Wszyscy znamy kontrowersyjne Paris Sneakers Balenciagi z czasów Demny czy obdarty look, który stał się wizytówką projektów Glena Martensa. Asymetria, dziurki w swetrach i jeansach, materiały wyglądające jak poplamione ketchupem podczas nocnego fast food run to estetyczny „bałagan” z korzeniami znacznie głębszymi niż mogłoby się wydawać.
Dziś przychodzimy do Was z momentami, które sprawiły, że ten anty-fashion look zasłużył na miano luksusu. Bo przecież na papierze to szaleństwo: poszarpane buty Balenciagi, które wyglądają jakby powinny wylądować w koszu na śmieci albo w punkcie recyklingu, nagle zyskują aurę ekskluzywności. Czy projektanci próbują nas wyśmiać, pokazać, że wszystko da się sprzedać, jeśli tylko logo jest wystarczająco mocne? Być może. A na pewno nie pomagają skandale pokroju afery Diora, który okazał się mieć sweatshopy we Włoszech. W takim klimacie moda luksusowa bywa odbierana jakby szydziła z własnych klientów.
Ja widzę to jednak trochę inaczej – choć wcale nie uważam, że te krytyczne głosy są bezpodstawne. Moim zdaniem to nie do końca antyreklama. Dobrze wiemy, że skuteczny marketing nie musi być piękny; wystarczy, by był głośny. A w modzie szum często liczy się bardziej niż aprobata. Poza tym ja patrzę na modę jak na sztukę, co może niektórych w tym momencie zniechęcić, ale dzięki temu widzę w distressed lookach coś więcej niż „zniszczone ciuchy za trzy tysiące”.
Weźmy choćby Paris Sneakers Balenciagi. Moim zdaniem to nie było szydzenie z klienta, lecz komentarz kulturowy. W momencie ich premiery temat nadmiernej konsumpcji był wszędzie – od mediów tradycyjnych po social media. I być może doszukuję się tam czegoś, czego faktycznie nie ma, ale tak właśnie działa sztuka: nawet jeśli artysta miał zero filozofii w głowie, sama forma potrafi sprowokować refleksję.
Kiedy zobaczyłam ten but, pomyślałam: „Nie, nie wydałabym na to pieniędzy”. Ale jednocześnie przyznałam, że to genialny komunikat. Przypomnienie, że powinniśmy nosić rzeczy nie dlatego, że są świeżo po wyjęciu z pudełka i zgodne z aktualnym trendem, tylko dlatego, że je kochamy, i aż do momentu, gdy realnie spełnią swoją funkcję do końca. Bo przecież ubrania i buty mają przede wszystkim nas chronić – przed zimnem, pogodą, ulicą, światem. Cała reszta to interpretacja.
Jak to się stało, że „obdarte” looki stały się luksusem?
Niosą one ze sobą znacznie większą historię niż jedynie manifest przeciwko nadmiernej konsumpcji. To subkultura i mentalność Kurta Cobaina. To polityczny ruch, odwaga bycia innym, technika, eksperyment, wyjście ponad schematy i stereotypy, a przede wszystkim to brak strachu przed byciem sobą.
W latach 80., kiedy większość wybiegów krzyczała „mam pieniądze”, „odniosłem sukces” i „jestem uosobieniem aspiracji”, Vivienne Westwood i Rei Kawakubo wprowadzały na wybiegi modelki w podartych swetrach, asymetrycznych konstrukcjach i projektach inspirowanych pirackim stylem. To była prawdziwa odwaga – estetyczna i ideologiczna – która do dziś budzi kontrowersje. Luksus przestał być jednowymiarowy. Stał się pojęciem subiektywnym, osobistym, a każda jego definicja ma prawo istnieć obok innych.
W połowie września Barbican Centre w Londynie otworzyło wystawę dokładnie na ten temat, zatytułowaną „Dirty Looks”. Prezentowano tam prace domów mody takich jak Maison Margiela, Vivienne Westwood, Comme des Garçons, Alexander McQueen, John Galliano i wielu innych. Nie tylko kolekcje ready-to-wear, ale też artisanal i couture. Całe spektrum „zniszczenia”, od ulicznej prowizorki po najwyższe rzemiosło, które wymaga setek godzin pracy.
Bez przedłużania więc: przejdźmy do looków, które sprawiły, że plamki, asymetria i kontrolowany chaos również stały się definicją luksusu. Może mniej konwencjonalną, może bardziej kontrowersyjną, ale dla wielu wyjątkowo prawdziwą. Bo kiedy można czuć się bardziej luksusowo niż wtedy, gdy nosi się coś, w czym naprawdę czujemy się sobą?
To był moment, w którym „zniszczone” po raz pierwszy trafiło z ulicy na wybieg. Westwood nie projektowała ubrań w klasycznym sensie. Ona konstruowała bunt. Jej poszarpane swetry, rozcięte T-shirty, szpilki jako biżuteria i grafiki wyglądające jak brutalne memy sprzed epoki Internetu były wizualną przemocą wobec brytyjskiego establishmentu. Każdy kawałek materiału wyglądał jak wyrwany z ulicznej awantury, ale to właśnie w tym chaosie rodził się nowy język mody.
W „Seditionaries” nie chodziło o estetykę, tylko o ideologię. Ubrania miały prowokować, atakować i wywoływać dyskomfort, a luksus był ostatnią rzeczą, o której ktokolwiek myślał. Zniszczenie było tu prawdziwe: to nie był stylizowany efekt, ale efekt życia, brudu, buntu i realnej wściekłości klasy robotniczej. Westwood nie starała się wyglądać „cool”. Ona dokumentowała gniew, który buzował na ulicach Londynu.
A jednak to właśnie ta surowość zainspirowała później największe domy mody. Bo Westwood pokazała, że zniszczenie nie musi oznaczać biedy, tylko wolność – wolność od zasad konstrukcji, od elegancji, od oczekiwań. Właśnie dlatego luksus tak szybko to przejął: bo w świecie perfekcji i dopieszczania detalu nagle okazało się, że autentyczny bałagan jest najsilniejszą formą prestiżu. Westwood zrobiła coś niemożliwego, bo sprawiła, że „brzydkie” stało się aspiracyjne.


