Narzekamy, że ciągły pęd XXI wieku obrabował nas z naturalnego cyklu snu. Jak się jednak okazuje, nasi przodkowie wcale nie spali więcej.
Zewsząd dochodzą nas głosy, że dorosły człowiek powinien spać siedem do dziewięciu godzin. Mimo to wielu z nas się to nie udaje – niebieskie światło ekranów, nadmiar bodźców, oderwanie od rytmów natury, które przez tysiąclecia regulowały nasze zegary biologiczne. Ale czy czas spędzany w łóżku rzeczywiście się skrócił? I czy w ogóle kiedykolwiek był dłuższy?
Jak zbadać sen sprzed tysięcy lat?
Badacze z UCLA pochylili się nad rytmem snu społeczności żyjących trybem podobnym do przedindustrialnych społeczeństw. Ich styl życia ściśle odzwierciedla sposób funkcjonowania naszych ewolucyjnych przodków.
Jak się okazało, ludzie z plemion Hadza z Tanzanii, San z Namibii i Tsimane z Boliwii mimo braku sztucznego światła nie kładą się wcale równo z zachodem słońca. Średnio udają się na spoczynek 3,3 godziny po zapadnięciu zmroku, co sugeruje, że czuwanie po zmroku jest naturalnym ludzkim zachowaniem, a nie tylko efektem wynalezienia sztucznego oświetlenia.
Członkowie badanych plemion śpią średnio sześć godzin i 25 minut na dobę, co jest wynikiem zbliżonym do dolnej granicy średniej w społeczeństwach uprzemysłowionych. Obala to powszechne przekonanie, że nasi przodkowie spali znacznie dłużej i że nowoczesny styl życia drastycznie skrócił czas naszego odpoczynku.
O ośmiu godzinach nikt nie śnił
Bez elektrycznych budzików, bez dokładnych co do sekundy zegarków – budzenie się o konkretnej godzinie nie było wcale łatwe. Ale trzeba było sobie jakoś radzić. Zegary kościelne, strażnicy miejscy budzący mieszkańców czy spanie z jednym okiem otwartym nie zawsze były efektywne.
Najlepszym rozwiązaniem okazała się hodowla drobiu – ściślej rzecz ujmując, kogutów. Ich pianie, przeszywające ciche noce, okazywało się nad wyraz punktualne. Jedno, oscylujące w okolicach świtu, czyli godziny czwartej nad ranem, było tym, które wyciągało ludzi z łóżka. Przesypiając je, popełniali we własnym mniemaniu ciężki grzech.
Nie była to jednak jedyna pobudka, którą fundował ludności ptak. Poza świtem uaktywniał się między północą a pierwszą. Według wielu teorii i badań po tym zaśpiewie ludzie nie kładli się z powrotem do łóżka, lecz robili krótką przerwę w spaniu, podczas której oddawali się albo obowiązkom, albo przyjemnościom. Niejednokrotnie to w tym czasie poczynane były dzieci.
Dowody na taki segmentowy sen odnajdujemy w literaturze antyku. Już w „Odysei” Homera i „Eneidzie” Wergiliusza pojawiają się odwołania do „godziny, która kończy pierwszy sen” – bez żadnego wyjaśnienia, jakby chodziło o rzecz powszechnie zrozumiałą. Badacz historii snu Roger Ekirch z Virginia Tech zebrał ponad pięćset takich źródłowych wzmianek, z dokumentów na niemal każdym kontynencie.
Inny sen
Mimo krótszego, a w dodatku przerywanego snu zarówno badane plemiona, jak i nasi przodkowie cieszyli się dobrym zdrowiem. Okazuje się więc, że nasi przodkowie nie spali więcej, spali inaczej. Segmentowo, z przerwą na... dzieci. Sen, podobnie jak wiele innych aspektów zdrowia, okazuje się bardziej złożony niż sugerują nagłówki. Osiem godzin to nie odwieczna norma, tylko mit stosunkowo niedawnego pochodzenia, wytwór epoki przemysłowej i sztucznego oświetlenia. A skoro nasi przodkowie radzili sobie bez niego całkiem nieźle, może i my możemy spać spokojnie. Dosłownie.
