Andrzej Seweryn: „Nie lubię słowa tolerancja” [wywiad]
Autor: Monika Kurek
08-07-2022
23 czerwca odbyła się długo wyczekiwana premiera serialu Netflixa „Królowa”, w którym Andrzej Seweryn wcielił się w rolę emerytowanego krawca Sylwestra, występującego również jako drag queen. Serial jest obecnie w TOP10 produkcji nieanglojęzycznych!

Lata temu Sylwester, grany przez Andrzeja Seweryna, wyjechał z Polski, by realizować się w Paryżu. Mężczyzna obiecał sobie wówczas, że nigdy nie wróci do swojego ojczystego kraju. Wszystko zmienia się, gdy dostaje list od nieznanej dotąd, osiemnastoletniej wnuczki Izy (Julia Chętnicka). Matka Izy oraz córka Sylwestra, Wiola (Maria Peszek), jest śmiertelnie chora i potrzebuje przeszczepu nerki. W obliczu tej trudnej sytuacji Sylwester wraca do rodzinnego miasteczka i mierzy się z trudną decyzją niesienia ratunku córce, której nigdy nie poznał. Podróż Sylwestra w rodzinne strony przybiera nieoczekiwany obrót oraz zmusza całą trójkę do zmierzenia się z przeszłością.

 

 

„Największa zaleta „Królowej" to obsada. Andrzej Seweryn jest bezbłędny. Niesamowity, magnetyczny, charyzmatyczny. Budzi sympatię jako Sylwester i zachwyca jako Loretta. Trudno od niego oderwać wzrok i trudno wyobrazić sobie w tej roli kogokolwiek innego. Jego bohater jest bardzo ludzki i chce mu się kibicować” – pisaliśmy w naszej recenzji serialu.  

 

O wolności, mainstreamie, emigracji i tolerancji 

 

Jak zareagował pan na propozycję wystąpienia w tym serialu?
Entuzjastycznie. Zostałem zaproszony na rozmowę przez producenta Łukasza Dzięcioła, który opowiedział mi o scenariuszu. Wyjaśnił, że główny bohater ma rodzinę w Polsce, ale mieszka w Paryżu i różne okoliczności zmuszają go do powrotu do kraju. A na końcu dodał: „Ale on jest drag queen”.  To jego „ale” było niepotrzebne, zgodziłem się natychmiast.. 

 

Dlaczego?

To proste. Po pierwsze uznałem, że to świetne wyzwanie aktorskie. Drugi powód to kwestia moralna. Zagranie takiej postaci rozszerza obszar wolności w moim kraju. Manipulacja informacją i manipulacja strachem to techniki często stosowane przez różnych ludzi i różne instytucje czy organizacje. W tym serialu nie ma fałszu. Sama historia jest wymyślona, ale nie jest fałszywa. Pokazuje, że w społeczeństwie jest miejsce dla osób, takich jak Sylwester Bork. Oczywiście serial porusza również inne tematy. Opowiada o rodzinie, o drugiej szansie, którą daje im los. To dla mnie równie ważne. Jeśli ten serial przyczyni się do zmniejszenia czyjegoś cierpienia, to nasz cel został osiągnięty. 

 

Jak przygotowywał się pan do ról Sylwestra oraz Loretty? 

Kiedy patrzę na zdjęcia Loretty, to nie widzę siebie. Widzę kogoś zupełnie innego. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero, gdy zobaczyłem zdjęcia Loretty na billboardach i przystankach w całej Polsce. Pragnę gorąco podkreślić, że kreacje postaci Sylwestra i Loretty to efekt pracy zespołowej. To nie kokieteria, to fakt. Gdyby nie ubrania zaprojektowane przez Tomasza Ossolińskiego i charakteryzacja Marcina Rodaka, nie byłoby Sylwestra. Garnitury, krawaty, szlafrok czy pierścień na ręku sprawiają, że Sylwester jest odbierany tak, a nie inaczej. Gdyby nie  charakteryzacja i peruki Łukasza Rembasa oraz kostiumy Konrada Bikowskiego, nie byłoby Loretty. Kostium czyni aktora. Zrozumiałem to dawno, kiedy byłem studentem szkoły teatralnej i wciąż się o tym przekonuję. Oczywiście gdyby Árni Ólafur Ásgeirsson nie wymyślił tej postaci z myślą o mnie, nie byłoby ani jednego ani drugiego. No i reżyser, Łukasz Kośmicki, z którym konstruowaliśmy obie postaci. 

 

 

Czy trudno było panu wcielić się w rolę mężczyzny, który występuje jako kobieta? 

Od wielu lat w przedstawieniu „Szekspir Forever!” gram kilka różnych postaci. Dziewczynkę Julię z „Romea i Julii”, młodego chłopaka, starca, Lady Anne z „Ryszarda III”, czy Lady Makbet.   W „Końcówce” Becketta jestem unieruchomiony, oślepiony. Aktorowi, który jest w nieustannym treningu teatralnym łatwiej pracować na planie filmowym. Lata pracy w teatrze sprawiły, że zagranie Sylwestra i Loretty było naturalną ich kontynuacją. 

 

Miał pan kiedyś styczność ze środowiskiem drag queens? 

Moim pierwszym zetknięciem z drag queens była wizyta w kabarecie „Chez Michou” w Paryżu. Widziałem tam mężczyzn przebranych za Dalidę, Barbarę, Edith Piaf  czy Marlenę Dietrich śpiewających ich wielkie światowe przeboje. Kiedy przygotowywałem się do roli w „Królowej”, oglądałem prace Kima czy Lulli i innych drag queens. Miałem też kontakt z Adelonem. Oglądałem filmy, zdjęcia, czytałem reportaże….

 

Wiele osób uważa pana rolę za przełomową, ponieważ rzadko widzimy tego typu kreacje w polskim mainstreamie. 

W marcu wystąpiłem podczas koncertu „Razem z Ukrainą” i potem często spotykałem się z wyrazami sympatii na ulicy. „Jak pan pięknie powiedział...” - słyszałem. Człowiek grał tyle przedstawień, tyle ważnych, wielkich ról, np. „Króla Leara”, „Borysa Godunowa”, „Don Juana... A stało się tak, że poruszenie wywołała moja interpretacja „Testamentu” Tarasy Szewczenki zakończona słowami żołnierza z Wyspy Węży. Oczywiście doskonale to rozumiem. Sytuacja była wyjątkowa, a widownia tego koncertu dużo większa niż w teatrze. Wcielanie się w role kobiece ma długą tradycję, to dla mnie oczywistość aktorska. Za życia Szekspira, w okresie teatru elżbietańskiego wszystkie role kobiet grane były przez mężczyzn, w teatrze japońskim po dziś są aktorzy specjalizujący się w takich rolach. Robin Williams zagrał „Panią Doubtfire”, Dustin Hoffman zagrał Dorothy w „Tootsie”. Drag queens to role kobiet w teatrze, ale to role manifestacje. Manifestacje pragnienia, potrzeby, przyjemności, odmienności. Drag queen nie musi zmienić głosu i golić brody. To potrzeba wolności. 

 

Czy zgadza się pan z tym, że jest to ważny film w kontekście tego, co dzieje się w Polsce? 

Wszyscy powtarzamy, że jest to potrzebny serial. Różnorodność jest potrzebna, jest pożyteczna, jest odzwierciedleniem natury. Nie jest niszczycielska, jak myślą i mówią niektórzy. Uważam, że każdy bunt jest cenny i trzeba go szanować. Dobrze się stało, że powstał nasz serial. Choć pojawia się w nim kilka aktów wymierzonych w społeczność LGBT, to nie mają one w naszej historii charakteru systemowego. Serial opowiada o ludziach, którzy nie znają społeczności LGBT i którym trudno jest zaakceptować inność. Proces poznawania innego świata, ludzi żyjących inaczej, a jednocześnie tak nam podobnych i bliskich nam, nie jest łatwy, wymaga czasu. Nie wolno nam jednak akceptować gwałtu, prześladowania i piętnowania, z którym mamy do czynienia w naszym społeczeństwem. Wciąż istnieją kraje, w których homoseksualność jest karana śmiercią. Widzimy więc, że jest przed nami długa droga i ogromna praca do wykonania. 

 

 

alt text

alt text

mat. pras. Netflix 

 

 

Ostatnio bardzo dużo mówi się o tym, że Polska jest krajem głęboko podzielonym. Sylwester, Wiola i Iza są bardzo różni, ale próbują się dogadać i stworzyć rodzinę. Da się? 

Gdy odszedł Ojciec Święty Jan Paweł II, kibice Wisły i Cracovii zawiesili topór wojenny. Trwało to tydzień. Postacie Marii i Julii bronią wartości, w które wierzą. Popełniają błędy, jak każdy z nas, ale walczą o to, co jest dla nich ważne. Są sytuacje, kiedy wręcz obnażają świat reprezentowany przez Sylwestra. To zderzenie dwóch różnych światów. Mam nadzieję, że tym serialem dokładamy swoją cegiełkę do tego, aby świat był lepszy. 

 

Jak współpracowało się panu z Marią Peszek i Julią Chętnicka? 

Wspaniale. Ostatnio Maria mało grała w filmach i teatrze, więc wahała się, czy przyjąć tę rolę. Na szczęście dla filmu, dla każdego z nas, podjęła się tej pracy. Jej wahania okazały się zupełnie nieuzasadnione. Była bardzo zaangażowana w proces twórczy, razem pracowaliśmy nad propozycjami dialogowymi, które reżyser często akceptował. Miałem poczucie bezpieczeństwa pracując z nią. Jeśli chodzi o Julię, to ujęła mnie swoją wrażliwością, instynktem, młodością i spontanicznością. Patrzenie na nią było czystą radością. Miałem naprawdę wspaniałe towarzyszki pracy! 


Czy widział pan siebie w Sylwestrze? 

Wiem, co oznacza powrót do Polski po latach. Wiem, jak to jest być kimś, kto nie rozumie kelnera, który pyta: „Czy woli pan 12-procentowe czy 18-procentowe wino?”. Byłem w stanie to sobie wyobrazić i doskonale rozumiałem dezorientację Sylwestra wynikającą z różnic kulturowych. 

 

Po powrocie z emigracji trudno jest przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Na szczęście udało mi się to stosunkowo szybko. Dzięki intensywnej pracy zawodowej. Teraz, gdy jeżdżę do Paryża, nie mam z tym problemu. Te dwie rzeczywistości różnią się od siebie mniej. Zmiana systemu polityczno-społeczno-gospodarczego, rozwój technologii, czynią, że żyjemy w jednym świecie zachowując różnice historyczne, kulturalne, obyczajowe. Dziś społeczeństwa europejskie znają się dużo lepiej.  


A co chciałby pan, żeby widzowie wynieśli z tego seansu?

Szacunek do odmienności. Nie lubię słowa tolerancja, ponieważ zakłada ono, że tolerujący jest powyżej tolerowanego. Jest wart więcej niż tolerowany, więc robi mu łaskę, uprzejmość i go toleruje. Nie jestem również do końca przekonany do słowa „akceptacja”, ponieważ zakłada, że akceptuję cię pomimo tego, że coś jest z tobą nie tak. Lubię słowo „współistnienie”. Jeśli ten film zachęci kogoś do zastanowienia się nad kwestią współistnienia z kimś, kto widzi i czuje inaczej niż my, to będzie wspaniale.

 

udostępnij