8 filmów, które trzeba obejrzeć na haju

Autor: Cyryl Rozwadowski
20-04-20181 min czytania
8 filmów, które trzeba obejrzeć na haju
kadr ze "Świętej góry" reż. Alejandro Jodorowsky
Dziś 4/20 - święty dzień dla wszystkich palaczy marihuany. Jeśli do czegokolwiek możemy was namawiać, to do przyjrzenia się wybranym przez nas ośmiu filmom, które warto obejrzeć na trzeźwo oraz z trochę bardziej wyostrzonymi narzędziami analitycznymi. Pamiętajcie żeby pić dużo wody i mieć jakieś przekąski pod ręką.
1/8
Big Lebowski (1998, reż. Joel & Ethan Coen)
Na wstępie zacznijmy od Ojca Chrzestnego całego gatunku. Big Lebowski nie jest oczywiście pierwszym filmem, w którym palenie zostawia ślad na całym przedstawionym świecie. Bracia Coen od niechcenia stworzyli jednak jednego z bardziej kultowych bohaterów w historii kina. Dude stał się archetypem slackera i protagonisty, który absolutnie nie chce mieć nic wspólnego z wydarzeniami, w które został wplątany. Najważniejszy jest jednak ton całej opowieści – Big Lebowski jest w tym samym stopniu głupawą anegdotą, co przypowieścią filozoficzną. I właśnie to złamanie zasady decorum sprawia, że każdy pokaz tego filmu jest niepowtarzalnym doznaniem. Niezależnie od warunków.
Wodny Świat (1995, reż. Kevin Reynolds)
Są filmy tak złe, że w końcu stają się arcydziełami. Moglibyśmy pójść na łatwiznę i zaproponować pokaz The Room Tommy'ego Wisseau – tę ucztę dla zmysłów zalecamy jednak na trzeźwo. Wodny Świat to jednak niesamowity przypadek. Czego tu nie ma. Lodowce roztopiły się i zalały cały glob. Kevin Costner w zasadzie odtwarza rolę Mela Gibsona z Mad Maxa, a Dennis Hopper tylko udaje, że chce mu się jeszcze grać. Pojedynki na harpuna. Brutalne próby gwałtu. Ten śmietnik kosztował 172 milionów dolarów, w swoim czasie najwięcej historii, i jest jedną z najbardziej ambitnych porażek w historii kina, przez 135 minut balansując na granicy bycia arcydziełem i nieporadnym gniotem.
Robogeisha (2009, reż. Noboru Iguchi)
Jeśli ważkie, egzystencjalne tematy nie interesują was w tej chwili to Robogeisha jest idealną pozycją na wieczór. Noboru Iguchi jest królem japońskim filmów klasy Z – tanich widowisk, które wcielają w życie ambitne i ekstrawaganckie koncepty. Tytuł w zasadzie mówi wszystko. Możecie się spodziewać dużej ilości flaków, ostrych narzędzi, fantazyjnych mechaniczno-organicznych hybryd i erotyki, o której natychmiast będziecie chcieli zapomnieć.
Marsz Pingwinów (2005, reż. Luc Jacquet)
Filmy przyrodnicze to ważna odrębna kategoria dla wszystkich amatorów lotów. Niemal półtorej godziny wędrówki wielkich, pokracznych ptaków wydających z siebie przedziwne dźwięki to dużo większa przyjemność niż może się wydawać na papierze. To także mocno emocjonalne przeżycie – od radości jaką daje widok piskląt pingwinów cesarskich po trudy związane z ekstremalnymi warunkami panującymi na Antarktyce oraz obecnością drapieżników. Oczywiście najbardziej polecamy wersje anglojęzyczną, w której narratorem jest Morgan Freeman.
2001: Odyseja kosmiczna (1968, reż. Stanley Kubrick)
Macie wolny wieczór by spróbować odkryć sens istnienia? Osadzone w kosmosie opus magnum Stanleya Kubricka to bardzo oczywisty strzał, ale nie mogliśmy go sobie odmówić. Film działa bowiem na dwóch poziomach – jako osadzona w niesamowitych dekoracjach, ocierająca się o ezoterykę epopeja o rodzaju ludzkim, ale także jako dowód jak niesamowite obrazy można było uchwycić na taśmie już 50 lat temu.
Święta góra (1973, reż. Alejandro Jodorowsky)
Jeden z ulubionych filmów Johna Lennona i Yoko Ono musi być przeżyciem, prawda? I jest nie byle jakim. Chilijski filmowiec nie bez powodu jest jednym z ojców art house'u. Jego szczytowe osiągnięcie to pływający we wszystkich kolorach tęczy i abstrakcyjnych ujęciach kolaż podlany biblijną symboliką i hipisowskim klimatem. Święta góra to uczta dla oczu i prawdziwe wyzwanie dla umysłu. Po 45 latach nadal ciężko znaleźć równie unikalne i inspirujące dzieło w dziedzinie filmowej psychodelii.
Lego Przygoda (2014, reż. Phil Lord & Christopher Miller)
Najbardziej szokujące w Lego Przygodzie jest nie to, że w ogóle istnieje, ale fakt, że z jakiegoś powodu ten szalony koncept działa. Zbudowany za pomocą wygenerowanych komputerowo duńskich klocków świat jest nie tylko zaskakująco żywy i zabawny, ale przede wszystkim świadomy absurdu swojego istnienia. Scenarzyści niemal w każdej scenie bawią się kliszą filmu powstałego z potrzeby rynku, a nie serca i ten dystans stanowi klucz do sukcesu całej produkcji. Co nie zmienia faktu, że co 40 sekund będziecie sobie przypominać, że faktycznie oglądacie gadające klocki Lego.
Dystans (2014, reż. Sergio Caballero)
Jest to film o karłach-płatnych mordercach, którzy porozumiewają się ze sobą telepatycznie w języku rosyjskim. Jakieś pytania?
FacebookInstagramTikTokX