97 kreacji. 70 modelek i modeli. Modernistyczna bryła Biblioteki Narodowej pełniąca rolę wybiegu. Pokaz z okazji dwudziestolecia marki JEMIOL był pełnowymiarową retrospektywą projektanta, który przez dwie dekady konsekwentnie budował własną estetykę.
Przestrzeń Biblioteki Narodowej sama w sobie jest manifestem polskiego modernizmu – surowa, monumentalna, nieustępliwa. Łukasz Jemioł nie próbował jej przekrzyczeć ani zagłuszyć. Wybieg wpisał się w architekturę budynku tak naturalnie, że trudno było oprzeć się wrażeniu, że zawsze tam należał. Żadnych sztucznych dekoracji, żadnego nadmiaru – sama rozmowa między formą a materią, między tym, co trwałe, a tym, co przemija z końcem sezonu.
Kolekcja 20th ANNIVERSARY operuje niezwykłym bogactwem faktur. Koronki sąsiadują z kaszmirami, miękka skóra z cekinami, sztuczne futra z delikatnymi tkaninami. Można by pomyśleć, że to za dużo – a jednak wszystko tworzy spójną całość. Czekoladowe brązy, głębokie beże i granaty nie pojawiły się przypadkowo. To paleta, która nie starzeje się wraz z kolejnymi miesiącami, bo odwołuje się do czegoś bardziej fundamentalnego niż aktualne trendy.
Kreacje ręcznie wyszywane kamieniami to osobny rozdział. W czasach, gdy większość rynku stawia na optymalizację kosztów i przyspieszenie produkcji, misterne aplikacje robione rękami brzmią niemal prowokacyjnie. To hołd dla rzemiosła, które w strategii marki JEMIOL zawsze było fundamentem, nie dodatkiem.
„Moda to emocje"
Kiedy Łukasz Jemioł mówi, że moda to emocje, żywe, prawdziwe, poruszające, trudno odebrać to jako marketingowy chwyt. Po dwudziestu latach pracy, po setkаch kolekcji, po tysiącach projektów, człowiek może sobie pozwolić na szczerość. Nie trzeba już udowadniać, że się potrafi. Można po prostu robić to, w co się wierzy.
97 kreacji to śmiała decyzja. Inni pokazują trzydzieści, czterdzieści looków i nazywają to pełną kolekcją. Tutaj dostaliśmy niemal encyklopedyczne ujęcie DNA marki – kompletny przegląd tego, skąd JEMIOL wyszedł i dokąd zmierza.
Poniżej kilka sylwetek z tego wyjątkowego pokazu.
fot. Filip Okopny

