Chciałabym mieć pracę, gdzie nie muszę się tyle uśmiechać [FELIETON]

21-04-20237 min czytania
Chciałabym mieć pracę, gdzie nie muszę się tyle uśmiechać [FELIETON]
fot. Unsplash
Jesteś studentem lub młodym człowiekiem i szukasz pracy? Studiujesz i chcesz zarobić albo po prostu dorobić? Dobrze trafiłeś! Na rynku mamy pełno fantastycznych ofert, a każda z nich jest wprost wymarzona dla Ciebie! Szukamy osoby pełnej energii, którą zniszczmy w kwartał, o dużej determinacji do zaprzestania aspirowania wyżej, charakteryzującej się podkrążonymi oczami, niewyspaniem i szerokim uśmiechem.
Jeśli jesteś dziewczyną – nawet lepiej! Zdobędziesz doświadczenie żony przy pijanych gościach, okraszających cię każdym epitetem dotyczącym twojego ciała oraz matki przy klientach nieumiejących czytać i jeść.
U nas nie potrzebujesz żadnego doświadczenia! Jako student otrzymasz całą masę opcji zarobkowych, które sprowadzają się w gruncie rzeczy do 2 światów: gastronomia lub sieciówki odzieżowe. Przygotuj się na ciągły niedobór personelu, połowę pracowników na L4, choć gdybyś mógł, też wziąłbyś zwolnienie. Nie palisz? To zaczniesz, bo tylko dzięki temu możesz wyjść na więcej niż jedną przerwę. Czekają Cię 12-godzinne zmiany połączone z bólem głowy po wczorajszym wieczorze ze znajomymi. Mimo wszystko będziesz grał największą życiową rolę — człowieka w pełni szczęśliwego!
Moją pierwszą pracę zaczęłam w połowie liceum. Wegańskie bistro, dobre jedzenie, ekologiczne nastawienie, młody zespół. Miałam lekcje od 8:00 do 15:00, a na 16:00 zmiana do północy, jeśli szybko zamknęliśmy. Następnego dnia zajęcia również na 8:00. Zarabiałam 13 zł na godzinę, co nawet wtedy było znacznie poniżej płacy minimalnej. Podziałałam tak przez 3 miesiące, później brałam coraz mniej zmian, bo ręce mi się trzęsły na wspomnienie nawet nazwy miejsca. Minęły 4 lata, odkąd przestałam pracować, a nawet raz nie poszłam tam zjeść. Wszyscy powtarzają „trzeba jakoś żyć”, jakby z tego, że się żyje, należało się tłumaczyć.
Być może wolisz jednak pracę z odzieżą, np. w jednej z tych wielkich sieciówek udających, że mają stoisko w Vitkacu. Odwieszasz ciuchy (bo nie można tego nazwać ubraniem) na wieszaki, aż podchodzi do ciebie starszy niż młodszy klient. Szuka idealnego garnituru, więc wskazujesz mu drogę, ale on martwi się o wymiary. Nie ufa rozmiarówce, dlatego podaje ci przyniesioną z domu miarkę, rozkłada ręce i nogi i mówi, żebyś go mocno objęła w pasie i sama wymierzyła każdą część ciała.
Oj, tyle się teraz mówi o wspieraniu małych, lokalnych firm, ale nikt nie wspomina, że dlatego są wciąż małe, bo czasami nie potrafią odpowiednio zarządzać marką. Zatrudnią Cię na recepcję, a już pierwszego okaże się, że będziesz też asystentką, dekoratorką, sprzątaczką, konsultantką, będziesz pakować zamówienia, odebrać zwroty i skargi, nawet bawić się w social media. Ile umiejętności dodasz sobie na Linkedin! Szefowa proponuje rozwój w dynamicznej polskiej marce, podczas gdy sama dynamicznie jedzie na Malediwy. Zresztą, tej firmy i tak już nie ma.
A co z sieciówkami z wartościami, długą historią, amerykański cowboy heritage? Pamiętaj, do takich należy zakładać jeansy tylko z odpowiednim dla marki naszyciem na tylnej kieszeni. Nieważne, że w teorii, aby sobie na nie pozwolić, musisz pracować 18 godzin. Bez znaczenia jednak jak długo jesteś zatrudniona, i tak nie awansujesz. Zamiast Ciebie i Twojego półrocznego doświadczenia, kierowniczka wybierze na swoje miejsce własną siostrę, która w firmie działa od 2 tygodni. Jaki świat byłby blady bez nepotyzmu…
Pomówmy o Twoich przyszłych klientach! Będziesz mieć do czynienia z całym przekrojem społeczeństwa, jednak szybko zrozumiesz, że każdy z nich chce tego samego — zapewnienia, że podjął fantastyczny wybór. Pieniądze to coś więcej niż środek transakcji. Stały się przyzwoleniem na każdą pojedynczą zachciankę i biada temu, który się jej postawi. Przygotuj się na zwroty bez paragonu, na krzyki na środku sklepu, bo pani nie podoba się bałagan podczas wyprzedaży. Wypatruj klienta, którego największym marzeniem jest zjeść stek wołowy w wegańskiej restauracji. Spróbuj usłyszeć wszystkie te kochające matki zachwalające swoje pociechy, podczas gdy dzieci niszczą Ci pół lodziarni.
Zauważysz, jak bardzo każdy z nich czuje się wyjątkowy, niepowtarzalny, jak gdyby tylko on jeden na świecie miał dziś ochotę na podwójnego cheeseburgera z frytkami. Ty oczywiście, brońcie bogowie, nie możesz pozwolić, aby zepsuć mu ten fantastyczny humor. Nie ważne, co się stanie — Twoim najważniejszym obowiązkiem jest uśmiech. Uśmiech, który zapewni wszystkich klientów, że cieszysz się na ich widok, że jesteś wdzięczny za ich wybory, że przez kolejne minuty oddasz im każdą cząstkę siebie. O wiele łatwiej wydaje się pieniądze, jeśli pani na kasie Cię skomplementuje.
Oprócz szerokiego przekroju tych samych konsumentów będziesz widywał też starszych współpracowników, dla których ta praca może być jednym źródłem utrzymania całej rodziny. Mówisz im, że nie bierzesz tego wszystkiego na serio, że nie będziesz się przejmować wydaniem 2 porcji krewetek, jakby o tego zależało Twoje życie, że zbierasz tylko na wakacje. I wtedy modlisz się, abyś tylko po raz kolejny nie usłyszał:
- Ha! Ja też kiedyś tak dorabiałam, też na wakacje. A będzie już 7 rok, jak tu siedzę.
Rzadko kiedy będziesz się bać czegoś tak bardzo, jak myśli, że przejdziesz na pełen etat z umową o pracę. Żartujemy z koleżanką, „nie mamy wystarczająco dobrego życia zawodowego”, aby nie mieć czasu na znajomych, wyjazdy, hobby. Zazwyczaj jednak tak się właśnie kończy — ta quasi-praca (nadal wmawiając sobie, że to tylko na chwilę) będzie absorbować cały Twój czas.
A kiedy już się pogodzisz z początkiem dorosłego życia — korporacja obetnie godziny. Kryzys, inflacja, zmniejszanie kosztów i cała reszta. W karcie pojawią się coraz wyższe ceny, a na zmianie zostanie coraz mniej pracowników. Z 15 dyspozycyjnych dni dostaniesz 3 i to nawet niepełne. Nagle boisz się, że zaczniesz dopłacać do tego dorabiania na wakacje, bo więcej wydasz na dojazd, posiłek w pracy niż faktycznie zarobisz. Może nie starczyć Ci na opłacenie mieszkania, więc szukasz drugiej pracy. Tam jednak czeka Cię taka sama sytuacja. Na koniec dnia i tak usłyszysz, że w naszych czasach nikt nie chce pracować.
Zagraniczni goście zawsze grzecznie zapytają „How are you?” Jak wdzięczna jestem, że język polski pyta o to tylko najbliższych znajomych i rodzinę. Mój gość nie ma w całym życiu tyle czasu, aby usłyszeć, jak menedżer chciał mi znaleźć coś do robienia, po tym, jak usiadłam na minutę po 8 godzinach ciągłego robienia burgerów — toaleta pozostała jedyną świątynią dumania. Albo jak rozlałam odrobinę wody, a zastępca (podnóżek) szefowej powiedział „przecież mówiłem ci, żebyś włożyła tampon”. Albo jak przez miesiąc nie mogłam usnąć, ponieważ wciąż słyszałam pikanie krążka po odbiór zamówienia.
Już nie wiem, co lepsze. Pijani panowie, którzy wejdą do sklepu sportowego, oddadzą mocz na manekin, ukradną opakowanie skarpetek i szybko opuszczą sklep, a pracownicy muszą się z tego tłumaczyć kierownikowi czy wieloletni szefowie kuchni, którzy zabierają podpisane kanapki kelnerek, mówiąc, że wszystko wraca do nich i mogą jeść, co chcą?
Konglomeraty prowadzące miliardowe inwestycje, bawiące się w dorosłych na giełdzie, jedyny punkt styczności z rzeczywistością i własnymi konsumentami powierzyły w ręce młodego człowieka, którego w żadnym stopniu nie interesuje sprzedawany produkt. Wszystkie największe światowe korporacje gastronomiczne i odzieżowe stoją na studenckich fundamentach z kartonu łączonych klejem chęci szybkiej niezależności finansowej. Kiedy sprzedawca mówi Ci: „do twarzy pani w tym kolorze”, myślami jest daleko za podwyższonym czynszem, kolejnym kolokwium czy realizowaniem czegokolwiek, co pozwoliłoby mu wyrwać się z tego piekła Dantego.
Opus magnum mojego pokolenia? Znalezienie pracy w zawodzie. Jeśli Kandyd przepracowałby tydzień w fast foodzie, z miejsca zrezygnowałby z tej całej „uprawy swojego ogródka”. Ciężka praca to banał, dziś już zużyta całkowicie przez 150 lat introspektywnej literatury, ale nie czyni to z niej nie-faktu. Musi przecież istnieć powód, dla którego zawsze po skończonej zmianie, kiedy ktoś się na mnie spojrzy na ulicy, automatycznie się uśmiecham i chcę mówić „dzień dobry”.
tekst: Katarzyna Lendzion
FacebookInstagramTikTokX