-Atlantyku", pamfletu na cierpiętniczy patriotyzm, określony prześmiewczo Związkiem Kawalerów Ostrogi. Poczucie absurdu, z jakim mierzył się w przedwojennej Polsce i na emigracji, stało się impulsem do przenikniętych metafizyką i historiozofią tekstów jak dramat "Ślub" czy powieść "Kosmos", a także "Dzienników". W Argentynie cierpiał okresami straszliwą biedę, przez lata pracował tu w banku, czego nienawidził, jednak na polu literatury pozostał do końca niezłomny. Nie szedł na kompromisy, jątrzył, irytował, uderzał w czułe punkty, a przy tym czekał, aż wreszcie pozna się na nim świat i wyniesie na ołtarze.
Do Europy - najpierw Niemiec, a potem Francji - wrócił dopiero po 24 latach. Polski nigdy po 1939 roku nie zobaczył, nieustannie jednak się z nią zmagał jako pisarz i myśliciel, śledził bacznie wydarzenia w ojczyźnie. Był chory na polskość, jego misją było "bronienie Polaków przed Polską".
Zawikłane, momentami tragiczne, a przy tym niezmiennie fascynujące losy wybitnego pisarza znalazły w Klementynie Suchanow godnego kronikarza. Autorka książki ze znawstwem, dzięki wieloletniemu podążaniu śladami pisarza, opisuje najdrobniejsze wydarzenia z jego życia i nie pozostawia przy tym poczucia niedosytu. Gombrowicz, choć na pozór nie poważał zbytnio opinii swoich adwersarzy i zachowywał niezależność intelektualną, bardzo dużą wagę przywiązywał do wszelkich wzmianek prasowych na jego temat, a każdą z nich oceniał procentowo, w zależności od tego, na ile była pozytywna i w zgodzie z jego myśleniem. Książkę Suchanow, jak możemy domniemywać, oceniłby przynajmniej na 90%.
Klementyna Suchanow
"Gombrowicz. Ja, geniusz" (tom I i II)
Wydawnictwo Czarne
w księgarniach od 27 września