5 seriali, które z kolejnymi sezonami są jeszcze lepsze

Autor: KB
24-04-20201 min czytania
5 seriali, które z kolejnymi sezonami są jeszcze lepsze
"Better Call Saul", mat. prasowe Netflix
Oglądamy mnóstwo seriali. Nieraz dlatego, że wydaje nam się, że na te krótsze formy mamy czas w zawrotnym tempie życia. Oczywiście, nic bardziej mylnego, ponieważ nie każdy odcinek trwa tyle, co epizod „Seksu w wielkim mieście”, ale są seriale, dla których warto poświęcić ileś godzin. Zwłaszcza te, które wbrew pozorom wraz z kolejnymi sezonami stają się jeszcze lepsze, a nie gorsze. Wybraliśmy 5 naszych ulubionych serii, które znajdziecie na streamingach.
1/5
1. Ozark (Netflix)
Marty Byrde (rewelacyjnie zagrany przez Jasona Batemana) jest błyskotliwym i rezolutnym doradcą finansowym, ale jednocześnie zupełnie przeciętnym człowiekiem, który z powodu zadłużenia u narkotykowego bossa wyprowadza się z Chicago do niewielkiej krainy Ozark w stanie Missouri, by wyprać 500 milionów dolarów. Robi wszystko, by pozbyć się niebezpieczeństwa grożącego jemu i jego rodzinie, choć ta się sypie, dostarczając mu nierzadko jeszcze większych zmartwień, a już na pewno nie ułatwiając zadania (zwłaszcza córka, zbuntowana nastolatka pragnąca przyciągnąć uwagę rodziców). Z czasem jednak to żona Marty’ego, Wendy, zaczyna przejmować rolę głowy rodziny, bez skrupułów podejmującą decyzje wątpliwej moralności. W tym samym czasie roztropny Marty powoli i analitycznie przechodzi na „ciemną stronę mocy”, bo co innego mu zostaje? Pierwszy sezon serialu był niesamowicie wciągający, co dodatkowo potęgowała forma przywodząca na myśl kino drogi z powoli toczącą się akcją. Drugi z kolei odrobinę przygasł w porównaniu do pierwszego, ale trzeci ponownie wraca na właściwe tory. „Ozark” to jednak przede wszystkim świetne studium postaci, które na naszych oczach ewoluują wraz z sytuacją na ekranie.
2. Rodzina Soprano (HBO)
Nieodżałowany Tony Soprano na czele mafii z New Jersey na stałe zapisał się na kartach telewizyjnej historii. Na przestrzeni ośmiu lat (1999-2007) powstało w sumie sześć sezonów „Rodziny Soprano”, o której „Vanity Fair” napisało, że „zmieniła telewizję na zawsze”. I miało rację. Abstrahując od nielegalnych interesów głównego bohatera, przez całą serię przede wszystkim konsekwentnie, dogłębnie, krok po kroku analizujemy męską psychikę. To, jak zmienia się stereotyp męskości, nad czym Tony Soprano z jednej strony ubolewa („Kiedyś mężczyzna to był taki silny, cichy typ”), a z drugiej traci kontrolę nad własną psychiką oraz nerwami, dręczą go ataki paniki i omdlenia, co pcha go prosto na kozetkę psychoterapeutki. Tam z jednej strony nie może opowiadać o pracy, bo jego działania nie mieszczą się w zakresie tajemnicy lekarskiej, z drugiej nie do końca chce to robić, bo pragnie trzymać się przekonania, że facet powinien radzić sobie sam. Dzisiaj, 20 lat później, wciąż nie powstał żaden inny serial, który równie pieczołowicie podjąłby się tematu określenia, czym jest męskość – poczynając od analizy genezy rozmaitych problemów, z którymi radzą sobie faceci, a kończąc na odpowiedzi na pytanie, czym ta męskość właściwie jest. Szkoda, zwłaszcza że przez ostatnie dwie dekady pojęcie to stało się jeszcze bardziej rozbudowane.
3. Better Call Saul (Netflix)
Najbardziej pechowy prawnik świata musiał swoje przejść, by znaleźć się w momencie, w którym jest teraz (choć wciąż nie jest łatwo). „Better Call Saul” wyrosło na plecach równie świetnego „Breaking Bad”, a niezwykle barwna kreacja Boba Odenkirka wzbudza zarazem politowanie dla nieudolności głównego bohatera i podziw dla jego determinacji. Poznajemy go jako balansującego na granicy prawa oportunistę, który uczy się zawodu, broniąc najgorszych złoczyńców i wspomagając margines społeczny. Oczywiście, robi to jedynie dla własnej korzyści, lecz jest przy tym tak pozytywną postacią, że trudno go jednoznacznie ocenić. Z czasem jego charakter ewoluuje, a pomoc tym naprawdę potrzebującym zaczyna traktować ideowo (nawet jeśli jego działania wciąż pozostawiają sporo do życzenia, jeśli chodzi o zasady fair play). Jednocześnie zostaje wplątany w grę o zdecydowanie wyższą stawkę, stając przed wyborem: zaangażować się i zapewnić godny byt sobie i swojej partnerce (również prawniczce, Kim, działającej zgodnie z literą prawa) czy zdusić pokusę już w zarodku. Okazuje się jednak, że czego by nie robił, raz zasiane ziarno wciąż w nim kiełkuje. To może brzmieć banalnie, ale „Better Call Saul” jest tak poprowadzony, że niemal fizycznie odczuwamy rozterki bohaterów, z którymi w innych okolicznościach każdy z nas mógłby mieć do czynienia. Obecnie oglądamy już piąty sezon serialu, ale wciąż robimy to na szpilkach, co jest chyba wystarczającym dowodem na to, że im dalej wlazł, tym lepiej. Jeśli nie, to dodajmy do tego fakt, że już pierwszy odcinek „Better Call Saul” zgromadził przed ekranami 7 milionów widzów, ustanawiając tym samym historyczne otwarcie sezonu.
4. Prawo ulicy (HBO)
Kolejny tytuł, który zaskarbił sobie najwyższe uznanie wśród odbiorców (na IMDb ma notę 9,3) i również zasłużenie. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość, ponieważ pierwsze odcinki nie zwiastują arcydzieła, a drugi sezon momentami może się wręcz wydać nudnawy. Jednak jeśli się nie zniechęcimy, przekonamy się, że warto było zostać. „Prawo ulicy” pokazuje życie w Baltimore w pełnej krasie. Powierzchownie wystarczyłoby powiedzieć, że jest zdominowane przez biedę, narkotyki i korupcję, ale serial rozkłada na czynniki pierwsze społeczeństwo wraz z jego sferami kulturowymi, system polityczny oraz edukacji. To wszystko brzmi jak materiał na film sensacyjny, ale siłą „Prawa ulicy” jest właśnie doskonale rozpisany na 5 sezonów scenariusz (gro zasługi Davida Simona, odpowiedzialnego m.in. za niedawne „Kroniki Times Square” czy obecny „Spisek przeciwko Ameryce”). Nie ma nagłych, niejasnych zwrotów akcji, wszystko dzieje się w swoim tempie, dzięki czemu nie jest to tania rozrywka pozbawiona celu oraz treści. Odbiorca ma możliwość i czas zrozumieć mechanizmy kierujące miastem.
5. Breaking Bad (Netflix)
To połączenie syndromu „Prawa ulicy” z późniejszym „Better Call Saul”. Znaczy to tyle, że początek „Breaking Bad” nie każdego przekonuje. Ba, wiele osób porzuciło oglądanie dalszych epizodów już po pierwszym odcinku. To błąd. Drugie tyle uważa go za serial wszech czasów, a poza tym produkcja otrzymała dwa Złote Globy i niespełna dwieście nominacji do różnych nagród, co jest nie lada osiągnięciem. Ponadto pewne jest, że postać Waltera White’a (w tej roli świetny Bryan Cranston) przechodzi tak udaną i wiarygodną transformację z przeciętnego nauczyciela chemii w narkotykowego bossa, na dźwięk imienia którego wszyscy w okolicy drżą, że pozostaje tylko zdejmować czapki z głów. Na przestrzeni pięciu sezonów główny bohater nawet na chwilę nie schodzi z wysokiego poziomu (podobnie zresztą jak scenariusz i reżyseria), choć wokół niego przecież pojawiają się kolejne postaci mogące przyćmić jego blask. Wystarczy wspomnieć Jesse’ego Pinkmana, który z miejsca wzbudza sympatię widza. Nie bez powodu jego postać, która miała zginąć już w pierwszym sezonie, została tak bogato rozpisana, a nawet doczekała się oddzielnego filmu, czyli zeszłorocznego „El Camino: Film Breaking Bad”.
FacebookInstagramTikTokX