Nie ma śniegu. Niby miał być, niby trochę popada, ale w najlepszym wypadku zmieni się w zimne błoto i nawet nie ma co marzyć o puszystych śnieżnych zaspach. Za rok będzie jeszcze mniej. A potem jeszcze mniej i jeszcze – bo choć będą też wahnięcia w druga stronę, tendencja jest raczej oczywista. Przygotujcie się na bezśnieżne zimy. Dlaczego my?
Bo są na świecie rzeczy, o których nie śniło się naukowcom. Przynajmniej do czasu. I niestety, należy do nich zawrotne tempo ocieplania się globalnego klimatu. W Polsce może i zbrakło nam śniegu, ale w innych miejscach na świecie mieszkańcom przychodzi zmagać się z dużo większymi problemami. Ledwo ukazały się artykuły naukowe przewidujące potop w Azji Południowo-Wschodniej za 30 lat, a już ogromna powódź uderzyła w Dżakartę. Nadal jeszcze nie wszystkie osoby publiczne – nie wspominając nawet o opinii publicznej – udało się przekonać, że globalne ocieplenie to fenomen prawdziwy, a już Australię trawi fala pożarów, które nie gasną, bo deszcz zwyczajnie nie nadchodzi.
Tak, to prawda. Można odnieść wrażenie, że od początku 2019 roku o globalnym ociepleniu trąbią wszyscy. Wielkie firmy nagle obwieszczają swoje „eko strategie”, a media donoszą o kolejnym wymarłym gatunku zwierzęcia, albo o kolejnej klęsce żywiołowej w odległym zakątku świata. Łatwo jest popaść w mentalny eskapizm, zająć umysł przyjemniejszymi sprawami: konsumpcją, Netfliksem, nowym telefonem, życiem innych, sławnych ludzi. Można też wyśmiewać zagrożenie myśląc, że globalna katastrofa nadejdzie niezależnie od tego, co zrobimy – więc równie dobrze można sobie pozwolić na trochę rozrywki. Bo i tak jest już za późno, niech inni się poświęcają, jeśli im tak zależy.
Gdy jedni modlą się o deszcz
Na tak krótkowzroczne myślenie nie mogą sobie już pozwolić mieszkańcy Australii. Bo inaczej jest o globalnym kryzysie ekologicznym gdybać (lub nawet nie), a inaczej jest spojrzeć w oko cyklonu i zupełnie inaczej jest stracić dom w pożarach, które już zabrały niemal cały kontynent. Co więcej, to właśnie takie myślowe wygodnictwo powstrzymuje postęp i torpeduje działania ludzi, którzy starają się dokonać jakiejkolwiek, najmniejszej choćby zmiany na lepsze. W obliczu globalnego zagrożenia eskapizm nie zdaje egzaminu. Przecież każdy skrawek Ziemi połączony jest ze wszystkimi innymi miriadą zależności: za pożary na drugim końcu świata – w mniejszym lub większym stopniu – bekniemy też my.
Sezon pożarowy w Australii rozpoczął się we wrześniu. Do tej pory spaliło się już niemal 6 milionów hektarów ziemi – to dwa razy tyle, ile wynosi powierzchnia Belgii – a szacuje się, że wraz z ziemią spłonęła jedna trzecia populacji koali australijskich. Susza, jedne z najwyższych zanotowanych temperatur i silne wiatry przyczyniają się do zawrotnego tempa rozprzestrzeniania się ognia:
I rzeczywiście, media społecznościowe zalewają zdjęcia jak z Blade Runnera 2049. W tym czasie liczba ofiar śmiertelnych sięgnęła już 20. Niedawno ogłoszono stan wyjątkowy dla całego kraju.
Niemy krzyk spod wody
Australia może przynajmniej liczyć na nagłówki w światowych mediach. Indonezja jest mniej popularnym tematem, choć przez trwającą obecnie klęskę żywiołową zginęło tam już co najmniej 60 osób. A problem jest dokładnie odwrotny, niż w Australii.
Podnoszący się poziom morza to nie tylko utrata linii brzegowej. To również nawałnice i ulewne deszcze, ponieważ w zamkniętym cyklu wodnym to właśnie gruba pokrywa chmurowa działa jak koc i podnosi temperaturę, co z kolei przyczynia się do topnienia większej ilość masy lodowej z terenów, które jeszcze do niedawna określaliśmy jako „wieczna zmarzlina”. Ofiarą tego fenomenu już padła Indonezja. Niemal 30 tys. mieszkańców Dżakarty musiało zostać ewakuowanych. A to dopiero początek.
Niedawno naukowcy odkryli, że wcześniejsze prognozy były o wiele zbyt optymistyczne.Nowe badania dowodzą, że obecnie 150 milionów osób zamieszkuje tereny, które do połowy obecnego stulecia znajdą się poza linią brzegową. Szanghaj, Bombaj i cały Wietnam południowy znajdą się pod wodą, jeśli lodowce nadal bedą się topić, a poziom mórz podnosić. Czyżbyśmy zmartwili się Azją Południowo-Wschodnią dopiero, gdy już nie będzie gdzie pojechać na wakacje?

Niekoniecznie, przecież wszystkich mieszkańców terenów, które morze w końcu zabierze na zawsze, trzeba będzie relokować. Kto przyjmie ponad 150 milionów osób? Tego jeszcze nie wiadomo. Wiadomo za to, że reszta świata powinna przygotować się na jedną z największych w historii świata falę migracyjną.
No dobrze, ale co można z tym wszystkim zrobić?
Przede wszystkim rozmawiać. Nie udawać, że nie ma tematu. Rozmawiać ze wszystkimi: z rodziną, przyjaciółmi, ze znajomymi z pracy. O pożarach i powodziach, o plastiku i paliwach kopalnianych, ochowie przemysłowymi oleju palmowym. Może nie będzie to najmilsza rozmowa, ale każda z nich jest na wagę złota.
Nie uprawiać mentalnej gimnastyki, by tylko zająć umysł przyjemniejszymi rzeczami. A poza tym uczyć się nowych rzeczy, czytać artykuły naukowe i informacyjne, które wyjaśniają, jak działa Ziemia. Człowiek może i jest najinteligentniejszym ze zwierząt, a jednak – wbrew temu, w co przywykliśmy wierzyć – nie wiąże się to wyłącznie z przywilejami.Dopiero lata 20. XXI wieku udowodnią nam, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na naszych barkach.
