„Buntownik z wyboru” (Good Will Hunting)
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam „Buntownika z wyboru” byłam nastolatką i kompletnie nie wiedziałam, co robić ze swoim życiem. Film Gusa Van Santa trafił do mnie jak rzadko który tytuł – nie przez naiwny optymizm, lecz przez surową autentyczność relacji między genialnym matematycznym samoukiem Willem a jego terapeutą (Robin Williams w roli, która przezwycięża wszelkie hollywoodzkie konwencje).
To, co uderza mnie przy każdym ponownym seansie, to unikanie oczywistych dróg narracyjnych. Will Hunting nie jest buntownikiem z nadęcia i pozy – jego opór wobec systemu wynika z głęboko zakorzenionego lęku przed porażką i zranieniem. Film, który nauczył mnie, że prawdziwą odwagą jest gotowość na własną wrażliwość i ciosy, które muszą nadejść.
„Million Dollar Hotel”
Wim Wenders stworzył tu filmowy ekwiwalent poezji wizualnej, która wymyka się jednoznacznym interpretacjom. Film, przez wielu odbierany jako pretensjonalny, dla mnie stanowi fascynujący eksperyment z narracją, gdzie akcja toczy się w przestrzeni między rzeczywistością a wyobraźnią.
Pamiętam, jak oglądałam go podczas bezsennej nocy, kiedy Warszawa była dla mnie wciąż tak samo obca i niezrozumiała jak tytułowy hotel. „Million Dollar Hotel” dał mi przyzwolenie na niejednoznaczność – na bycie pomiędzy wyrazistymi definicjami i bycie w tym pięknym.
„Spirited Away: W krainie bogów”
Miyazaki w „Spirited Away” wykonuje manewr, który wydaje się niemożliwy – tworzy animację zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, nie idąc na żaden kompromis. Film ten stał się moim towarzyszem w czasie, gdy większość klasyki animacji wydawała mi się zbyt naiwna lub zbyt cyniczna. Dziesięcioletnia Chihiro, która musi odnaleźć się w świecie duchów i bogów, by ocalić rodziców zamienionych w świnie, dała mi odwagę, by zaakceptować chaos i niejednoznaczność własnego życia. Wspaniałe było dla mnie odkrycie, że podobnie jak jeden z bohaterów, niegdyś byłam rzeką.
„2001: Odyseja kosmiczna”
Paradoksalnie, film, który dotyka nieskończoności kosmosu, pomógł mi zrozumieć własną skończoność. Dzieło Kubricka obejrzałam najpierw jako nastolatka, kompletnie go nie rozumiejąc, potem w czasie studiów, kiedy wydawało mi się, że rozumiem wszystko, by wreszcie wrócić do niego w trzeciej dekadzie życia z pokornym przyznaniem, że pewne rzeczy pozostaną tajemnicą.
„Odyseja kosmiczna” to antidotum na współczesną kulturę natychmiastowych odpowiedzi. Film, który wymaga cierpliwości i oferuje więcej pytań niż rozwiązań, stał się dla mnie swoistym ćwiczeniem duchowym – lekcją uważności w świecie rozproszenia. Jego wizualna precyzja i filozoficzna głębia są jak architektura katedry – przypominają, że istnieją dzieła, które przerastają swoich twórców.
„Labirynt fauna”
Film, który z pozoru mógłby być bajką dla dzieci, okazuje się być przeszywającą alegorią faszyzmu i oporu przeciwko tyranii – a wszystko widziane oczami dziewczynki, która ucieka w świat fantazji przed brutalnością otaczającego świata. Ofelia, konfrontując się z mitycznymi bestiami, paradoksalnie odnajduje w sobie więcej odwagi niż dorośli, którzy poddają się reżimowi. Aktualny i przerażający obraz wojennej rzeczywistości.