„Big Love” – niedocenione dzieło HBO stworzone przez Marka V. Olsena i jego męża Willa Scheffera. Serial śledzi losy skrycie poligamicznej rodziny żyjącej w Sandy w stanie Utah w XXI wieku. W tym roku mija dwadzieścia lat od jego premiery.
Spośród wszystkich tematów tabu, które pojawiają się w telewizji amerykańskiej – seks, śmierć, zdrowie psychiczne, narkotyki, morderstwo – religia pozostaje najbardziej kontrowersyjnym. „Big Love”, który trafił na ekrany w 2006 roku, sprawnie sięga po jeden z jej najbardziej spornych aspektów – poligamię – i pokazuje go zarówno jako komedię, jak i autentyczny dramat. I robi to wybitnie.
W centrum serialu stoi mormońska rodzina Henricksonów: patriarcha Bill (w tej roli nieodżałowany Bill Paxton) oraz jego trzy żony. Barbara „Barb” (Jeanne Tripplehorn) – pierwsza, prawna, ciepła i odporna. Nicolette „Nicki” Grant (Chloë Sevigny) – druga, samolubna, rozdarta, głęboko przekonana o słuszności „zasady” poligamii. I Margene „Marge" (Ginnifer Goodwin) – najmłodsza, trzecia, która dopiero uczy się, co tak naprawdę oznacza życie, które wybrała.
Wszyscy czworo grają swoje role znakomicie. Złożone relacje między postaciami dostarczają nieustannie błyskotliwych scen: żony mierzą się z zazdrością, frustracją i pytaniem, kogo Bill kocha najbardziej, albo przynajmniej z którą spędza więcej nocy. Bill jest postacią w dużej mierze sympatyczną, ale jego własna hipokryzja i filozofia religijna z poprzedniego stulecia regularnie wystawiają widzów na próbę.
„Mężczyzna musi wiedzieć, że kobieta jest jego”, mówi w jednym odcinku. W innym określa pomysł kobiety z wieloma partnerami jako coś z natury „złego”. Poligamia, z jego perspektywy, jest przywilejem, nie dyskusją.
Krótki kurs mormonizmu
Joseph Smith, założyciel mormonizmu, zapisał objawienie nakazujące poligamię w 1843 roku. Przez drugą połowę XIX wieku było to publiczną doktryną kościoła, bronioną z ambony i uprawianą przez kilkanaście do kilkudziesięciu procent rodzin. Nigdy nie była to większość, ale dość dużo, żeby stać się kulturowo konstytutywną. Skończyło się pod presją federalnego rządu, który groźbą konfiskaty kościelnego majątku wymusił w 1890 roku Manifest, czyli oficjalne porzucenie zasady. Nie wszyscy się z nim zgodzili.
Ta szczelina funkcjonuje do dziś. Fundamentalistyczne odłamy mormonizmu – FLDS i pomniejsze sekty rozrzucone po stanach górskich – trwają przy zasadzie, traktując Manifest jako polityczny kompromis, a nie teologiczną prawdę. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi żyje w poligamicznych związkach w dwudziestym pierwszym wieku, na przedmieściach, z dziećmi w szkołach publicznych i kontem na Amazonie. Henricksonowie są jednym z nich.
Oscarowa obsada
Arcydziełem czyni ten serial obsada drugoplanowa. Roman Grant – ojciec Nicki, samozwańczy prorok zaniedbanego kompoundu rządzonego twardą ręką Juniper Creek – jest jedną z najlepszych kreacji serialu. Grał go nieżyjący już Harry Dean Stanton. Na kompoundzie mieszka też Lois, matka Billa grana z rozbrajającą energią przez Grace Zabriskie, która regularnie próbuje zabić swojego despotycznego męża Franka (Bruce Dern). Frank odwzajemnia te plany z równą konsekwencją. Ta dwójka jest jednocześnie komiczna i autentycznie niepokojąca.
Złotego Globa za najlepszą rolę drugoplanową dostała Sevigny. Grała Nicolette Grant, drugą żonę, córkę proroka, kobietę w sukienkach z prerii i z włosami nigdy nieciętymi, bo kobiety z kompoundu wierzą, że włosy są ich chwałą. Nicki jest zakupoholiczką, hipokrytką, donosicielką i osobą, która bardziej niż ktokolwiek inny wierzy w zasadę poligamii, łamiąc ją w tajemnicy przy każdej możliwej okazji. Nicki jest zbyt inteligentna na ofiarę, zbyt ukształtowana przez traumę na prostą antagonistkę i zbyt ludzka, żeby odwrócić wzrok. Najlepsza rola każdego sezonu.
Amanda Seyfried jako Sarah, córka Barb i Billa, ma rolę, która mogłaby być tylko tłem fabularnym. Sarah jako jedyne dziecko Henricksonów otwarcie odrzuca poligamię i za ten bunt płaci izolacją od własnej rodziny. Seyfried gra kogoś, komu serial ani nie daje racji, ani jej nie odbiera, co jest trudniejsze, niż się wydaje. Jest osamotniona w odrzuceniu poligamii i tęskni za życiem, które mogłoby wyglądać inaczej.
Tajemnica w małym mieście
Serial skupia się przede wszystkim na wysiłkach rodziny, by ukryć swój tryb życia w obliczu narastającego dyskursu antyfundamentalistycznego. Mormoni na tym obrazku współczesnej Ameryki traktują poligamię jako wstydliwy relikt, który kala ich religię. Bill przez cały serial balansuje między obroną własnej wiary a odcinaniem się od nadużyć, jakich dopuszczają się inne poligamiczne wspólnoty, w których nieletnie dziewczęta są wydawane za mąż za starszych mężczyzn.
Henricksonowie nie zawsze żyli w poligamii. Bill i Barb byli małżeństwem monogamicznym z trojgiem dzieci. Jej choroba nowotworowa skłoniła Billa do powrotu do fundamentalistycznej wiary. Nicki przybyła jako opiekunka Barb i tak powstała więź, która doprowadziła do małżeństwa pluralnego. Barb, choć wewnętrznie rozdzierana, zdecydowała się zostać, nawet po tym, jak gdy Bill zakochał się w niani. Ich dzieci muszą tymczasem radzić sobie z rzeczywistością, która obejmuje dwie dodatkowe matki i rodzeństwo z kolejnych związków ojca.
Oficjalne stanowisko kościoła
LDS, główny nurt kościoła mormonów, zareagował na serial tak, jak można się było spodziewać. W 2006 roku wydał oświadczenie, w którym uznał serial za leniwą i niepotrzebną rozrywkę. W 2009 roku, gdy serial pokazał symulowaną ceremonię Obdarowania – jeden z najbardziej strzeżonych rytuałów kościoła – zareagował oskarżeniem HBO o celową nieodpowiedniość. HBO przeprosiło, ale sceny nie wycięło.
Kościół wpadł przy okazji we własną pułapkę: każda publiczna krytyka tej sceny potwierdzała, że ceremonia istnieje i że jest tajna. Im głośniej protestował, tym bardziej reklamował to, co chciał ukryć. Tymczasem prawdziwe poligamiczne rodziny przyjęły serial z wyraźnie cieplejszymi uczuciami.
Podobnie jak inne seriale złotego wieku, „Big Love” opowiada o walkach o władzę i lojalność w rodzinie, tyle że z wymiarem religijnym, który wszystko komplikuje. Bill wierzy, że jego wybory służą dobru bliskich. Przez większość czasu nie ma pojęcia, jak bardzo się myli. Długi, nastoletnia ciąża, zdrada, kazirodztwo – lista sekretów, które się przed nim skrywa, jest długa. Przy Henricksonach nawet „Rodzina Soprano” wypada niemal konserwatywnie.
Serial nie chwali poligamii i jej nie potępia. Robi coś trudniejszego: pyta, co właściwie trzyma rodzinę razem, kiedy wyciągnąć z niej religię, przyzwyczajenie i wspólne dzieci. Bill Henrickson wierzy, że miłość. Jego żony mają w tej kwestii coraz więcej wątpliwości. A widz patrzy na ich ogród z basenem i po jakimś czasie przestaje być do końca pewien, czy ma lepszą odpowiedź.
Serial wciąż dostępny jest na HBO.
P.S. Za polski tytuł serii – „Trzy na jednego” jego twórcy pójdą do piekła.
