Martin Margiela był jednym z najbardziej wpływowych projektantów swojego pokolenia. Zasłynął nie tylko dzięki rewolucyjnemu podejściu do projektowania, lecz także przez swoją skrajną niechęć do wywiadów i konsekwentne unikanie pokazywania twarzy mediom. Było to coś absolutnie wyjątkowego w świecie mody i designu – szczególnie w latach 90., kiedy projektanci coraz częściej stawali się celebrytami.
W tamtym czasie Margiela pozwalał mówić za siebie wyłącznie swoim projektom. Być może właśnie ta anonimowość, tak rzadka i niemal niewidoczna w branży mody, przyczyniła się do ogromnego zainteresowania jego twórczością i zbudowania wokół niego niemal legendarnej aury.
Zanim jednak przejdziemy do konkretnych faktów, warto na moment zatrzymać się przy samym fenomenie Margieli. Jego twórczość od początku balansowała na granicy mody, sztuki konceptualnej i komentarza społecznego. Margiela nie projektował po to, by podkreślać status czy luksus w klasycznym rozumieniu – jego ubrania często kwestionowały samą ideę elegancji, nowości i perfekcji. Surowe wykończenia, widoczne szwy, recykling materiałów i dekonstrukcja formy stały się jego językiem, który do dziś inspiruje kolejne pokolenia projektantów. To właśnie z tej postawy narodził się dom mody, który zmienił sposób myślenia o ubraniu jako obiekcie.
Jak każdy projektant, Martin miał swoje quirks – drobne „dziwności”, cechy odstające od normy, które jednych irytują, innych fascynują, ale niemal zawsze wzbudzają zainteresowanie konkretnym artystą czy osobowością. Jako gatunek jesteśmy z natury ciekawi, dlatego anonimowość Margieli działa na nas jak zagadka dla detektywa – im mniej wiemy, tym bardziej chcemy zrozumieć, kim naprawdę jest autor.
I właśnie tutaj pojawia się paradoksalna sprzeczność i zarazem pierwszy fakt o projektancie. Dlaczego ktoś, kto konsekwentnie odmawiał pokazywania twarzy mediom i nie chciał opowiadać o swoich projektach, zdecydował się przejść po wybiegu Jean Paula Gaultiera – miejscu, gdzie praktycznie nie da się być bardziej zauważonym? To sprzeczność, która doskonale pokazuje, jak bardzo Margiela lubił grać z konwencją widoczności i niewidoczności, ale paradoks tego faktu polega na czymś innym, bo anonimowość Margieli nie była jego cechą wrodzoną ani przypadkiem. Była decyzją. Strategią, która pojawiła się dopiero wtedy, gdy mógł pozwolić, by to jego prace, a nie twarz, stały się głównym nośnikiem narracji.
Margiela nigdy nie znikał całkowicie – on kontrolował momenty, w których decydował się być widoczny. To nie była nieśmiałość ani ucieczka przed światem, lecz świadoma strategia, która miala pokazać, że twarz projektanta nie jest równa jego ideom, a obecność jest wyjątkiem, nie regułą. Projekty Martina były tak mocne, że broniły się same, nie potrzebowały adwokata.


