Opus magnum
Kwiecień i maj to moje ulubione miesiące w roku pod względem wydawnictw. Choć pierwszy z nich to bezpieczny moment na potencjalne testowanie przedwakacyjnych singli, to właśnie maj okazuje się zazwyczaj wielkim finałem, czyli momentem wydania całego projektu. Ilu artystów, a raczej marketingowych zabiegów wytwórni, tyle pomysłów na promocję. Dua tych koncepcji trochę ma, co udowodniła w 2020 roku przy wydaniu jej wielkiego dzieła. „Future Nostalgia” uratowała nas podczas pandemii, dała nam zapomnienie, taniec, przyjemność z obserwowania narodzin kolejnej popowej ery.
Oczywiście to, jak wyglądałby okres wydania drugiego albumu artystki bez globalnego lockdownu, wie tylko ona i jej zespół. Czy byłoby bardziej, lepiej, ciekawiej? Ale czy dało się w ogóle zrobić coś lepiej? Syndrom drugiego albumu potrafi przytłoczyć artystę. Presja związana z oczekiwaniami publiczności i branży nie omija żadnego twórcy, którego pierwszy projekt okazał się sukcesem, zapadł w pamięć fanów i rozsławił nazwisko. Mogę zdecydowanie przyznać, że Dua wyszła z tej opresji zwycięsko, pomimo tego, że album wyciekł do sieci, przez co wydano go tydzień wcześniej niż pierwotnie zapowiadano. Gdy cztery lata temu recenzowałem drugi krążek Lipy, nazwałem ją „futurystyczną księżniczką popu”. I z perspektywy czasu widzę, że nie rzuciłem słów na wiatr. Dua chciała stworzyć coś, co jest nostalgiczne, ale zawiera jednocześnie coś świeżego i przewrotnego. Wyjście ze strefy komfortu wyszło jej na dobre; znalazła swoje dźwięki, stała się pionierką i odkryła zauroczenie nowoczesną, elektroniczną produkcją, co cztery lata później pozwoliło na odkrycie radykalniejszego świata.
Od okładki „Radical Optimism” wymagałem wiele, bo po idealnej, kultowej już okładce poprzedniczki, nie sposób nie rysować sobie w głowie grafiki, która przez następne lata stałaby się jej wizytówką. Być może trochę popłynąłem w marzeniach, ale kto mi zabroni? Obrazek „Radical Optimism” w pierwszej chwili mnie nie zachwycił, nie sprawił, że zapomniałem o motywie oldschoolowego samochodu, różowej koszuli, świetlistej biżuterii i znamiennym księżycu w tle. Aura nowej ery, szczególnie po „Houdini” i „Training Season”, nie pasowała mi do spokoju, który finalnie zobaczyliśmy na okładce.
Wolałem mroczniejszą, perwersyjną wizję radykalności, ale z czasem uświadomiłem sobie, że nie tędy droga. Dostałem coś zupełnie odwrotnego — błękit, wczesny zachód słońca, wewnętrzne opanowanie i pewność siebie, która nie potrzebuje pomocy w postaci ciężkich, jaskrawych kolorów i dynamicznych zdarzeń, bo sama w sobie jest siłą. Tutaj werwa tkwi w prostocie. Dua mierzy się z lękiem, olbrzymim zagrożeniem w postaci rekina, który może reprezentować wszystko, co kojarzy się z przeszkodą, zagrożeniem, wyzwaniem. Odnoszę wrażenie, jakby za moment miała się stoczyć ostateczna bitwa, finalny pojedynek. Zresztą ten, kto toczył kiedyś walkę z własnym umysłem, na pewno mnie zrozumie i, oczywiście patrząc na okładkę krążka, odnajdzie w niej swój subiektywny sens.
Trzeci studyjny album wokalistki otwiera „End Of An Era”, czyli perfekcyjny wybór na opener krążka. Utwór jest jednym z lepszych na płycie i wcale nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas wskoczył na najwyższe miejsce w moim rankingu ulubionych kawałków Lipy. Ta twierdzi, że jest rozpaczliwą romantyczką, dla której jeden pocałunek wystarczy, aby wyświetlić w głowie najpiękniejsze związkowe scenariusze. Chce się zatracić, pozbyć wszelkich wątpliwości, ponownie zaufać losowi i nowej miłości, aby na zawsze zakończyć erę bycia singlem. „Znów zakochałam się pierwszy raz” — zaśpiewałaby Daria Zawiałow, jednak Dua dosadniej przyznaje, że porażki w miłości też są okej.
„Jeden rozdział się skończył, przecież świetnie się bawiłam, teraz zaczyna się coś nowego” za nic się nie obwinia, nie chowa urazy, postanawia optymistycznie podejść do wolności, gloryfikując odczuwanie pierwszych, zawsze tych samych, a jednak trochę innych motylków w brzuchu.
Kevin Parker i Danny L Harle zadbali o pogodną, funkową, przepełnioną błogimi wibracjami produkcję, jakby za pomocą muzyki chcieli nam pokazać, jak wygląda letnie odbicie słońca na morskiej tafli. A wszyscy przecież wiemy, jak wygląda. Początkowo oślepia, kruszy ostrość wzroku, po czym szybko zamienia się w połyskliwy pejzaż. Rozumiem cię Dua, żyj i daj żyć innym.
Catch me or I go
„Houdini” to bezsprzecznie serce całego albumu. Lead mocny, iskrzący, nieokrzesany, silnie osadzony. Słychać, że Tame Impala dołożył więcej niż swoje trzy grosze, bo sprawił, że popowa formuła melodii nie przyćmiła części eksperymentalnej. A komu mało, może sięgnąć po „Extended Edit”, czyli wersję dłuższą, na pewno bliższą sercu Parkera. Dua posłużyła się postacią Harry'ego Houdiniego, słynnego iluzjonisty, specjalisty od ucieczek oraz wychodzenia z pozornie niemożliwych sytuacji i pułapek. Houdini umiał się wykaraskać ze wszystkiego, stąd z pewnością poradziłby sobie z rekinem z okładki albumu.
Co ciekawe, iluzjonista miał zazwyczaj niewielką ilość czasu, aby wymknąć się z niebezpieczeństwa („wodna komora chińskich tortur”, w której przebywał w pozycji „do góry nogami” w zamkniętej skrzyni ze stali i szkła do pełna zalanej wodą), a i tak bez większego problemu uwalniał się z łańcuchów, więzów, kajdan, kaftanów bezpieczeństwa. Takim łańcuchem może okazać się relacja z osobą, która nie wie, czy umie w ogóle w relacji być. Dua opisuje, w jaki sposób zniknie, jeśli druga strona nie podejmie konkretnej decyzji, nie złapie jej, nie będzie umiała zatrzymać. Masz rację Dula Peep, bo jeśli nie umie, niech nie liczy na treningi, bo sezon na dawanie wskazówek już się skończył.
Wpływ Kevina Parkera na nowe brzmienie wokalistki najczyściej słychać w drugim oficjalnym singlu. Jeszcze przed wydaniem „Houdini” spekulowano, jakoby to właśnie „Training Season” miało rozpocząć rollout trzeciego krążka. Klip miał być drogi, konceptualny, sponsorowany przez Porsche, jednak projekt został anulowany ze względu na zaostrzony konflikt palestyńsko-izraelski. Oryginalny teledysk uznano za zbyt kontrowersyjny, bo zawierał motywy chaosu, w tym wypadki samochodowe, eksplozje, rozbiórki, fajerwerki i walki tłumów. Rozumiem tę decyzję, ale klip, który finalnie otrzymaliśmy, wieje nudą. Jest spójny z kontekstem całej ery, bo przyprawia o zawrót głowy, jest dynamiczny i chwilami nawet psychodeliczny, ale czegoś w nim brakuje. „Training Season” jest utworem perfekcyjnym i na taki teledysk też zasługuje. Swój potencjał udowodnił na tegorocznej gali BRIT Awards i mogę uznać, że pod względem show dorównał nawet kapitalnemu wykonaniu „Houdini” na GRAMMYs.
Vertigo
Po wielkiej trójcy przychodzi czas na „These Walls”, czyli hymn dla wszystkich tych, którzy kurczowo trzymają się wyblakłej miłości. Niekiedy strach przed samotnością zamydla nam oczy, przez co zapominamy, że odejście jest najlepszym prezentem dla nas samych. Romantyzujemy ideę „na zawsze”, a przecież najbardziej fascynujące historie miłosne to te, które uczą nas, jak odpuścić. Ściany mają uszy i wydaje się, że Dua ma tego świadomość. Wie, że to nie dla niej, gdy jedyną stałą jest niespójność, kiedy zamiast jasności w związku to zamieszanie wychodzi przed szereg. I ma całkowitą rację, bo trzeba odejść, jeśli wizja „na zawsze” brzmi jak groźba, a nie jak wyczekiwana obietnica. Ściany nie mówią, ale za to Dua krzyczy: „wystarczy”, aby w „Whatcha Doing”, miksie groovy i disco elementów, oddać się w wir uczucia zarówno przerażonego, jak i podekscytowanego możliwością zmiany.
Wejście w nowy związek za każdym razem kwestionuje poczucie wypracowanej kontroli, ale na koniec dnia otwarte serce to najlepszy upominek, jaki można wręczyć samemu sobie. Pewnie, jeśli zaczynają się schody, a my zawczasu mamy zadyszkę, warto jest rozważyć wykonanie „French Exit”. Gitara zgrabnie wchodzi w utwór, jakby chciała do końca zagarnąć go dla siebie. Szósty utwór z „Radical Optimism” to sztuka bezsłownego kończenia relacji. „Ghosting” nigdy nie brzmiał dostojniej, co nie zmienia faktu, że magicznie poprowadzony, intencjonalnie ślamazarny wokal Dui w refrenie daje mi ciarki na całym ciele. Autorskie produkcje Parkera często przypominają mi kultową grupę Colour Haze czy The Doors, ale we współpracy z Lipą inspiracje słychać jeszcze mocniej, jakby pop miał za zadanie wydobyć najciekawsze halucynacje w mniej niż cztery minuty. I to właśnie robi — „Illusion” to kubeł zimnej wody, przezorność i nauka na błędach. „»Illusion« to piosenka, która pod względem lirycznym wzbudziła we mnie pierwszy błysk radykalnego optymizmu.
Gdy ją napisałam, poczułam się silna, ponieważ pozwoliła mi zapomnieć o męskim pierdoleniu bez sensu. Zrozumiałam, że tak czasem jest, postanowiłam się tym dobrze bawić, nawet jeśli jestem świadoma głupich gadek facetów. Kiedy Kevin i Danny spotkali się w jednym pomieszczeniu, perkusja zabrzmiała na żywo, syntezatory zaczęły wariować, dając monumentalne bity. Te wszystkie aspekty sprawiły, że chciałam tańczyć, to było niewyobrażalne uczucie” — wspomniała Dua w wywiadzie dla „NME”.
„Falling Forever” przeszywa od pierwszego dźwięku, wokal Dui nigdy nie był tak świadomy, dojrzały, skupiony. Utwór jest bujną, eteryczną balladą taneczną, która stawia na świeczniku ekscytujące, a zarazem przerażające doświadczenie nieustępliwej miłości. Czy da się kochać z dnia na dzień coraz mocniej? A jeśli tak, to jak długo? Zdaje się, że odpowiedź dostajemy w „Anything For Love”, uroczej kompozycji, ścierającej ze sobą wspomnienia i obustronną walkę o miłość.
„Maria” to jeden z najciekawszych instrumentalnych momentów na krążku. Do produkcji dołączył Andrew Wyatt („Mother’s Daughter”, „Perfect Places”, „Dance The Night”) i z rasowego wejścia gitary wyłuskał idealny balans. Lirycznie utwór podejmuje intrygujący temat — Dua jest wdzięczna za ex swojej miłości, gdyż ta, według Lipy, ukształtowała jej partnera i sprawiła, że jest teraz idealny. W dobie diss tracków taki zabieg zasługuje na szacunek, ale nie powinniśmy się dziwić, skoro znajdujemy się przecież w świecie radykalnego optymizmu, który kończy się kolejną pochwałą wdzięczności.
„Happy For You” to finalne pogodzenie się ze stratą ukochanej osoby. Outro utworu jest hipnotyzujące, a harmonie i wokalizy składają prawdę albumu w całość. Okazuje się, że najlepszym testem prawdziwego uczucia jest reakcja na życie po miłości. A ta, w optymistycznej wizji, nie powinna lubić się z nienawiścią, nawet gdy działa w jedną stronę.
tekst: Bartłomiej Warowny