W najprostszym rozumieniu sztuka składa się z treści, czyli ukrytego sensu, nacechowania emocjonalnego, pytań, jakie podnosi oraz z formy – wizualnego, fizycznego aspektu. Sontag w swoim eseju „Przeciw interpretacji” definiuje awangardę jako „eksperymenty formy kosztem treści”. Puszki Campbella Warhola, smugi Pollocka, kadr rozcinania oka w „Psie Andaluzyjskim”, perwersja słów w „Pornografii” Gombrowicza – autorzy starali się wydobyć fizjonomię, wzbudzić emocje już na poziomie pierwszego wzrokowego kontaktu, a interpretacja schodziła na drugi plan.
W kontekście mody powiększyłabym podział na treść, proces tworzenia i użytkowość w znaczeniu możliwości noszenia (wygody). W modzie awangardowej projektanci w znacznym stopniu skupiają się na wysiłku w produkcji ubrania oraz na ogromie intelektualnych odniesień do literatury, filozofii, polityki w zakresie treści, przy czym projekty tracą na użytkowości. Ponownie pojawia się mój ulubiony zarzut, że moda nie może być sztuką. W idealnym świecie publiczność porzuciłaby złudne przekonanie o jedynym celu tworzenia ubrania, jakim jest jego użyteczność. I nie tylko moda wydaje się niezrozumiała, a i również cała sztuka współczesna. Błagalnie powtórzę – to naprawdę nie jest tak, że dziecko samo mogłoby namalować wszystkie obrazy z Tate Modern.
Zawsze sądziłam, że do awangardy trzeba dojrzeć – być na tyle oczytanym i dokładnie zanurzyć się w kulturze, historii, aby swobodnie lawirować między wątkami. I pokornie przyznam, że nawet po tylu latach pasjonowania się modą, nadal nie jestem w stanie rozgryźć pełni znaczeń, wszystkich niuansów i głębi treści, jakie oferują japońscy, belgijscy mistrzowie.
Kiedy w latach 80. Versace, Mugler i Gaultier dominowali rynek sensualnością, przepychem kryształów i gorsetów, do głosu zaczęła dochodzić nowa nisza projektantów gotowych stanąć po zupełnie drugiej stronie spektrum. Rei Kawakubo i Yohji Yamamoto, oba nazwiska brzmiące teraz tak potężnie, wspólnie skrystalizowali ideę antymody. I choć nadal nie lubią tego określenia, to chodziło tylko o zaprzestanie podążania za trendami. Rzucili wyzwanie zachodnim konwencjom mody, któremu, trzeba przyznać, sprostało niewielu. Japońscy kreatorzy otworzyli bramę postmodernizmu, gdzie piękno znalazło ujście w eurocentrycznym standardzie ekscentryczności.
Radykalność Kawakubo była tak wpływowa, że całe pokolenie kobiet o alternatywnych poglądach ubierało się tylko na czarno przez kolejnej półtorej dekady, a często na całe życie. Zamiast pławić się w idealnym dopasowaniu i eksponowaniu ciała, jej marka Comme des Garçons zakrywa, przerysowuje, dodaje objętości sylwetce, przy czym dekonstruuje i materiały, i wyobrażenia o społecznej roli kobiety. W niemal fanatycznym pragnieniu dostarcza odzież jako ciągle zmieniający się produkt swojego społeczno-kulturowego środowiska, powołując się zarówno na neorealizm, jak i futuryzm na każdym etapie tworzenia marki. Pośród całego tego chaosu, w centrum wyraźnie odkształca się miłość do japońskiej zasady estetycznej wabi-sabi, która sprowadza się do akceptacji przemijania i niedoskonałości. Kawakubo wzburza, aby uspokoić.
Do tradycyjnych japońskich koncepcji nawiązywał też Issey Miyake (odszedł w 2022 roku). Jego ubrania, oprócz charakterystycznych plisowanych tkanin, łączyły pojęcia mu (pustki) i ma (przestrzeni). Negatywna przestrzeń jest notabene często eksplorowana przez japońskich projektantów, a skupia się ona zarówno na przestrzeni między ciałem a ubraniem, jak i na polu wokół materiału. Ruch odgrywał dla Miyake kluczową rolę, ponieważ tylko wtedy mógł dostrzec ponad wymiarowość tkaniny, czym kieruje się obecnie np. Iris van Herpen. Jego praca wywodzi się z trudnego, ale elementarnego pytania: jak owinąć ciało, które jest trójwymiarowe, tkaniną, która jest dwuwymiarowa, nie zapominając, że ciało też żyje i się porusza?
Tak bardzo, jak awangardowi malarze kochali posługiwać się kolorem, tak bardzo awangardowi projektanci nieustannie zmieniają krój, kształt, sylwetkę, ale pozostają przy czerni. Yamamoto to reżyser życia noir i od ponad 45 lat znajduje wszystko, czego potrzebuje, w geometrii ciemności. Wykazuje największą lojalność wobec japońskich tradycji sukienniczych, słynących z trenczów i koszul inspirowanych kimonami z lat 90. Romantyzuje surrealizm, prowokuje do zadawania pytań, na które nie odpowiada. Obudowuje figury w ciężkie, potężne formy, jednak tak naprawdę pod spodem kieruje nim poetycka wrażliwość. Tworzy rygor na potrzeby subtelności.
Prawdziwy geniusz jest w stanie przekuć wszystko przed nim w przestarzałe, a wszystko po nim – w dziwnie znajome. Znaczenie Martina Margieli jest tak fundamentalne dla mody współczesnej, że nie ma już projektanta, który by się na nim nie wzorował. Od końca lat 80. Margiela niszczył, aby budować. Niemal chirurgicznie rozcinał tkaniny, ubrania znalezione w piwnicach starych sklepów, fabryk. Szwy, celowo postrzępione i zniekształcone, zostały odsłonięte wraz ze strukturami usztywniającymi i szyciem, aby zdekonstruować wyobrażenie o tym, czym byłaby tradycyjna koszula lub para spodni. Progresywny i prowokujący do myślenia charakter marki wykraczał daleko poza produkty do noszenia. Nieustanne wykorzystywanie trompe l’oeil nie tylko jako środek do projektowania, ale również zawarte w filozofii marki – biznes, który musi się pokazywać i zarabiać, jednocześnie odrzuca cały współczesny konsumpcjonizm i eliminuje jakikolwiek fizyczny wizerunek (Margiela nigdy nie pokazywał swojej twarzy). Poza tym, co bardziej współgra z ideą dekonstrukcji świata mody niż fakt, że w 2008 roku Margiela odszedł z własnej firmy?
Kolekcje Kawakubo, Margieli czy Szóstki z Antwerp (belgijskiej grupy projektantów) wydają się większe od każdego z nas, większe od codzienności. Awangarda w modzie jest dla mnie czerpaniem z wyższych aksjomatów, niesprecyzowanych idei istniejących gdzieś w eterze, które zostają przekute na język ludzki. Projektanci biorą tę energię i owijają ją fizycznym materiałem, dopóki nie stanie się uchwytna. Abstrakcja staje się cielesna, zachowując przy tym swój metafizyczny charakter. Awangarda satysfakcjonuje, ponieważ ożywia wszystkie te ekstremalnie natrętne, karykaturalne myśli, sny, które ma każdy z nas, a które wyrzucamy przy ich poczęciu. Ten nurt jak żaden inny potrafi wzburzyć (lub zmiażdżyć) w ludziach najgłębsze uczucia właśnie z powodu tych ponadczasowych koncepcji. A przecież jedyną definitywną miarą sztuki jest jej wpływ na otoczenie, na ludzi, którzy ją odbierają.
tekst: Katarzyna Lendzion